Create Account - Sign In
Browse - New Book - My Books - Sell - Groups - $19 ISBNs - Upload / Convert - Help - follow us!   

Advertisement


Slawomir Rawicz



Dlugi marsz Tytul oryginalu: The Long Walk Slowo wstpne........................................................................................................................... 3 Przedmowa ................................................................................................................................ 5 I. Charków i Lubianka.................................................................................................... 7 II. Proces i wyrok........................................................................................................... 13 III. Bydlcy wagon.......................................................................................................... 19 IV. Pi tysicy kilometrów w pocigu .......................................................................... 26 V. W kajdanach.............................................................................................................. 31 VI. Miejsce przeznaczenia .............................................................................................. 37 VII. Zycie w obozie 303 ................................................................................................... 41 VIII. Zona komendanta ...................................................................................................... 48 IX. Plany ucieczki ........................................................................................................... 55 X. ,,Siódemka" przekracza Len .................................................................................... 62 XI. Bajkal i cigana dziewczyna ..................................................................................... 68 XII. Krystyna przylcza si do nas................................................................................... 74 XIII. Przekraczamy tory kolei transsyberyjskiej ............................................................... 80 XIV. ,,Ósemka" wkracza do Mongolii ............................................................................... 87 XV. Zycie wród przyjaznych Mongolów........................................................................ 94 XVI. Pustynia Gobi: glód, pragnienie i mier ................................................................ 100 XVII. Miso wy i mul .................................................................................................... 107 XVIII. Na drugim brzegu pustyni Gobi.............................................................................. 114 XIX. ,,Szóstka" wkracza do Tybetu ................................................................................. 120 XX. ,,Pitka" omija Lhas............................................................................................... 127 XXI. Podnóa Himalajów ................................................................................................ 134 XXII. niene potwory Himalajów................................................................................... 140 XXIII. ,,Czwórka" osiga Indie .......................................................................................... 146




2 Slowo wstpne


Mialem trzydzieci trzy lata, kiedy dostalem od ojca na Gwiazdk Dlugi marsz. Byla zima 1996 roku, a w Nowym Jorku, gdzie mieszkalem, mniej wicej co tydzie szalaly niene zadymki. Wieczorami wsuwalem ksik do kieszeni plaszcza i brnlem zanieonymi ulicami do baru na rogu, aby czyta i przyglda si platkom, snujcym si za oknem w wietle latarni. Spodziewalem si kolejnej opowieci ze Starego wiata o harcie ducha i niezlomnoci, okazalo si jednak, e czytam opis jednej z najbardziej epickich wdrówek w dziejach ludzkoci. Shackleton, Franklin, Amundsen... Znamy wielu podróników, którzy pokonali olbrzymie odlegloci i przeyli, pomimo straszliwych przeciwnoci losu. Jednak aden z nich nie dokonal tego, co Rawicz, który ze swoimi towarzyszami przeszedl caly kontynent - arktyczn Syberi, pustyni Gobi i Himalaje, dysponujc jedynie siekier, noem i tygodniow racj ywnoci. W dodatku ci ludzie nie byli poszukiwaczami przygód, lecz zdanymi wylcznie na siebie zbiegami.


Jak w przypadku innych bohaterskich wyczynów, gehenn Rawicza rozpoczl nieszczliwy traf. Rawicz, oficer w polskiej kawalerii, pod koniec 1939 roku zostal wzity do niewoli radzieckiej. Torturowano go, nieomal zamczajc na mier, po czym zeslano do obozu pracy, lecego szeset mil na pólnoc od jeziora Bajkal. Podczas straszliwego marszu do obozu Rawicz spotyka mczyzn z ludu Ostiaków (Chamów), wynajtego przez Rosjan do pomocy w dwiganiu zapasów dla kolumny wlokcych si z trudem winiów. Rawicz mimo woli pyta go, czy winiowie próbuj czasem ucieka.


- Ludzie silni i mlodzi, którzy nienawidz niewoli, zawsze próbuj ucieka - odpowiada Ostiak. - Widzi mi si, e i ty spróbujesz.


Od tej chwili Rawicz mylal niemal wylcznie o ucieczce. Byl dwudziestopicioletnim mczyzn, skazanym na dwadziecia pi lat pracy przymusowej, i mial niewiele do stracenia. Przybywszy do obozu, tygodniami uklada staranny plan - w kocu pewnej nocy wraz z szecioma skazacami przeczolguje si pod zasiekami z drutu kolczastego i ucieka. Winiowie znikaj w rozszalalej zadymce, kierujc si na poludnie, w stron pozostajcych pod brytyjskim panowaniem Indii, odleglych o ponad trzy tysice mil. Zaczyna si wdrówka, któr mona okreli tylko w jeden sposób: wdrówka epoki kamienia lupanego. Okrycie daj uciekinierom Futra, ziemia - poywienie, a cho nie maj map, Rawicz i jego towarzysze pokonuj ogromne odlegloci, niczym syberyjscy myliwi przed tysicami lat.


,,Wczesnym popoludniem las zrzedl i ujrzelimy Len, skut lodem i na kilometr szerok, bo w tym miejscu byla to ju potna rzeka, cho do Oceanu Arktycznego pozostawalo jej jeszcze tysic piset mil" - pisze Rawicz o pierwszej powanej przeszkodzie. ,,Schowani pod oslon drzew, stalimy rozrzuceni w jednej linii, nasluchujc i wytajc wzrok".


Scena przedstawiajca grupk myliwych przystajcych na granicy lasu, by zbada okolic, któr bd musieli pokonywa, powtarzala si w dziejach ludzkoci niezliczon ilo razy, cho dzisiaj myliwych zastpuj pstrokato przyodziani lowcy przygód, dokonujcy cudów techniki i wytrzymaloci w terenie, w którym Rawicz i jego slabo wyekwipowani koledzy z pewnoci by zginli. Dzisiejsza fascynacja sportami ekstremalnymi wydaje mi si zdrowa, byloby jednak lepiej, gdybymy wyranie rozróniali ludzi, którzy poddaj si próbie dobrowolnie - od tych, którym takiego wyboru nie dano.


W polowie swej wielkiej wdrówki Rawicz i jego towarzysze maszerowali przez pustyni Gobi. Po kilku dniach bez wody zaczli pada z nóg. ,,Po poludniu, ku swemu



3 lekkiemu zdziwieniu i irytacji stwierdzilem, e zalamaly si pode mn kolana" - pisze Rawicz, opisujc pierwszy ze swoich upadków. Te dziwne zaslabnicia to pierwsze sygnaly koszmarnej mierci, która zabierze dwóch uciekinierów. Opis mozolnej, trwajcej miesic wdrówki przez pustyni Gobi jest pelen takiej rozpaczy i cierpienia, e prawie nie mona go czyta.


Przeczyta go jednak trzeba, i to nie jeden raz, i trzeba o tym opowiedzie innym. Za pustyni Gobi ley Tybet, Himalaje, a w kocu bezpieczne Indie. Nieczsto w historii ofiarom totalitarnego reimu udalo si zadrwi z oprawców tak doslownie, jak tym czterem ludziom.


,,Panowie, jestemy bezpieczni" - owiadcza jeden z nich, zdawszy sobie spraw, e ucieczka skoczyla si powodzeniem. ,,Bdziemy mogli znów y".


Trudno nie ywi nadziei, e gdzie w olbrzymim, szarym monolicie sowieckiego pastwa kto wzil t ksik do rki i dostal ataku furii, pojwszy, co sugeruj cztery slowa ostatniego z cytowanych zda.


Sebastian Junger Nowy Jork, 1999




4 Przedmowa


Kiedy doszlo do naszego pierwszego spotkania, Slawomir Rawicz mieszkal ju w Wielkiej Brytanii od niemal dziewiciu lat. Byl Polakiem na wychodstwie, osiadlym w jednym z uprzemyslowionych hrabstw rodkowej Anglii, gdzie prowadzil skromne i ciche ycie. Gazeta, w której pracowalem, wychodzcy w Londynie dziennik ,,Daily Mail", organizowala wtedy wypraw do Nepalu w poszukiwaniu yeti, czyli Ohydnego Czlowieka niegu, zamieszkujcego rzekomo Himalaje. Polecialem slubowo do Zurychu - gdzie na kuracji medycznej bawil nieyjcy ju dzi król Nepalu - by porozmawia z jednym ze starszych nepalskich mów stanu, generalem Kaiserem. Byl to intelektualista i uczony, który osobicie wierzyl w istnienie yeti, nie widzial jednak tego legendarnego stworzenia na wlasne oczy. Przeprowadzilem te rozmowy z najznamienitszymi uczestnikami kilku wczeniejszych brytyjskich wypraw w Himalaje. Ludzie ci w wysokogórskich niegach widywali podobno dziwne lady stóp, cho nie natknli si nigdy na istot, która moglaby je pozostawi.


Tymczasem do redakcji ,,Daily Mail" dotarla wiadomo, e pewien Polak, mieszkajcy w Anglii, napotkal kiedy w Himalajach dziwne zwierzta, których wygld pod wieloma wzgldami przypominal odnotowane dotd opisy yeti. Domylalem si, e trudno bdzie mi opublikowa wywiad z tym czlowiekiem, poniewa pozostawil rodzin za elazn Kurtyn. ywilem wic obawy, e nie pozwoli mi ujawni swojego nazwiska, i wyjedalem na pólnoc na spotkanie z nim bez wikszych nadziei, e uda mi si zdoby interesujcy material dziennikarski.


W pierwszej kolejnoci poznalem pani Rawicz, Angielk o imieniu Marjorie. Oboje pracowali niemal ponad sily na utrzymanie swojej mlodej rodziny, a kiedy Marjorie podjla ze mn rozmow o panu Rawiczu, od razu zrozumialem, e m jest calym yciem dla tej kobiety. Czasem zwierzal si jej z tego, co przeyl, cho byty i takie fakty, o których jego ona moglaby si dowiedzie tylko wtedy, gdyby wladala polskim i rosyjskim, jako e w tych jzykach Rawicz czsto mówil i przeraliwie krzyczal co w udrce, kiedy nocami nawiedzaly go koszmarne sny.


A potem poznalem Rawicza. Okazalo si, e jest redniego wzrostu, cho ze wzgldu na szczupl budow ciala sprawial wraenie wyszego. Przywital si ze mn chlodno, ale uprzejmie. Wydal mi si rozmówc bardzo skrytym i spitym, o nerwach napronych niby ciciwy luków, cho zachowywal si jak kto, kto z powcigliwoci uczynil prawdziw cnot. Mój czas wlaciwie nie byl ograniczony i na szczcie moglem go wiele powici, czekajc, a pan Rawicz wreszcie si rozluni. Wiedzialem, e najpierw musi wyrobi sobie o mnie zdanie, a dopiero potem zdecyduje, czy moe opowiedzie mi o swoich przygodach, czy nie.


Po kilku godzinach zaczl jednak opowiada - od pocztku, wszystko po kolei. Pan Rawicz jest czlowiekiem skrupulatnym i precyzyjnym z natury, dlatego nalegal, by jego spotkanie z dziwnymi stworzeniami z Himalajów potraktowa wylcznie jako incydent, bdcy czci znacznie waniejszej historii, która jawila mi si opowieci przemon i ponur nawet w formie skrótowej. Glbokie wraenie zrobila te na mnie sila przekonywania i szczero Rawicza. O tym, co widzial i przeyl, mówil ze spokojn pewnoci siebie. Rozmawialimy do wczesnych godzin rannych, kiedy ogie w kominku zaczl wreszcie przygasa.


Po pewnym czasie zloylem panu Rawiczowi powtórn wizyt. Chcialem go namówi, eby napisal ksik. Zgodzil si, ale pod warunkiem, e to ja ubior jego opowiadanie w slowa. W ten sposób dobilimy targu.



5 Wspólna praca nie zawsze przebiegala bez zaklóce. Rawicz zachowal mnóstwo rónych wspomnie, które jak gdyby trzymal w mylach pod kluczem, wmówiwszy sobie, e o niektórych zdarzeniach powinien raczej zapomnie. Skrywal w sobie te niemile wypadki wiele dlugich lat i teraz bal si o nich opowiada, tote nie bez wahania zaczl oczyszcza swoj pami z dawnych przey, które calymi latami znajdowaly ujcie w jego niespokojnych snach. Odtd co trzeci weekend spdzalem w towarzystwie Rawicza dlugie godziny. Spotykalimy si regularnie przez okrgly rok i w tym czasie poznalem go doskonale. Jego barwna angielszczyzna czsto okazywala si niezbyt adekwatna w stosunku do obowizujcych nas wymaga, pracowalimy wic trzymajc na podordziu polsko- angielskie i rosyjsko-angielskie slowniki.


Gdy nadszedl kocowy etap naszych spotka, przygldalem si Rawiczowi z wielk satysfakcj, zrzucil bowiem ciar wspomnie z piersi i odzyskal jakby wewntrzny spokój. Umiechal si coraz czciej.


Najogólniej mówic, nie byl zbyt emocjonalnym narratorem, pamitam jednak, e przynajmniej trzy razy pucily mu nerwy i plakal. Mam nadziej, e rzadko goszczce w jego oczach lzy zdolaly zmy cho kilka z tych przygnbiajcych obrazów z przeszloci, które straszyly przedtem autora jak duchy.



Ronald Downing Londyn, luty 1956




6 I. Charków i Lubianka


Którego bezbarwnego listopadowego ranka, okolo godziny dziewitej, klucz zgrzytnl w masywnym zamku mojej celi na Lubiance i do rodka wkroczylo dwóch barczystych straników. Przechadzalem si wlanie po celi w tak charakterystyczny dla wszystkich winiów sposób - lew rk podtrzymujc spodnie. Pomyslowi Rosjanie wydawali je nam bez guzików czy choby jakich tasiemek, wychodzc ze slusznego zaloenia, e czlowiek zajty trzymaniem swych portek ma niewielkie szanse ucieczki. Na dwik otwieranych drzwi przestalem kry po celi i stanlem pod przeciwlegl cian. Jeden ze straników zostal w progu, drugi wszedl do rodka, postpiwszy ze dwa lub trzy dlugie kroki. - Chod - powiedzial. - Ruszaj si!


Po dwunastu miesicach, które minly od czasu mojego aresztowania w Pisku, 19 listopada 1939 roku, ten dzie mial si sta dla mnie szczególnie wanym. Prowadzono mnie przed oblicze najwyszego sdu sowieckiego. Tu, w Moskwie, idc przez rozbrzmiewajce echem naszych kroków korytarze wizienia na Lubiance i potykajc si midzy dwoma stranikami, bytem czlowiekiem prawie pozbawionym wlasnej osobowoci, wyglodzonym, przeraajco samotnym, starajcym si w otaczajcej mnie zgnilej, pelnej nieufnoci i nienawici atmosferze wizienia podtrzyma ostatni iskr oporu. A przecie przed rokiem, gdy agenci sowieckiej sluby bezpieczestwa weszli do naszego domu w Pisku, wlanie podczas powitalnego przyjcia, które urzdzila mi moja matka, bylem kim zupelnie innym. Dwudziestoczteroletni porucznik kawalerii Rawicz ubrany byl wówczas w doskonale skrojony mundur, obcisle bryczesy i blyszczce, wysokie buty. Mój obecny stan zawdziczalem niestrudzonej brutalnoci i dowiadczeniu specjalistów z NKWD przesluchujcych mnie podczas ledztw w Misku i Charkowie. aden wizie nie zapomni Charkowa. Bólem, brudem i upokorzeniem starano si tam zmieni czlowieka w skowyczce zwierz.


Powialo chlodem, gdy minwszy ostatni zakrt korytarza, po kilku schodkach zeszlimy na wybrukowane podwórze. Podcignlem spodnie i przypieszylem kroku, by nady za stranikami, którzy od czasu opuszczenia celi nie odzywali si do mnie ani slowem. Po drugiej stronie podwórza zatrzymalimy si przed cikimi odrzwiami. Jeden ze straników pocignl mnie krok wstecz, chwytajc za lun, nie zapit bluz, która wraz ze spodniami stanowila mój wizienny mundur. Gdy drzwi si otworzyly, stranicy odstpili, popychajc mnie w ramiona dwóch umundurowanych mczyzn, którzy zrewidowali mnie natychmiast, szukajc ukrytej broni. Wszystko to odbylo si w zupelnym milczeniu. Odprowadzono mnie do nastpnych drzwi, wewntrz budynku, które otworzyly si jakby na tajny sygnal. Wepchnito mnie do rodka. Po drugiej stronie drzwi zwisala kotara. Kto popchnl mnie znowu, drzwi zamknly si. Dwóch nowych straników stanlo za mn na baczno.


Duy i przyjemnie cieply pokój mial pomalowane na bialo, a moe tylko wybielone wapnem ciany. Dlugi sdowy stól dzielil izb na dwie czci. Strona, po której stalem, pozbawiona jakichkolwiek mebli, przeznaczona byla wylcznie dla mnie i dla moich straników. Po drugiej stronie stolu rozmiecilo si okolo pitnastu ludzi. Mniej wicej dziesiciu z nich nosilo niebieskie mundury NKWD, reszta ubrana byla po cywilnemu. Zachowywali si z calkowit swobod, rozmawiajc, miejc si, palc papierosy i gestykulujc. Nikt z nich nawet na mnie nie spojrzal.


Po jakich dziesiciu minutach przestpilem z nogi na nog, poruszywszy wreszcie na wypastowanym i wyfroterowanym parkiecie moje stopy odziane w plócienne trzewiki bez



7 sznurowadel. Zaczlem si zastanawia, czy nie popelniono jakiej pomylki. ,,Kto co przekrcil - pomylalem - i na pewno nie powinienem byl tu si znale". Wreszcie kapitan NKWD spojrzal w nasz stron i dat stranikom rozkaz ,,spocznij". Uslyszalem, jak zastukaly za mn ich obcasy.


Staralem si nie krci i nie rozglda. Odkrylem ze zdziwieniem, e po raz pierwszy od wielu mczcych miesicy odczuwam co w rodzaju przyjemnoci nowego dowiadczenia. Wszystko byto tak czyste, i ta pocieszajca atmosfera swobody wokól mnie. Prawie e ocieralem si o wiat po drugiej stronie wiziennych murów.


Przez sal przeplywal strumie ludzi, którzy miali si i gawdzili z siedzcymi za stolem mczyznami, wspierajcymi lokcie na wspanialym obrusie z czerwonego sukna. Kto zagadnl majora NKWD, kiedy zamierza wyjecha na urlop. Kogo innego wesolo pytano o liczn rodzin. Uwag moj zwrócil mczyzna o wygldzie dyplomaty, ubrany w ciemnopopielaty garnitur zachodniego kroju. Wydawalo si, e kady chce zamieni z nim choby kilka slów. Nazywali go - Misza. Tego Misz mialem wkrótce dobrze zapamita. Nie zapomn go nigdy.


Na przeciwleglej cianie widnialo godlo pastwowe, wykonane z gipsu i pomalowane kolorow farb. Po obu stronach godla wisialy portrety przywódców sowieckich, wród których dominowala sroga twarz Stalina. Nikt si mn nie zajmowal, zaczlem wic rozglda si z ywym zainteresowaniem, zmieniwszy z prawej na lew rk podtrzymujc spodnie. Do sali prowadzilo troje drzwi zaslonitych kotarami. Na dlugim stole dostrzeglem aparat telefoniczny. Na rodku stolu, naprzeciw glównego fotela, stala cika, starowiecka, mosina podstawa na kalamarz i przybory do pisania, wykonana w ksztalcie kotwicy z dwoma skrzyowanymi wioslami, oprawiona w marmur czy alabaster.


Przez caly czas po drugiej stronie stolu toczyly si zwykle pogawdki o codziennych sprawach. Stanowilo to dla mnie nie lada przeycie, bo przecie od miesicy nie slyszalem uprzejmego slowa i w ciszy nakazanej surowymi przepisami wiziennymi zanurzalem si coraz glbiej w samotn depresj.


Stojc tak w brudnych, zwisajcych na mnie szmatach wiziennych przed tymi dobrze ubranymi, wesolymi Rosjanami, nie mylalem o niedorzecznoci calej sytuacji. Sponiewieranie dumy polskiego oficera kawalerii bylo pierwszym celem Rosjan przesluchujcych mnie w miskim wizieniu dziesi miesicy temu. Otoczony rozpartymi w krzeslach, umiechnitymi oficerami rosyjskimi musialem zdj mundur, koszul, buty, skarpetki i reszt bielizny. Stalem tak przed nimi poniony i rozpaczliwie bezradny. Z lkiem uwiadomilem sobie, e to jest ju prawdziwy pocztek tych wszystkich upokorze, które mnie czekaj. Oficerowie, miejc si, obejrzeli mnie dokladnie i wreszcie odwrócili si plecami. Dopiero po jakim czasie rzucono mi spodnie wizienne i rubaszk. Zacisnwszy te przeklte, znienawidzone spodnie i bacznie przygldajc si moim przeladowcom, wysluchalem wtedy po raz pierwszy listy pyta, która miala si sta treci mego wiziennego ycia.


,,Nazwisko? Wiek? Data urodzenia? Miejsce urodzenia? Nazwisko ojca? Narodowo ojca? Zawód ojca? Nazwisko panieskie matki? Narodowo matki?"


Schemat byl zawsze ten sam. Od pocztku zadawano pytania zawsze w tej samej kolejnoci, w jakiej figurowaly w dokumentach, którymi poslugiwali si prowadzcy ledztwo. Podczas pierwszych przeslucha zachowywali si do przyzwoicie. Dali mi kaw i wydawalo si, e nie widz, jak niezdarnie trzymam filiank jedn woln rk. Kto poczstowal mnie papierosem i grzecznie - udajc zdziwienie, e nie mog zapali go jedn rk - podal mi ogie.


A potem dalsze pytania. Niebezpieczne pytania.


- Gdzie byle w dniu 2 sierpnia 1939 roku?



8 - W zachodniej Polsce w wojsku, zmobilizowany do nadchodzcej wojny z Niemcami - brzmiala moja odpowied.


A oni na to, e ja znam bardzo dobrze wschodni Polsk. e moja rodzina mieszkala w Pisku. ,,Calkiem blisko granicy sowieckiej, nieprawda? Tak wyksztalconemu jak ty mlodemu czlowiekowi latwo jest przedosta si na drug stron, nieprawda?" Zaprzeczalem ostronie, starajc si wymaza z pamici wspomnienia dziecinnych wycieczek do wiosek po sowieckiej stronie. A potem przypieszano tempo ledztwa. Dwóch z nich bralo mnie w krzyowy ogie pyta. Sypala si litania nazw rosyjskich wsi nadgranicznych. ,,Czy znasz t miejscowo, tamt miejscowo, czy znasz takie nazwisko? Musiale spotka, wiemy, e go spotykal. Nasi komunici ledzili twoje kroki i zawsze wiedzielimy, z kim si spotykasz i o czym mówisz. Czy pracowale dla <dwójki>?"


- A po rosyjsku mówisz plynnie? - Tak, moja matka jest Rosjank. - Uczyla ci po rosyjsku?


- Tak, od dziecistwa.


- No to ,,dwójka" byla zadowolona, e ma oficera, który tak dobrze mówi po rosyjsku i moe dla niej szpiegowa.


- Nie szpiegowalem. Przecie sluylem w kawalerii i walczylem na zachodniej granicy, nie na wschodniej.


Wreszcie nastpowal decydujcy chwyt. Podczas tego pierwszego przesluchania zastosowano go w sposób yczliwy. Ot tak, ,,midzy nami przyjaciólmi". Poloyli przede mn jaki dokument i kto mi wsadzil pióro do rki. ,,To jest kwestionariusz powiedzial umiechnity major NKWD - na który udzielile nam odpowiedzi. Podpisz i damy ci spokój". Nie podpisalem. Powiedzialem im, e nie mog podpisa dokumentu, którego tre ukryli przede mn. Major umiechnl si i wzruszyl ramionami.


- Podpiszesz. Nie dzi, to jutro. Wiesz, e przyjdzie taki dzie. Bardzo mi przykro, e nie chcesz podpisa dzisiaj. Doprawdy bardzo aluj.


Z pewnoci mial na myli wizienie w Charkowie.


Tak zaczla si wojna charakterów midzy mn a NKWD. Do wczenie zdalem sobie spraw z tego, e nie maj adnych konkretnych informacji, które moglyby mnie obciy. Znali tylko moje dossier wojskowe i mieli troch uzbieranych w Pisku wiadomoci o moim pochodzeniu i mojej rodzinie. Caly akt oskarenia opieral si wylcznie na zaloeniu, e kady polski inteligent mieszkajcy nad rosyjsk granic w sposób nieunikniony musi by szpiegiem potajemnie dzialajcym przeciw Zwizkowi Sowieckiemu. Nie znalem adnej z wymienionych przez nich miejscowoci, ani nikogo z ludzi, których chcieli, bym uznal jako wspólkonspiratorów. Byly momenty pokusy, by przerwa te fizyczne i psychiczne cierpienia i przyzna si do znajomoci z obcymi ludmi, których nazwiska mi podsuwano. Ale nie zrobilem tego nigdy. Gdzie w glbi duszy czulem, e taki krok mialby fatalne skutki.


W kwietniu 1940 roku wielka kamienna forteca, wizienie w Charkowie, otworzyla dla mnie swe pospne bramy. Cho nieco podwiczylem si w rygorze Miska, nie bylem jednak przygotowany na okropnoci Charkowa. Tu panowal nad wszystkim geniusz majora NKWD, którego przezywano Bykiem. Byt to rudzielec wagi okolo stu kilogramów o wlochatych piersiach i równie wlochatych potnych lapach. Mial rozronite bary, dlugie ramiona i krótkie, krzepkie nogi. Na wielkim, napcznialym karku spoczywala glowa z blyszczc, czerwon twarz. Swoje stanowisko glównego inkwizytora traktowal ze mierteln powag. Do winia, który nie chcial kapitulowa, odnosil si z absolutn nienawici. Mnie nienawidzil szczególnie. No a jeli o mnie chodzi, to jeszcze dzisiaj zamordowalbym go nie tylko bez najmniejszych skrupulów, ale i z du satysfakcj.




9 Byk musial by kim wyjtkowym nawet w NKWD. ledztwo prowadzil niczym wybitny chirurg, wykazujc si zawsze sw sprawnoci przed mlodszymi oficerami, którzy asystowali mu jak studenci profesorowi podczas interesujcej operacji. Jego metody byty nikczemnie proste. Proces lamania opornego winia zaczynal si w wskiej jak kiszka celi, umieszczonej o jakie trzydzieci centymetrów poniej poziomu korytarza. Wewntrz czlowiek mógl tylko sta, i to wszystko. ciany po obu stronach gniotly jak kamienny grób. Gdzie w górze, na wysokoci szeciu-siedmiu metrów, znajdowalo si niewidoczne okienko, z którego plynlo rozproszone wiatlo. Drzwi otwieraly si tylko po to, by wyprowadzi przez nie winia na spotkanie z Bykiem. Zalatwialimy si, stojc. Stalimy we wlasnych ekskrementach. Cela nigdy nie byla czysta. W takiej to ,,kiszce" spdzilem w Charkowie sze miesicy. Przed spotkaniem z Bykiem prowadzono mnie do umywalni. W malym pokoiku oprócz pompy nie bylo adnych urzdze, nie bylo nawet mydla. Rozbieralem si i pompowalem wod na sw odzie. Tarlem te moje lachmany, deptalem, wykrcalem i wreszcie kladlem na siebie, by wyschly na ciele.


Pytania byly zawsze te same. Spisane w pliku dokumentów, który podróowal ze mn z wizienia do wizienia. Tyle e Byk zadawal je z wikszym naciskiem ni inni, pochlonity dz zdobycia mojego podpisu. Bluzgal te potokiem odraajcych przeklestw. Czsto i gwaltownie wybuchal wciekloci. Którego dnia, po kilku godzinach nieprzerwanych wrzasków i grób, nagle wycignl swój slubowy pistolet i przyloyl go do mojej skroni. Oczy mu plonly, yly nabrzmialy na karku. Stal tak, drc, przez jakie pól minuty. Przymknlem oczy i czekalem. Raptem cofnl si i trzasnl mnie rkojeci w praw szczk. Wyplulem wybite zby. Nastpnego dnia ze spuchnit twarz, pokaleczonymi i krwawicymi dzislami stanlem przed nim znowu. Byl umiechnity. Grupka wielbicieli przygldala si z zainteresowaniem jego dzielu.


- Wygldasz niesymetrycznie - powiedzial. I uderzyl mnie rkojeci pistoletu z drugiej strony. Wyplulem jeszcze kilka zbów.


- To ci wyrówna twarz - dodal.


Kiedy indziej wygolil mi na czubku glowy tonsur. Przez czterdzieci osiem godzin ledztwa siedzialem na krzele, ledwo dotykajc poladkami jego brzegu, a olnierze rosyjscy stukali mnie dokladnie co dwie minuty w wygolone miejsce. Zmieniali si, kolejno przekazujc sobie zadanie. A Byk wykrzykiwal swoje pytania, to znów wpatrywal si we mnie przebiegle, a nawet próbowal by mity, z bawolim wdzikiem, liczc, e moe w ten sposób uda mu si wyludzi ode mnie podpis pod tymi przekltymi papierami.


A póniej powrót do ,,kiszki", do lepkiego, mdlego zaduchu i drczcych godzin spdzonych w pólnie. To byla prawdziwa odbytowa kiszka - ta moja cela. Gdy wracajc z przesluchania, staralem si utrzyma na nogach, moglem myle tylko o Byku. Wypelnial cale moje ycie. Raz czy dwa stranik na slubie podal mi zapalonego papierosa. Byt to jedyny ludzki odruch, z jakim spotkalem si w Charkowie. Omale nie plakalem z wdzicznoci.


Zdarzaly si chwile, w których mylalem, e zostan tam do koca ycia. Wydawalo mi si, e Byk bdzie zajmowal si mn ju zawsze. Po dlugich przesluchaniach w wietle potnych lamp lukowych z oczu obficie ciekly mi lzy. Lec na wskiej lawce, musialem patrze wprost w wiatlo, gdy on kryl w ponurym pólmroku, poza zasigiem lampy, nieustannie zarzucajc mnie pytaniami, wyzwiskami i wysylajc do najgorszego z piekiel, przeznaczonego dla przekltych, upartych i przebieglych polskich szpiegów i wrogów Zwizku Sowieckiego. Bylo co plugawego w tej jego niewyczerpanej energii i zwierzcej sile. Gdy moje zamglone oczy poczynaly si zamyka, podpieral mi powieki malymi patyczkami. Jedn z jego ulubionych specjalnoci byla tortura z kroplomierzem. Ze zbiornika umieszczonego ponad lawk krople lodowato zimnej wody kapaly na m glow, zawsze



10 dokladnie w to samo miejsce, w równych, odmierzonych odstpach. Trwalo to nieraz calymi godzinami.


Dzie czy noc - nie mialo to adnego znaczenia. Byk posylal po mnie, gdy przyszla mu ochota. Moglo si to zdarzy równie dobrze o pólnocy, co o wicie lub o jakiejkolwiek innej porze. Za kadym razem z przytpion ciekawoci próbowalem odgadn, co nowego dla mnie wymylil. Stranicy prowadzili mnie przez wizienne korytarze, otwierali drzwi i wpychali mnie do rodka. Którego dnia Byk czekal na mnie w asycie swych szeciu uczniów z NKWD. Ci utworzyli wski szpaler, ustawiajc si po trzech z kadej strony. Na kocu, w odlegloci kilku kroków od nich, stanl sam mistrz. By dotrze do mistrza, musialem przej midzy uczniami. Nikt nie wyrzekl ani slowa, tylko nagle wymierzony gdzie ponad uchem cios przerzucil mnie od jednego milczcego szeregu do drugiego.


Bijc z ponur dokladnoci, podawali mnie sobie wzajemnie. Jeli padlem na podlog, kopniakami stawiali mnie na nogi. A gdy ju bylo po wszystkim i nie mogc si podnie lealem wycignity na podlodze, podszedl do mnie sam Byk i zadal mi kocowe, paraliujce kopnicie w ebra. Potem podnieli mnie, posadzili na brzegu tego samego co zawsze krzesla i zaczly si znów pytania, machanie przed nosem plikiem dokumentów i podsuwanie pióra.


Czasem zwracalem si do Byka: ,,Pozwólcie mi przeczyta te papiery. Przecie nie moecie da, abym podpisal co, czego nie przeczytalem". Ale nigdy nie spelnil mojej proby. Grubym palcem wskazywal tylko miejsce pozostawione na mój podpis:


- Wszystko, co masz zrobi, to podpisa si tu swoim nazwiskiem. Potem zostawimy ci w spokoju.


,,Chcesz papierosa?" - zapytal kiedy, zapalajc jednego dla siebie, drugiego dla mnie. Po czym podszedl do mnie najspokojniej i przeznaczonego dla mnie papierosa zdusil na mej rce. Siedzialem tego dnia ju do dlugo na brzegu krzesla i chwycily mnie - jak zwykle zreszt - straszliwe kurcze pleców i nóg. Masowalem sparzon rk, gdy Byk zaszedl z tylu i kopniciem wybil spode mnie krzeslo. Upadlem na kamienn posadzk.


Pod koniec mego pobytu w Charkowie Byk wymylil now, wesol rozrywk. Zaprezentowal mi nó kozacki, z którego wydawal si by bardzo dumny. Doskonal stal i ostro tego noa demonstrowal na mojej piersi. Blizny, które mam do dzi, przypominaj mi o zrcznoci i pomyslowoci Byka.


Kiedy, ju na krótko przed mym odjazdem, siedzial sam, gdy mnie przyprowadzono. Byl spokojny i obeszlo si bez zwyklych powitalnych wyzwisk. Gdy przemówil do mnie, jego zwykle ostry i chrypliwy glos brzmial cicho i lagodnie. Sluchajc go, zdalem sobie nagle spraw, e prosi mnie, bym podpisal dokumenty. Có za ponienie! Mylalem, e zacznie becze. ,,O nie, ty opasla winio - pomylalem. - Nie teraz... Nie po tym wszystkim". Ale nie ufalem sobie i wolalem nie otwiera ust. Potrzsnlem wic tylko przeczco glow. Zarzucil mnie stekiem wulgarnych obelg, klnc z namitn zaciekloci.


Ile moe wytrzyma czlowiek oslabiony niedoywieniem i fizycznymi torturami? Doszedlem do wniosku, e do granic wytrzymaloci daleko jest jeszcze od momentu, w którym storturowane cialo poczyna w mce wola o ratunek. Nigdy wiadomie nie osignlem ostatecznego dna kapitulacji. Co nieokrelonego, ale trwalego w moim mózgu trzymalo si niezachwianie wiary, e poddanie si oznacza mier. Póki chcialem y - a bytem przecie mlody - mialem t ostateczn, kracow sil woli, która pozwalala mi stawia im opór i odpycha dokument, który dziki jednemu pocigniciu mego pióra mógl si przemieni w mój wyrok mierci.


Ale której nocy, przed wyprowadzeniem na przesluchanie, przyniesiono mi do zjedzenia suszon ryb. Zachowalem do wyrane wspomnienia wszystkich przeslucha z wyjtkiem tego jednego. Dostalem zawrotów glowy, z ust ciekla mi lina, nie moglem



11 zatrzyma wzroku na adnym przedmiocie. Ledwo trzymalem si na krzele, a szturchania i popychania nie robily na mnie adnego wraenia. Gdy próbowalem mówi, jzyk sztywnial mi w ustach. Niczym przez mgl pamitam, e podsuwali mi dokumenty i pióro, ale tak jak czlowiek po calonocnej libacji, nie przypominam sobie zakoczenia tego przesluchania.


Rano, gdy powróciwszy do ycia, oderwalem twarz od ciany, poczulem jaki nowy, dziwny zapach. Na cianie, w miejscu, które dotykalem ustami, dostrzeglem du, zielon plam. Wówczas to, przygnieciony brzemieniem swojego nieszczcia, poczulem prawdziwy lk. ,,Dali ci jaki narkotyk - mówilem do siebie. - Narkotyk musial by w rybie. Do czego si przyznale?" Nie przypuszczalem, abym mógl podpisa cokolwiek, ale z drugiej strony nic nie moglem sobie przypomnie.


Czulem si chory, zlamany i zgnbiony.


Wkrótce potem przeniesiono mnie do Moskwy na Lubiank. Gdy odjedalem, stranicy byli umiechnici i rozmowni. To samo zaobserwowalem wczeniej w Pisku i w Misku, a póniej w Moskwie. Ilekro odjedalem, stranicy zawsze zachowywali si tak, jakby byli zadowoleni, e si ze mn rozstaj. Rozmawiali swobodnie, nawet artowali. Moe to byl ich sposób okazania wspólczucia, na które przedtem nie mogli sobie pozwoli.


Warunki na Lubiance byly nieco lepsze. Ale opinia ,,opornego" poprzedzila widocznie moje przybycie, gdy dostalem si znów do ,,kiszki". Moskiewska ,,kiszka" byla jednak czystsza i zamykano mnie w niej na krótsze okresy.


Zespól ledczy Lubianki próbowal na mnie wlasnych metod perswazji. Chodzilo pewnie o stoleczn dum, która kazala im osign cel tam, gdzie nie udalo si prowincjonalnym funkcjonariuszom. Pytania byly te same, to samo domaganie si podpisu pod dokumentami, ta sama brutalno i zlorzeczenia pod adresem ,,ndznych polskich szpiegów". Ale na Lubiance mieli jeden sposób tortur, którego Byk by im pozazdrocil.


Przytraczali mnie rzemieniami do ,,stolu operacyjnego" - nogi sztywno wycignite pod stolem, ramiona rozpostarte na blacie, obie rce oddzielnie obwizane postronkami. Moje cialo nacignitym lukiem otaczalo stól. W miar jak podcigali napite


rzemienie, nastpowaly paroksyzmy przeszywajcego bólu. Ale to byly dopiero wstpne zabiegi - tak, jak siadanie z bólem zba na fotelu u dentysty. Dopiero potem nastpowala wlaciwa operacja. Nad stolem wisial starowiecki kociolek z dzióbkiem, wypelniony gorc smol. Najpierw jeszcze raz proponowali mi zloenie podpisu. Obiecywali, e gdy tylko podpisz dokumenty, puszcz mnie i pozwol wróci do celi. Mam wraenie, e gdybym skapitulowal w tej fazie, sprawilbym im wielki zawód. Pierwsza kropla smoly byla najgorsza, byla pieklem. Wciekle palila moj rk. Byla szczytem bólu. Nastpne przyjmowalem ju z pewnym odpreniem. Staralem si nie straci przytomnoci i zachowa wol oporu. Powiedzieli mi, e po skoczonym zabiegu z radoci zlo podpis lew rk. Dowiodlem im, e si mylili. Bylem zahartowany w twardej szkole.


To byl ostatni powany atak. Po jakich dwóch tygodniach wyprowadzono mnie znów z celi, i tak po raz pierwszy i ostatni w yciu znalazlem si w sowieckim sdzie.




12 II. Proces i wyrok


Gwar oywionych rozmów nagle zamarl. Misza, wyróniajcy si wród pozostalych mczyzn - ubranych w mundury lub zwykle cywilne bluzy zapite pod szyj - swym nienobialym kolnierzykiem i wytwornym jedwabnym krawatem, powiedzial pogodnie:


- Myl, e chyba ju zaczniemy.


Cho stalem tam od pól godziny, dopiero teraz sdziowie spojrzeli na mnie. Stranicy stojcy za mymi plecami poderwali si na baczno. Rozdano pliki papierów.


Glówne miejsce za dlugim stolem zajl siwowlosy Rosjanin w wieku okolo szedziesiciu lat o przyjemnym, spokojnym glosie. Ubrany byl w zwykly, dlugi surdut, naloony na zapit pod szyj czarn bluz, której kolnierz i mankiety zdobily zielone i czerwone hafty. Po jego obu stronach zasiedli oficerowie NKWD w ciemnoniebieskich mundurach z czerwonymi wypustkami na kolnierzykach i z czerwonymi otokami na wojskowych czapkach. Misza usiadl przy kocu stolu po mojej lewej rce. Byl on - jak si wkrótce przekonalem - glównym oskarycielem. Spogldal na mnie chlodno, gdy sd przygotowywal si do rozprawy. Podcignlem spodnie i skupilem wzrok na jakim punkcie tu nad glow przewodniczcego.


Po przeprowadzonej szeptem naradzie z siedzcymi obok oficerami przewodniczcy rozpoczl rozpraw. Wstpne posunicie otwierajce t rozgrywk znalem na pami. ,,Nazwisko? Wiek? Data urodzenia? Miejsce urodzenia? Nazwisko ojca? Narodowo ojca? Zawód ojca? Nazwisko panieskie matki?" I tak dalej, wedlug lecego przed nim dlugiego kwestionariusza, w którym - nie wtpi - wypisane byly wszystkie moje dawne odpowiedzi i przebieg wszystkich spotka z NKWD - od Piska a po Moskw. Jeeli powtarzajc te pytania, liczyli na to, e si pomyl w odpowiedziach, to byli slabymi psychologami. Tyle razy ju mi je zadawano, e i pytania, i odpowiedzi znalem na pami.


Przeczytano akt oskarenia. Byl to dokument najeony nazwami miejscowoci, nazwiskami rzekomych polskich ,,reakcjonistów" i datami odnoszcymi si do okresów, w których, jak mi zarzucano, popelnilem czyny szpiegowskie przeciw Zwizkowi Sowieckiemu. Zasig przestpstw byl ogromny. Do dzi jeszcze nie mog si nadziwi, e paradoksalnie nie byto wród nich niektórych faktów z mojej mlodoci, kiedy to jako szukajcy przyjaciól i mocnych wrae wyrostek rzeczywicie przekraczalem polsko-sowieck granic. Wszystkie wysunite oskarenia byly calkowicie pozbawione podstaw. Z pewn satysfakcj mylalem sobie, e jeli nie zdolali wymusi na mnie przyznania si w ledczych celach kilku wizie, to w tej stosunkowo przyjemnej i cywilizowanej atmosferze sali sdowej szanse ich byly jeszcze mniejsze.


W miar jak badanie rozkrcalo si, poczlem jednak podziwia wytrwalo, z jak umysl sowieckiego urzdnika potrafi dy do nakrelonego celu. Przez wszystko to przeszedlem ju wczeniej w jakim koszmarnym, niekoczcym si nie. Teraz, wydostawszy si na dzienne wiatlo z wijcych si wiziennych korytarzy, które tchnly groz i rozpacz, stwierdzilem, e sen trwa z cal uporczywoci.


Wlaciwie cale oskarenie powinno w skrócie brzmie mniej wicej tak:


,,Slawomirze Rawicz, jako Polak, wyksztalcony i pochodzenia buruazyjnego, oficer antyrosyjskiej armii polskiej, zamieszkaly w pobliu rosyjskiej granicy, jestecie ponad wszelk wtpliwo szpiegiem i wrogiem Zwizku Socjalistycznych Republik Radzieckich".


Moja wina wynikala z definicji.


Po dwóch godzinach zmienila si stojca za mn stra. Zmiana warty odbywala si regularnie co dwie godziny w cigu calej rozprawy. Odpowiedzi na pytania zadawane mi



13 przez przewodniczcego nie nastrczaly pocztkowo adnych trudnoci, dotyczyly wstpnej, formalnej czci ledztwa. Nie osignlimy jeszcze stadium, w którym musialem si zastanawia, by rozpozna niebezpieczestwo i unikn zastawionych pulapek. Chocia w rozloonych na stole aktach wielokrotnie stwierdzono, e mówi plynnie po rosyjsku, przewodniczcy, dbajc o kady szczegól procesu, zapytal, czy rozumiem i mówi po rosyjsku. Potem caly przewód toczyl si ju w tym jzyku, a wszystkie pytania zabarwione byl nieufnoci, któr Rosjanie ywi w stosunku do cudzoziemców znajcych ich jzyk. Podejrzliwo ta opiera si na przekonaniu, e aden obcokrajowiec nie nauczylby si rosyjskiego, gdyby nie zamierzal zosta szpiegiem.


Stojc przed sdem, ukladalem plan mojej obrony. Postanowilem nie zraa do siebie sdziów. Chtnie potwierdzalem fakty, które byly nie do zakwestionowania. Jeli jakie oskarenie byto raco falszywe, odpieralem je, proszc sd o pozwolenie uzasadnienia mego stanowiska. Pozwalali mi mówi do duo. Zgadzalem si z niektórymi zarzutami calkowicie, z innymi czciowo, wikszo odrzucalem, tlumaczc z zapalem dlaczego. Atmosfera byla wroga, ale wyczuwalem pewne zainteresowanie metod mojej obrony. Sztywny charakter pyta nie pozostawial zludze co do tego, e moje wywody mog wplyn na decyzje sdziów, ale czulem, e wykazujc ch wspóldzialania z sdem, przynajmniej nie pogarszam swojej sytuacji.


Pewne wraenie zrobilo na mnie swobodne zachowanie sdu. Czlonkowie kompletu orzekajcego caly czas palili papierosy, rozmawiali ze sob pólglosem i gestykulowali bez skrpowania, nie kryjc nawet wzajemnej poufaloci. Liczba rozmaitych goci, którzy krcili si po sali przed rozpraw, wcale nie zmniejszyla si po jej rozpoczciu, i zewszd dochodzily szmery rozmów toczonych na boku. Obserwowalem wszystko, co moglem dojrze lub doslysze. Jak widz w teatrze staralem si oceni wag i znaczenie kadej z postaci ukazujcych si kolejno na scenie. Najbardziej pobudzal moj ciekawo wysoki, szpakowaty, wytwornie wygldajcy mczyzna w mundurze. Wszedl na sal przez drzwi zaslonite kotar, gdy rozprawa toczyla si ju od dobrych trzech godzin. Przewodniczcy wlanie zadawal mi jakie pytanie, gdy jeden z siedzcych obok oficerów porozumiewawczym gestem skierowal jego uwag w stron drzwi. Nowy przybysz, trzymajc jeszcze rk kotar, rozejrzal si po sali. Wzrok jego przelizgnl si po mnie, spoczl na chwil na stranikach, po czym skierowal si na law sdow. Przewodniczcy skoczyl na równe nogi, reszta dygnitarzy te zerwala si popiesznie z miejsc. Rozlegl si halas odsuwanych cikich krzesel. Przybysz nierównym, nerwowym krokiem zblial si do rozpromienionego przewodniczcego. Gdy szedl wzdlu stolu, dycha bylo przyciszon wymian uprzejmoci, a do moich uszu docieral co chwila zwrot ,,towarzyszu pulkowniku". Wreszcie przewodniczcy gorco ucisnl dlo ,,towarzysza pulkownika". Nastpnie pulkownik do obojtnie wysluchal jakich wyjanie przewodniczcego, odwrócil si, kiwnl z umiechem glow w kierunku eleganckiego Miszy i stanl oparty plecami o cian w pobliu drzwi, przez które wszedl na sal.


Na znak pulkownika sdziowie powrócili na swoje miejsca. Wznowiono przewód, któremu przybysz przysluchiwal si z wyranym znudzeniem. Patrzyl w sufit i wydawal si by pogrony we wlasnych mylach, zajty sprawami znacznie waniejszymi ni proces jakiego zwyklego Polaka. Po dziesiciu minutach ulotnil si.


Okolo drugiej po poludniu przewodniczcy ustpil miejsca mlodemu sdziemu i wyszedl, pewnie na obiad. Zmieniali si równie inni czlonkowie kolegium. Wida byto, e w tego rodzaju procesach cigla obecno nie jest bynajmniej potrzebna. Kady, kto czytal dotychczasowe zeznania, mógl zastpi udajcego si na odpoczynek koleg. Zastpca przewodniczcego dzialal sprawniej od swego poprzednika. Szybciej zadawal pytania, pozostawiajc mniej czasu do namyslu. Ku memu zdumieniu, wkrótce po rozpoczciu



14 rozprawy, poczstowal mnie papierosem. Nie byto w tym adnego podstpu. Papierosa wraz z ogniem podal mi jaki urzdnik. Zacignlem si glboko i poczulem si lepiej. Przed samym kocem rozprawy dali mi jeszcze jednego. Dwa papierosy dziennie. Czulem, e to moe by dobry znak.


Towarzysz pulkownik zajrzal znowu podczas popoludniowego posiedzenia. Przeszedl si wzdlu stolu, wzil do rki akta, odloyl je z powrotem, zamienil kilka zda z najwaniejszymi osobistociami i znów wylizgnl si z sali. Rozprawa toczyla si dalej. Zmiana ustawionej za mn stray oznaczala, e minly kolejne dwie godziny. Teraz zaczl mnie bada Misza; zadawal pytania jakby od niechcenia, umiechajc si od czasu do czasu. Odpowiadalem z wielk gorliwoci. ,,Có za przyjemna zmiana mylalem - mie do czynienia z czlowiekiem, który nawet swym po europejsku skrojonym ubraniem przypomina o istnieniu innej cywilizacji".


Kiedy pytali mnie o on, wydawalo mi si, e w ich glosie pobrzmiewalo nawet lekkie wspólczucie.


Na nasz lub z Wier, który odbyl si 5 lipca w Pisku, dostalem czterdziestoomiogodzinn przepustk. W trakcie wesela w pewnej chwili matka wywolala mnie od stolu pod pretekstem telefonu. Gdy wyszedlem z pokoju, podala mi depesz: rozkaz natychmiastowego stawienia si w pulku. Spakowalem walizki i pocalowalem na poegnanie on. Lzy splywaly jej po policzkach, gdy glaskala moj twarz i wlosy. Wikszo weselnych goci nie wiedziala nawet, e wyjechalem. Po dwóch tygodniach moglem sprowadzi on do Oarowa, gdzie w pobliu stal mój oddzial. Przez cztery czy pi dni widywalimy si najwyej trzy godziny dziennie. Podczas tych wspanialych, cudownych godzin opuszczalo nas nawet to poczucie zbliajcego si przeznaczenia, które tak ciylo wówczas nad Polsk. To bylo cale moje malestwo z Wier. Kiedy walczylem z Niemcami na zachodzie Polski, Rosjanie weszli ze wschodu. W Pisku, do którego wrócilem, NKWD dzialalo szybko i sprawnie. Ledwo zdylem przywita si z on i odpowiedzie na pierwsze, gorczkowe pytania, ju po mnie przyszli. Wtedy widzialem Wier po raz ostatni.


Po popoludniu, gdy odstalem ju w sdzie ponad cztery godziny, zastpca przewodniczcego zapytal, czy chcialbym si napi kawy.


- Tak, prosz - odpowiedzialem. Wtedy to wlanie prócz kawy dostalem drugiego papierosa. Kawa byla wyborna - gorca, mocna i slodka. Gdy ju wypilem kaw i wypalilem papierosa, pytania zaczl mi zadawa barczysty cywil siedzcy naprzeciw Miszy. Byl to, jak si zdolalem zorientowa, mój obroca. Okazywal wyrane niezadowolenie z roli, jak mu kazano odgrywa i traktowal mnie ledwo skrywan pogard. W procesie brat minimalny udzial i jego rzadkie interwencje z pewnoci nie pomagaly mej sprawie. Byl on, w najlepszym razie, jej bardzo niechtnym szermierzem.


Tego dnia rozprawa skoczyla si do nagle okolo godziny szesnastej. Jeden z dwóch oficerów siedzcych przy glównej czci stolu szepnl co zastpcy przewodniczcego. Jaki oficer wydal stranikom komend ,,baczno". Kazano mi zrobi w tyl zwrot i pomaszerowalem z powrotem do celi. Dostalem jedzenie i poczlem rozmyla o dzisiejszych wydarzeniach. Doszedlem do wniosku, e proces ju si skoczyl i pozostalo tylko formalne ogloszenie wyroku. Sdzilem, e przebieg rozprawy wypadl dla mnie nie najgorzej, mialem nawet niewielk nadziej, e wyrok bdzie lagodny.


Od wielu miesicy nie spalem tak dobrze i tak nie wypoczlem jak tej nocy.


Nazajutrz o siódmej rano przyszli po mnie stranicy. Bylo mglisto i wilgotny chlód przenikal przez odzie. Dralem z zimna, idc przez wybrukowane podwórze do budynku sdu. Przed wejciem odbyla si formalna rewizja, po czym znów wepchnito mnie przez oslonite kotar drzwi na moje miejsce naprzeciwko dlugiego sdziowskiego stolu.




15 Ale wewntrz rzeczy mialy si zgola inaczej ni wczoraj. Czlonkowie trybunalu mieli tego ranka wyranie skwaszone miny. Byli gotowi i czekali na mnie. Najwyszy sd sowiecki pokazal mi si teraz od swej zimnej, urzdowej strony. Komplet sdzcy byl ten sam, który zasiadal pod koniec wczorajszego dnia: ten sam mlody wiceprzewodniczcy i ci sami dwaj doradcy z NKWD po jego prawej i lewej rce. ,,A wic zgadza si - pomylalem - teraz odczytaj wyrok". Stalem wyprostowany i czekalem. Panowie sdziowie przygldali mi si uwanie.


Po krótkim przerzucaniu akt wznowiono proces. ,,Nazwisko?... Wiek?.. Data urodzenia?..." - Znów to samo. Tak, jakbym nigdy przedtem nie stal wród tych bialych cian sali sdowej, jakby nie zdarzyl si wczorajszy dzie. Litani pyta powtórzono z nowym, zwikszonym naciskiem. Wygldalo tak, jakby moje wczorajsze odpowiedzi zostaly calkowicie puszczone w niepami. Przez pierwsze pól godziny walczylem z pograjc mnie fal rezygnacji. Czulem si znkany, przybity, bliski zalamania. Jakime naiwnym glupcem bylem, sdzc, e zwolni mnie tak latwo. Musialem znów walczy, tym razem oslabiony wczorajszym przedwczesnym odpreniem. Ci ludzie, podobnie jak i spotkani wczeniej w Charkowie czy Misku, byli Rosjanami kierujcymi si t sam nienawici i pracujcymi wedlug tych samych ciasnych formulek.


Pokrzykiwano na mnie, prawie nie sluchano moich odpowiedzi, walono piciami w stól, a podskakiwal na nim ciki kalamarz.


- Polski szpieg! Polski zdrajca! Polski bkart! Polski faszysta! Wraz z kadym pytaniem padaly na mnie zniewagi.


Misza ju si nie umiechal, gdy wstal, by kontynuowa pytania. W sdzie zapanowala przez chwil cisza, kiedy wpatrywal si we mnie w milczeniu. Za stolem przewodniczcego stanlo trzech mlodych cywilów, których nie widzialem przedtem. Trzymali notesy i wyczekujco spogldali na glównego prokuratora. Pomylalem wówczas o Byku i jego czeladnikach.


- Ty polski sukinsynu - zawolal Misza - do cierpliwie sluchalimy twych bredni! Wiesz, e jeste ndznym szpiegiem i powiedz nam wszystko o twoim szpiegostwie.


- Powiedzialem wszystko, co wiem - odparlem. - Nie ukrylem niczego i nie mam nic do dodania.


Dramatycznym ruchem Misza wyszedl zza stolu. Zrobil z dziesi kroków i zatrzymal si przede mn.


- Ty zawodowy lgarzu! - zawolal i zamachnwszy si, uderzyl mnie prosto w twarz. Raz, dwa, trzy, cztery razy. Gdy wstrzsnlem glow, dodal:


- Ale ja ci zmusz do mówienia prawdy.


Odwrócil si gwaltownie i odszedl na swoje miejsce za stolem. Trzej mlodzi obserwatorzy z zapalem skrobali co w notesach. Stalem, drc, nienawidzilem jego, nienawidzilem wszystkich


Rosjan i wszystkiego co rosyjskie. Przez nastpne pitnacie minut staralem si nie slysze kanonady zniewag i pyta. Zacisnlem usta i odmawialem wszelkich odpowiedzi. Policzki palily mnie od otrzymanych ciosów. Rozcita od wewntrz warga krwawila. W ustach czulem smak krwi.


Wreszcie zdecydowalem si mówi, czujc, e powinienem walczy do koca. Misza wymienil wlanie trzy zupelnie obce mi nazwiska ludzi, którzy przyznali si do szpiegostwa przeciw Rosji i byli wiadkami moich zdradzieckich czynów. Postanowilem przerwa cisz, jaka w tym momencie zapanowala.


- Dlaczego nie sprowadzilicie tych wiadków, eby mnie z nimi skonfrontowa? - zapytalem.


- Moe sprowadzimy, moe jeszcze sprowadzimy - odpowiedzial Misza.



16 Ale oczywicie nigdy nie przedstawiono adnego wiadka, który zloylby przeciw mnie zeznanie. Nie mogli niczym uzasadni aktu oskarenia, poza jedynym chyba punktem - bylem Polakiem. To jedno bylo niewtpliwie wielk zbrodni przeciw Rosji.


Nie mog sobie przypomnie wszystkich pyta, ale doskonale pamitam prokuratorskie talenty Miszy. Prowadzil mnie umiejtnie szlakiem, wzdlu którego lealy znane mi miejscowoci i na którym pojawiali si ludzie o znanych mi nazwiskach. Moglem prawie przewidzie nastpne pytanie i przygotowa na nie odpowied. A nagle - wszystko w tym samym tonie - padala nazwa jakiej innej miejscowoci i jakie obce mi nazwisko. Chwila milczenia z mojej strony, podczas której staralem si przestawi na nowy tor, i ju Misza wolal z triumfem:


- Ach ty polski psie! Tym pytaniem nareszcie zatkalem ci gb. To tam skladale swoje raporty szpiegowskie.


Potem nastpowal potok wyzwisk i oskare, wród których próbowalem tlumaczy, e nie znam ani miejscowoci, ani ludzi wymienionych przez Misz.


Wczoraj z przyjazn wylewnoci opowiadalem im, jak chodzilem z ojcem strzela kaczki na blotach poleskich. Dzi posluylo to Miszy do zajadlych ataków na mnie jako na szpiega i sabotayst. ,,Za blotami poleskimi ley Rosja!" - z naciskiem przypominal sdowi. Wczoraj napomknlem, e niele obchodz si ze strzelb myliwsk. Dzi okazalo si, e jestem nie tylko najnikczemniejszym szpiegiem, ale i strzelcem wyborowym na uslugach polskiego wywiadu. I tak w kólko.


Ten na pozór wariacki proces, prowadzony przez oblkanych ludzi, zmienil si pod koniec w prób sil midzy oslabionym, wyglodzonym, przeladowanym Polakiem a potn machin pastwow, mogc sobie pozwoli nawet na tak strat czasu. Przyprowadzili mnie na czczo do sdu i nie dostalem nic do jedzenia podczas dlugiej rozprawy, która skoczyla si dopiero o pólnocy. W sumie stalem w sdzie siedemnacie godzin i tego dnia nie bylo ju papierosów ani kawy. Ilekro zaczynalem si chwia lub zasypia na stojco, Misza wstawal od stolu, by mnie szturchn albo uderzy.


Wszyscy na sali sdowej, wlczajc w to oskaryciela, wychodzili co jaki czas, by odpocz. Zastpowali ich inni i sklad sdu zmienial si nieustannie. Po poludniu zjawil si nawet na kilka godzin dawny przewodniczcy, by da mono wypoczynku swemu zastpcy. Regularnie co dwie godziny zmieniali si te moi stranicy. Tylko ja jeden z wyschnitym gardlem i slaniajc si na nogach, stalem wci i zastanawialem si pospnie, czy ten dzie bdzie mial wreszcie jaki kres.


Gdy potykajc si, powrócilem wreszcie do celi, nie znalazlem w niej adnego posilku. Nastpnego dnia znów o siódmej rano, z pustym oldkiem, zaprowadzono mnie do sdu, gdzie glodny, obolaly i miertelnie zmczony przeylem jeszcze jedn maratosk sesj sowieckiego wymiaru sprawiedliwoci.


Zadawalem sobie wci jedno pytanie: po co to wszystko? Po co trac tyle czasu na jednego Polaka? Dlaczego nie chc skaza mnie po prostu, by skoczy t komedi? Najchtniej przyznalbym si do zarzucanych mi zbrodni, by skoczy z tym wszystkim. A jednak nie chcialem umiera. Toczylem walk na mier i ycie.


Nie zdolali mnie zlama. Próbowali nawet sztuczek charkowskich, trzymajc mnie godzinami na brzegu krzesla. Bolalo, ale pozycja siedzca byla, bd co bd, zmian po wielu godzinach stania na chwiejcych si nogach. Nie potrzebowalem przynajmniej powstrzymywa wci uginajcych si kolan.


Czwarty dzie byl ostatnim dniem rozprawy. Na sali wida bylo znacznie wicej ludzi ni na pocztku procesu. Wydawalo mi si, e wszyscy statyci, którzy od czasu do czasu zastpowali glównych aktorów, chcieli wzi udzial w ostatnim akcie. Nastrój byl bardzo




17 podobny do tego, który panowal na sali pierwszego dnia rozprawy. Przewodniczcy siedzial znów na swym zwyklym miejscu, przerzucajc arkusze papierów.


Wszyscy pogreni byli w rozmowach. Misza prowadzil wesoly dialog z jakim kapitanem NKWD. Przebrnlimy przez wstpn procedur, podczas której jeszcze raz zebrano moje personalia. Bylem zmczony, chory i wci o pustym oldku. Zadano mi dalsze pytania, na które odpowiadalem automatycznie. Byly proste i bez podstpów.


Po tych pytaniach przewodniczcy poprosil, bym przedstawil sdowi próbk mego podpisu. Zauwaywszy, e si waham, wyjanil, e nie chodzi o podpisanie jakiego dokumentu. Kto podal mi mal kartk papieru. Obracalem j niepewnie w rku, gdy kto inny powiedzial:


- Chcemy tylko zobaczy, jak si podpisujesz nazwiskiem. Wzilem podany mi olówek i zloylem podpis. Przewodniczcy spojrzal na kartk i podsunl j enkawudzistom. Wszyscy trzej pochylili si nad ni. Analiza trwala kilka minut, po czym przewodniczcy spojrzal na mnie, uniósl kartk, zgniótl j i wyrzucil.


Wzil nastpnie ze stolu jaki dokument i podal mi go przez wonego.


- Czy to wasz podpis? - zapytal.


Sd czekal, gdy przez jak minut ogldalem sygnatur. Tak, to byt mój podpis. Chwiejny, niepewny, ale bez wtpienia mój. ,,Charków - pomylalem. - Tamta noc w Charkowie".


- Czy to wasz podpis? - powtórzyl przewodniczcy.


- Tak - odpowiedzialem. - Ale nie pamitam, bym go skladal, i on wcale nie wiadczy, e zgadzam si z treci tego dokumentu.


- Ten dokument - cignl przewodniczcy -stanowi peln list wytoczonych przeciw wam oskare.


- Wiem o tym - odparlem. - Ale nigdy nie pozwolono mi go przeczyta i nigdy wiadomie nie podpisywalem tego dokumentu. - Niemniej jednak podpis jest wasz?


- Tak, ale nie pamitam, bym go kiedykolwiek skladal.


Przy stole rozpoczla si narada szeptem. Po chwili przewodniczcy powstal. Powstali wszyscy czlonkowie skladu sdziowskiego. Przewodniczcy odczytal pelny akt oskarenia. Skoczywszy, oznajmil, e sd uznal mnie winnym szpiegostwa i dzialania na szkod Zwizku Radzieckiego i jego obywateli. Wszystko to cignlo si do dlugo i teraz czekalem tylko na wyrok. Wreszcie go ogloszono.


- Zostajecie przeto skazani na dwadziecia pi lat pracy przymusowej.


- Wystarczy wam to - dodal major w niebieskim mundurze, siedzcy po prawej rce przewodniczcego - do odwieenia waszej pamici.


Patrzylem na nich, stojcych wzdlu stolu. Skrzyowalem spojrzenie z eleganckim, schludnym Misz. Umiechal si do mnie. Byt to przyjazny umiech czlowieka, który ma za chwil zbliy si do ciebie z wycignit do ucisku rk. Wygldalo tak, jakby prokurator Misza dodawal mi otuchy i gratulowal zachowania w sdzie. Patrzylem na jego wci jeszcze umiechnit twarz, a jeden ze straników szarpniciem za bluz obrócil mnie w tyl. Odprowadzono mnie do celi.


Dostalem posilek, i to spory posilek jak na wizienne warunki. Dano mi te co do picia. Stranicy zaczli znów ze mn rozmawia. Czulem, e wielki ciar spadl mi z piersi. Usnlem.




18 III. Bydlcy wagon


,Ju nastpnego dnia stwierdzilem, e wladze wizienia uwzgldnily zmian mojego statusu. Przestalem by winiem ,,pod ledztwem" - stalem si winiem ,,po wyroku". Przywrócono mi normalne wyywienie: kawa i sto gramów czarnego chleba o siódmej rano, znów chleb i miska zupy wieczorem. Zupa byla co prawda gorc wod, w której bez soli ani adnych przypraw gotowala si rzepa, ale stanowila przyjemn zmian diety.


Wynagrodzono mnie równie pierwsz od czasu aresztowania kpiel. Lania, do której odprowadzilo mnie dwóch straników, znajdowala si w odlegloci kilkunastu metrów od mojej celi. Rónila si od innych wiziennych Jani, które widzialem, tylko tym, e ze ciany wystawaly dwa kurki, a nie jeden. Zdjlem rubaszk, lapcie, spodnie i stanlem nad wskim ciekiem wydronym w kamiennej posadzce. Odkrcilem prawy kurek i trysnla gorca woda. Cho bez rcznika i mydla - byl to luksus. Podskakiwalem i wyginalem si pod kranem, by woda splywala po mnie od glowy do stóp. Tarlem swoj bial skór, a poczla si róowi.


Dwaj stranicy - jeden z naganem w rozpitym futerale - rozsiedli si po obu stronach drzwi i przygldali si moim harcom. - Teraz bdzie ci ju dobrze, wyjedasz std - odezwal si jeden z nich.


- Dokd? - zapytalem szybko.


Zignorowali jednak moje pytanie, postanowilem wic kpa si jak najdluej. Zakrcilem wreszcie kurek i by szybciej wyschn, taczylem, skakalem i poklepywalem si koszul. Nastpnie zmoczylem ubranie i wygniatalem z niego brud wizienny, który splywal ciekiem. Wyplukalem szmaty, wylem je i strzepnlem z nich resztki wody. Z odziey szla jeszcze para, gdy wdzialem j na siebie.


- Teraz wygldasz elegancko i czysto - powiedzial stranik z karabinem. - Idziemy.


W celi dostalem papierosa. Skrcil go dla mnie jeden ze straników, zapalil i poloyl na ziemi. Gdy opuszczal cel, zbliylem si i podnioslem skrta. Ile razy dostawalem papierosa, zawsze stosowano t sam procedur. aden stranik nie podalby mi papierosa do rki. Jeli papieros zgasl, nim zdylem si nim zacign, rzucano mi zapalk. Wypalon zapalk stranik podnosil i usuwal z celi. Wikszo surowych zarzdze bezpieczestwa miala swoje uzasadnienie. Jako nie moglem jednak zrozumie, dlaczego dwóch uzbrojonych straników w samym sercu Lubianki musi stosowa tak skomplikowane sztuczki z powodu jednego papierosa.


Mimo e wizie nie mial najmniejszych szans ucieczki, zawsze podlegal tej samej musztrze. Wychodzilo si lub wracalo do celi pod eskort dwóch straników. Gdy wizie wychodzil z celi, stranicy ustawiali si po obu stronach drzwi. Trzeba bylo ich min i stan krok przed nimi. Wtedy otrzymywalo si instrukcj. Oto typowy przyklad:


- Id korytarzem w lewo, na kocu skr w prawo i maszeruj, póki nie dostaniesz rozkazu, by si zatrzyma. Id przez caly czas rodkiem korytarza.


Nastpnie padalo ostrzeenie:


- Krok w prawo lub krok w lewo - to próba ucieczki! Podczas mego pobytu w wizieniu slyszalem to ostrzeenie setki razy. Uywali go wszyscy stranicy, znali je wszyscy winiowie. Rosjanie bardzo starannie tlumaczyli eskortowanemu winiowi, co ma robi, i nie pozostawiali adnych zludze, e wszelka zmiana kierunku w prawo czy w lewo oznacza mier od kuli karabinu lub pistoletu straników postpujcych dwa kroki za winiem. Na Lubiance zarzdzenia te wydawaly si przesadne, prawie mieszne. Póniej jednak, gdy tysice winiów przerzucano z jednego kraca Rosji na drugi i ucieczka stala si czym



19 przynajmniej teoretycznie moliwym, te rodki bezpieczestwa byly z punktu widzenia Rosjan uzasadnione.


Rankiem czwartego dnia po wyroku do mojej celi wszedl porucznik NKWD.


- Czy umiesz czyta po rosyjsku? - zapytal.


Gdy odpowiedzialem twierdzco, podal mi jaki papier. Byl to dokument podróy. Przekonalem si wówczas, e w Rosji nawet skazacy musz mie pozwolenie na zmian miejsca pobytu, choby si przeprowadzali tylko z wizienia do wizienia. Oficer dal mi pióro, którym podpisalem si na dokumencie. Schowal papier do kieszeni i wyszedl.


Którego listopadowego popoludnia, ju o zmierzchu, opucilem po raz ostatni moj cel na Lubiance. Wyprowadzono mnie na wizienny dziedziniec. Padal nieg i bylo tak zimno, e a zatykalo oddech. Dziedziniec, otoczony malymi budynkami, zamykala z jednej strony masywna brama, obok której w zabudowaniach z czerwonej cegly miecily si magazyny. W jednym z nich dostalem paczk zawinit w brzowy papier. Czlowiek, który mi j wrczal, umiechnl si i powiedzial:


- To na twoj podró.


Stojc na dziedzicu - paczka w jednej rce, a opadajce spodnie w drugiej - dralem z zimna i podniecenia. Opanowalo mnie poczucie wolnoci. ,,To ju poegnanie z wizieniem - mówilem sobie. - Gdziekolwiek teraz ci zabior, nie bdziesz ju w cuchncym wizieniu". ,,Cokolwiek mnie czeka - mylalem z pewn emocj - ju teraz wdycham wiee, czyste powietrze. Gdzie jad, ale ju nie z celi do celi, z wizienia do wizienia, z jednego ledztwa na drugie. Czeka mnie nowe ycie, moliwo pracy, poslugiwania si znowu mymi rkami, spotkania ludzi i rozmawiania z ludmi..."


Malymi grupkami wyprowadzano na dziedziniec moich wspólwiniów. Serce mi bito, gdy ogldalem kolejnych przybyszów. Patrzylimy na siebie z napiciem. Wszyscy szukalimy znajomych. I tu zdalem sobie spraw z dziwnego odkrycia: rozpozna kogo bylo niepodobiestwem. Uczestniczylimy w maskaradzie, wszyscy w tym samym przebraniu. Wszyscy mielimy dlugie wlosy i brody. Nie strzyglem si przecie i nie golilem od blisko roku, ale nigdy nie przyszlo mi do glowy, e inni byli traktowani tak samo jak ja. Ubrani bylimy te jednakowo. Gdy ju wszystkich zgoniono, dziedziniec wypelnilo stu pidziesiciu mczyzn, podtrzymujcych spodnie w ten sam co ja sposób.


Stu pidziesiciu straceców wystpujcych w tych samych, poalowania godnych kostiumach na jakim piekielnym balu maskowym. Kady ze schludnie zawinit w brzowy papier paczk w jednej rce i ze spodniami w drugiej. W pewnej chwili bylem bliski miechu, lecz nagle opanowala mnie dlawica fala wspólczucia dla nas wszystkich, uczestników tego idiotycznego widowiska.


Po raz pierwszy spotkalem si z innymi winiami. W Charkowie i na Lubiance docieraly do mnie róne odglosy. Slyszalem, jak rozstrzeliwano ludzi, slyszalem okropne wycie czlowieka, który traci zmysly. Kiedy slyszalem w celi skrobanie i pukanie w cian, jakby kto chcial si ze mn porozumie. Nigdy jednak nie pozwolono mi zetkn si z innymi winiami. Sporód rónych metod ledztwa - izolacj zastosowano do mnie w calej pelni.


Zbiórka, odliczanie, sprawdzanie nazwisk i dokumentów wszystko to zajlo ze dwie godziny. Czas ten urozmaicalimy przysiadami na niegu. Dozorowaly nas dwa oddzialy stray, kady zloony z kilkunastu olnierzy.


Zapadal zmierzch, gdy wreszcie zaladowano nas, na stojco, do piciu pokrytych brezentem wojskowych ciarówek. Jako eskorta jechaly dwie ciarówki wypelnione olnierzami - jedna na czele konwoju, druga z tylu. Trzsc si i przechylajc to w jedn, to w drug stron, w zawrotnym tempie ujechalimy okolo pitnastu kilometrów, a nagle zgrzytnly hamulce, a my runlimy do przodu. Konwój stanl.



20 W czasie tej krótkiej jazdy czulem, jak wrzaly wokól mnie emocje i podniecenie. Có za dziwne, oszalamiajce przeycie znale si znów wród ludzi, by popychanym cudzym ramieniem, otrzymywa lokciami szturchace midzy ebra i slucha okrzyków rzucanych w potocznej polskiej mowie. Nie byly to jeszcze oywione rozmowy, których nalealoby si spodziewa. Rozmowy przyszly póniej. Tymczasem odzwyczajeni od mówienia rzucalimy sobie tylko krótkie pytania i równie krótkie, ostre odpowiedzi.


Nasz konwój zatrzymal si przed stacj przy bocznej linii kolejowej. Znajdowalimy si, jak obliczylem, okolo dziesiciu kilometrów od Moskwy. Kto powiedzial póniej, e znal t miejscowo, podal nam nawet jej nazw i wyjanil, e stanowi ona willow dzielnic Moskwy, zamieszkal przez zamonych dygnitarzy sowieckich. Dobrze zbudowane i jasno owietlone domy, które dostrzeglem, wyskakujc z ciarówki, zdawaly si potwierdza te informacje.


Na peronie stal pocig zloony z wagonów bydlcych, w które zwykle laduje si po osiem krów lub koni. Zwrócone do siebie lbami zwierzta zajmuj dwie przegrody, po cztery sztuki w kadej. W rodku pozostawia si wskie przejcie, lczce drzwi po obu stronach wagonu.


Na przodzie skladu oraz na kocu staly dwie dymice lokomotywy. Ladowano nas szybko. Na dwik swego nazwiska wizie podchodzil do drzwi wagonu i dwóch olnierzy wpychalo go do rodka. Wewntrz dwaj inni olnierze ustawiali winiów wzdlu cian, stopniowo wypelniajc wagon, a wreszcie dla nich samych brakowalo miejsca. W moim wagonie stalo bez ruchu szedziesiciu ludzi. Wszystkie urzdzenia dla zwierzt zostaly usunite z wyjtkiem stalowych kólek, do których przywizywano inwentarz. Cztery okratowane otwory wentylacyjne zabito od zewntrz arkuszami blachy.


Dwóch olnierzy z opaskami na rkawach mundurów zajrzalo do rodka.


- Jestemy sanitariuszami. Dajcie zna, jeli kto bdzie potrzebowal pomocy, a my si ju nim zajmiemy.


Zatrzanito drzwi i zaryglowano je z zewntrz w momencie, kiedy zdawalo si, e stojcy najbliej wejcia wyskocz pod wplywem naporu jak korki z butelek. W dusznych ciemnociach kto zaczl kpi z sanitariuszy:


- Ciekawe, jak mamy wzywa ich na pomoc? Przez telefon, czy co?


I rzeczywicie, w cigu nastpnych kilku tygodni nikt z naszego wagonu nie widzial, by owi sanitariusze udzielali komu pomocy. Organizacja rosyjska pelna jest tego rodzaju absurdów.


Trzymajc wci pod pach sw paczk, stalem wgnieciony w jeden z któw wagonu. O siedzeniu nie bylo mowy. Jeli chcialem podnie rk, musialem prosi o pomoc ssiada, który odpychajc stojcych najbliej, robil mi miejsce potrzebne do wykonania tej operacji. Ten to anonimowy przyjaciel poradzil mi, bym otworzyl paczk i zjadl przynajmniej cz ywnoci, nim mi j ukradn. Poslugujc si wchem i dotykiem, zbadalem zawarto paczki. Có za radosne odkrycie. W paczce znalazlem sporych rozmiarów owalny bochenek razowca, dwie smakowite suszone ryby, które Rosjanie nazywaj taraniami, uncj machorki i kawalek gazety (póniej stwierdzilem, e z 1938 roku) do skrcania papierosów. Zjadlem pól bochenka i jedn ryb. Reszt zawinlem w papier i wcisnlem za bluz.


Dopiero gdy pocig ruszyl, zaczly si rozmowy. Zastanawiano si, dokd nas wioz. Niektórzy obawiali si, e skoczymy na Nowej Ziemi, inni, e w kopalniach soli na Kamczatce. Wszyscy zgadzali si, e naszym miejscem przeznaczenia jest Sybir.


Jedn z ostatnich instrukcji udzielonych nam przed zatrzaniciem drzwi byl zakaz halasowania. Gdy jednak pocig nabral pewnej szybkoci i wzmógl si stukot kól, wszyscy poczli krzycze.


- Czy jest tu kto ze Lwowa? - wolal jaki glos z jednej czci wagonu.



21 - Ta ja ze Lwowa - odpowiadal kto z przeciwnej strony. Podobnie szukali si te koledzy z tych samych pulków. W tym ogólnym zamieszaniu nie mona bylo normalnie rozmawia. Okrzyki szybko jednak ustaly i kady zaczl skupia uwag na swym najbliszym ssiedztwie. Bylem wci jeszcze podekscytowany now sytuacj, ale jako nie moglem si wlczy w t halaliw wymian pyta i odpowiedzi. Oparty o zimn cian wagonu przysluchiwalem si wrzawie, nie potrafic jeszcze przelama wewntrznych oporów i szuka przyjaciól, z którymi chcialbym podzieli si swymi mylami. Cieszylem si jednak, e nale do tego tlumu i e nie jestem sam.


Póniej jednak i ja zaczlem szuka znajomych z Piska.


- Ja znam Pisk - zawolal z zapalem kto stojcy po mojej lewej rce.


Poczlimy wymienia nazwiska znajomych, nazwy ulic i okolicznych wiosek. Ale jego Pisk nie byl moim Piskiem, i nie zdolalimy znale wspólnego jzyka.


Ta nieudana próba pozostawila we mnie uczucie zawodu. Mój rozmówca zirytowal mnie tym, e nie znal tych ludzi, których ja znalem, i nie wiedzial tego, co ja wiedzialem o Pisku. Zdaje si, e próbowal wznowi nasz rozmow, ale nie potrafilem mu nawet odpowiedzie. Wdalem si w t rozmow bez przekonania i teraz alowalem, e w ogóle do niej doszlo.


Pierwszej nocy pocig zatrzymywal si kilka razy i na kadym przystanku slycha bylo glosy ludzi wyladowywanych z ciarówek i setkami pakowanych do wagonów. Szczliwcy, którym przypadly miejsca wzdlu bocznej ciany wagonu od strony stacji, mogli przez szpary midzy deskami obserwowa peron owietlony reflektorami umieszczonymi na obu lokomotywach. Od nich dowiadywalimy si, co dzialo si na stacjach.


Ten pierwszy etap podróy na wschód stal si wkrótce koszmarem. Trzymano nas zamknitych w wagonie przez cal pierwsz noc i caly nastpny dzie. Nie bylo oczywicie mowy o najprostszych urzdzeniach sanitarnych; zgnieceni ludzie zalatwiali si, stojc. Zaduch byl okropny. Gdy pocig zatrzymywal si na wiatlach, wolano o ywno i wod. W odpowiedzi stranicy tlukli kolbami w ciany wagonów, nakazujc cisz i zapewniajc, e wagony zostan wkrótce otwarte. Winiowie stojcy przy cianach marzli. Ci, którzy gnietli si w rodku, gotowi byli zamieni si miejscami, nie mona jednak bylo ruszy si w tym cisku. Po dwunastu godzinach podróy rozgrzalem rce pod bluz i powoli zjadlem reszt mojej ryby i chleba.


Winiowie, którzy zostali zaladowani najwczeniej, byli ju dwadziecia cztery godziny w drodze, gdy pocig zatrzymal si wreszcie na jakiej bocznicy i otwarto drzwi wagonów. W wietle pónego popoludnia wida bylo falisty, pokryty niegiem kraj. Wzdlu torów rosly rozsiane w oddali kpy drzew. Niektórzy moi towarzysze tak zesztywnieli w cigu jazdy, e trzeba bylo pomaga im podczas wychodzenia z wagonów. Wszyscy prostowali si, przecigali i masowali zbolale czlonki, by przywróci krenie. Otworzyla mi si na kostce stara rana od odlamka granatu bolala mnie te spuchnita prawa dlo, na któr specjalista z Lubianki lal kroplami gorc smol. Byli jednak wród nas olnierze z nieopatrzonymi ranami znacznie gorszymi ni moje. Z podziwem obserwowalem, jak dzielnie znosili ból. Rosyjscy sanitariusze oczywicie nie pomogli im nawet aspiryn.


Przeszywajcy wschodni wiatr wyl wokól pocigu. A gdy nieg przestal pada, podmuchy wiatru staly si jeszcze zimniejsze. olnierze rosyjscy zajli strategiczne pozycje, rozsiadlszy si pólkolem przed otwartymi wagonami. Wzdlu drugiej, zamknitej strony pocigu, kryly patrole.


Nigdy nie zapominano o rodkach bezpieczestwa. Najpierw musielimy przycupn przed wagonem. Potem rozdano nam chleb. Wydzielono równie wod, która miala zapach parowozowych smarów. Póniej moglimy spacerowa w dokladnie wyznaczonym miejscu.



22 Kilku ludziom pozwolono i nieco dalej po galzie do oczyszczenia wagonu, pod warunkiem, e ,,krok w lewo lub krok w prawo" zostanie uznany za prób ucieczki. Kostnielimy, siedzc w lachmanach na wietrze, nie braklo wic ochotników do sprztania wagonów. Wykonali sw prac, po czym wyskoczyli z wagonów, by znów odetchn wieym powietrzem. Nieco póniej, stojc oparty o wagon, zauwaylem, e do elaznej sztaby, która zamykala drzwi, przytwierdzona jest na ptli z drutu olowiana piecz. ,,Nie tylko zamknici, ale i zapiecztowani - pomylalem. - To dopiero s rodki ostronoci".


Na pierwszym postoju zrozumielimy, wedlug jakiej metody porusza si nasz transport. Chodzilo przede wszystkim o to, by nas niezauwaenie przewozi noc przez upione miasta, a za dnia zatrzymywa si na odludnych bocznicach. Postoje pod wiatlami sygnalizacyjnymi i ogromne odlegloci powodowaly jednak opónienia i nieraz wbrew przyjtemu rozkladowi jazdy zblialimy si do miasta ju dobrze za dnia. W takich wypadkach obsluga pocigu i olnierze wpadali w panik. Zastanawialem si, co sobie myl ludzie stojcy na peronie, gdy slysz stlumione glosy dochodzce z zamknitych bydlcych wagonów dlugiego pocigu, który ólwim tempem toczy si przez stacj.


Pod koniec pierwszego tygodnia nasza szedziesitka nabrala cech bardziej zorganizowanej spolecznoci. Przyjlimy system zmiany miejsc, tak aby kady mógl si ogrza w rodku wagonu cieplem ciasno stloczonych cial. Kady te kolejno przeywal odrtwiajce zimno przy cianach wagonu. Temperatura wci spadala i te zewntrzne miejsca stawaly si coraz bardziej dolegliwe. Dziki naszemu systemowi kademu przypadaly te co jaki czas ulubione przez wszystkich punkty obserwacyjne przy drzwiach i szparach w deskach bocznych cian wagonu. Dobry, obdarzony donioslym glosem obserwator, stojc z okiem przy szparze, mógl si bardzo przyczyni do rozproszenia panujcej nudy i monotonii. Niektórzy potrafili zaj nas naprawd zabawnymi komentarzami.


W tym ciemnym, zamknitym pudle na kolach trudno bylo si zorientowa w kierunku podróy. Z fragmentów opowiada ludzi, którzy albo rzeczywicie znali tras, albo tylko twierdzili, e j znaj, wywnioskowalem, e w drodze przez zachodni Rosj zrobilimy wiele dlugich objazdów. Byly one spowodowane ogólnymi trudnociami komunikacyjnymi. Musielimy te pewnie zbacza do punktów, w których oczekiwaly na pocig konwoje winiów, splywajce tam szosami.


W cigu drugiego tygodnia, gdy osignlimy podnóe Uralu, do pocigu przyczepiono trzeci lokomotyw. Stalo si jasne, e jedziemy szlakiem kolei transsyberyjskiej i e miejsce naszego przeznaczenia ley gdzie na bezkresnych obszarach oslawionej Syberii. Wiksze miasta i stacje wzlowe mijalimy prawie zawsze noc. Skrzyowania linii kolejowych poznawalimy po zalamaniu si rytmicznego stukotu kól, gdy przeskakiwaly one z jednych szyn na drugie. Slycha te byto huk innych pocigów i gwizd lokomotyw.


Jedno wydarzenie zapisalo si ywo w mej pamici. Tego dnia wypadla moja kolej przy jednym z wikszych otworów w cianie wagonu. Trafila mi si wyjtkowa okazja, gdy pocig nasz, wlokcy si ju blisko dwa tygodnie, byl w nocy kilka razy zatrzymywany i nie zdylimy dotrze przed witem do wyznaczonego na jakim odludziu miejsca postoju. Znalelimy si na duej, wzlowej stacji. Miasto, jak pamitam, odznaczalo si tylko tym, e wszystkie domy byly zbudowane z czerwonej cegly. Pocig toczyl si bardzo wolno, najwyej pitnacie kilometrów na godzin. Nagle zahamowal gwaltownie, szarpnl i zatrzymal si. Po minucie wagony drgnly znowu i powolutku ruszyly. Wtedy to wlanie dojrzalem, e na ssiedni tor wjeda równie powoli taki sam jak nasz sklad zloony z bydlcych wagonów.




23 Wraz z innymi winiami stojcymi przy punktach obserwacyjnych relacjonowalem, w si dzieje na zewntrz:


- Pocig taki sam jak nasz - wolalem. - Okna nie s zabite. W rodku wida ludzi.


Oba pocigi zatrzymaly si.


- Kobiety! Kobiety! W tamtym pocigu s kobiety! I dzieci te! Nie wiem, czy t wiadomo podal mój glos, czy czyj inny. Wrzeszczelimy wszyscy, starajc si przekrzycze jeden drugiego. W wagonie zapanowal istny szat. Ludzie znajdujcy si w rodku parli przed siebie, przygniatajc nas, obserwatorów, do cian wagonu. Nie zwracalimy na to uwagi w podnieceniu. Kobiety, które widzialy tylko ciany naszych wagonów, patrzyly przeraone. Halas w naszym pocigu zmienil si w jeden ryk.


- To Polki! To nasze kobiety! - wrzasnl kto przeraliwym glosem.


Ludzie zdawali si traci zmysly. Moe byly to rzeczywicie PoIki, a moe Lotyszki lub Estonki. Nie wiem. Jeli nawet wolaly do nas, nie moglem ich uslysze wród wrzasków otaczajcego mnie tlumu.


olnierze rosyjscy wybiegli jak oszalali ze swych kwater w przodzie i na kocu pocigu i tlukc w ciany wagonów, nakazywali spokój. Ale nikt ich nie sluchal. Nasz pocig opanowala histeria. Cala ta scena trwala moe siedem lub osiem minut. Kiedy ruszylimy, rozlegly si lkania ludzi, którzy nie znali losu swych on i rodzin. Przez wiele dni pozostawalimy jeszcze pod przygnbiajcym wraeniem tego spotkania. Ze strony Rosjan bylo to najgorsze potknicie organizacyjne w cigu calej drogi.


Scena ta miala swój nie pozbawiony ironii epilog. Gdy wreszcie osignlimy poloon na bezludziu bocznic, która tego dnia miala by naszym przystankiem, przemówil do nas rosly i gladki dowódca pocigu. Kiwajc strofujco glow, mówil nam o koniecznoci zachowania ciszy podczas podróy.


- Cale nieszczcie z wami polega na tym, e brak wam elementarnej kultury - owiadczyl, jak mi si wydawalo, zupelnie serio. Spod rozwianych bród i rozczochranych wlosów zaczlimy rozpoznawa nasze twarze. Nazwiska nic oczywicie nie mówily i nikt nie przywizywal do nich adnego znaczenia. Ludzi rozpoznawalo si po wlaciwociach ich charakterów. Byli wród nas urodzeni przywódcy, organizatorzy, ludzie automatycznie przejmujcy kierownicze role, ustanawiajcy przepisy, które ulatwialy wielu innym przeycie. Byli ludzie, którzy - tak jak ja pragnli po prostu przetrwa. I byli inni, w których iskra nadziei zgasla z chwil, gdy zapdzono ich do naszych ruchomych trumien. Umierali bez slowa podczas dlugich nocy, gdy przypadaly im miejsca pod cianami wagonu. Umierali, stojc, i nawet nie wiedzielimy, e nie yj, póki za dnia nie otwarto drzwi wagonu. Zamarznita ziemia byla zbyt twarda, by mona bylo kopa w niej groby. Pozostawiano ich przy torach i nieg usypywal im mogily. Byli tylko nazwiskami skrelonymi z listy konwojowanych winiów. Osiem takich zesztywnialych zwlok wyniesiono z naszego wagonu.


Najbardziej podziwialem tych, którym do koca nie braklo poczucia humoru. To oni ratowali nas w najtrudniejszych chwilach. Potrafili wszystko obróci w art. Ich dowcipy byly nieraz makabryczne, czsto prostackie i ordynarne, wyraane dosadnym, mskim jzykiem. Ale nic ich nie bylo w stanie powstrzyma. Z wdzicznoci wspominam wybuchy miechu, jakie wywolywali wród nas, parodiujc dowódc pocigu, straników, a nade wszystko w ogóle Rosjan, i kpic ze wszystkiego co rosyjskie. Kiedy przygnbieni rozmawialimy raz o morderczych syberyjskich kopalniach zlota, do których - jak glosila ostatnia plotka - zostalimy zeslani, niski, potnie zbudowany brodacz przedstawil nam plan swej ucieczki.




24 - Panowie, razem z razowcem bd wcinal zloty piasek. Gdy ju si najem do syta, zwiej czym prdzej na Kamczatk, a stamtd do Japoców. W Japonii wys... ruskie zloto i bd do koca ycia milionerem.


Niepohamowanie, przesadnie glono i dlugo mialimy si z tego absurdalnego pomyslu, a tak miej si tylko ludzie bliscy rozpaczy.


Kiedy indziej obserwowalimy, jak olnierze cigali bluzy i spodnie z martwych winiów, zanim zostawili ich ciala przy torach. Kto wtedy powiedzial: ,,Batiuszka Stalin poycza ubranka tylko na czas pobytu na terenie ZSRR".


Zeslacy zwizani wspólnym nieszczciem rozmawiali zupelnie swobodnie. Rezultat nie zawsze byl szczliwy. Przy napitych nerwach, gdy tylko rozmowa zeszla na niebezpieczny temat nastpowal wybuch. Polityka stanowila w naszych rozmowach dynamit. Pamitam spór dwóch mczyzn dotyczcy roli ministra Becka i wydarze politycznych, które doprowadzily do niemieckiego ataku na Polsk. W obu dyskutantach gotowala si ledwie hamowana pasja, a jeden z nich nazwal Becka zdrajc. Po chwili obaj wrzeszczeli z furi nie znajc granic. Szarpali si bezsilnie w doku, mimo ogólnych nawolywa do spokoju, a nie mogc wyswobodzi rk ani nóg, rzucali si na siebie z zbami. Otaczajcy tlum zdolal ich wreszcie wzmoonym naporem rozdzieli. Jeden mial prawie odgryziony czubek ucha, drugi glbokie lady zbów na policzku. Lzy bezsilnoci splywaly im po twarzach. Przez jaki czas melli jeszcze w ustach groby. Potem uspokoili si i zapomnieli o calej awanturze.


Kiedy pocig zatrzymal si w ciemnociach. W pogronym w pólnie wagonie panowala cisza. Nagle odezwal si kto nieco wzniesionym, sennym glosem. Ludzie poruszyli si i chcc nie chcc zaczli slucha.


- Moja ona byla zacn, kochan kobiet. Ona byla szczliw, malek pani. Dobrze nam bylo we dwoje. Dobra z niej byla kucharka. Teciowa te wietnie gotowala i moja ona nauczyla si od matki. Opowiem wam, jakie ciasto piekla moja ona na wita. Wiedziala, e przepadam za ciastem.


Sluchalimy zafascynowani dwikiem troch gardlowego, ale wyranego glosu czlowieka mówicego przez sen. Opowiadal nam o tym ciecie ze szczególami i z miloci. Sluchalimy, ile bierze si mki i drody, jak si miesi ciasto w wielkiej glinianej misie, ile wbija si jaj, ile dodaje skórki pomaraczowej i rodzynków, jak polewa si migdalowym lukrem.


- Có za wspaniale ciasto piekla moja ona - cignl tym samym glosem. - I ten zapach piekcego si ciasta.


Nagle czyj przeraliwy glos wyrwal nas z tych sennych marze:


- Przesta! Na milo bosk, przesta! Inni te poczli krzycze:


- Stul pysk, ty glupi durniu! Chcesz, ebymy postradali zmysly?


Czlowiek, który nil o ciecie, zamilkl. To ,,przeklte cudowne ciasto" przeladowalo mnie potem przez kilka dni. Po prostu nie moglem sobie przypomnie, jak smakuje ciasto.




25 IV. Pi tysicy kilometrów w pocigu


W trzecim tygodniu tej niekoczcej si podróy - ju dobrze w glbi Syberii Zachodniej - mielimy do czasu na rozmylania. Stopniowo przestalimy si interesowa nazwami mijanych stacji, ozdobionych wybielonymi popiersiami Stalina, ustawionymi zawsze w najbardziej widocznych punktach. Miejsca, w których zatrzymywalimy si, wygldaly zawsze tak samo pospne, niegiem pokryte przestrzenie, czasem zalesione, czasem zupelnie puste. Rónica polegala tylko na tym, e na jednych postojach bylo bardziej, a na innych mniej zimno. Im dalej posuwalimy si na wschód, tym gwaltowniej spadala temperatura. Na niektórych przystankach ksal nas nabrzmialy niegiem, przejmujcy wiatr pólnocno-wschodni. Wracalimy wówczas bez alu do wzgldnego ciepla wagonu.


Wiedzielimy o sobie coraz wicej. Ludzi z wyrokami poniej dziesiciu lat w ogóle nie spotkalem. Wikszo wiozla ze sob taki sam wyrok jak ja - dwadziecia pi lat cikich robót. Niektórzy dwigali jeszcze surowsze kary. Polowa moich towarzyszy podróy skazana zostala za t sam zbrodni: sluyli w polskim wojsku. Jak wszyscy olnierze na wiecie rozmawiali o swych wojennych dowiadczeniach, o miejscowociach, w których stacjonowali, o swych pulkach i wspólnych kolegach. Wszystko to sprawilo, e te zaczlem rozmyla o mej przeszloci w Polsce, cho nie mialem na to ochoty. Ucieczka w przeszlo byla ucieczk we wspomnienia wolnoci.


Do rozpamitywania minionych zdarze sprowokowal mnie pewien maly yd, który opowiedzial mi swoj histori. Kiedy Niemcy posuwali si w glb Polski, a Rosjanie uderzyli od wschodu, ów yd, wlaciciel skromnego sklepu w Bialymstoku, sprzedal wszystkie towary i za uzyskane pienidze kupil diamenty. Ukryl je w butach, uszytych specjalnie przez znajomego szewca, i postanowil ucieka. Dokd? Na zachód, do yrardowa - a wic pod okupacj niemieck - gdzie mial rodzin. A dlaczego uciekal? Bo nie ufal Rosjanom.


Nie mial jednak okazji sprawdzi Niemców, gdy Rosjanie schwytali go, gdy próbowal przekroczy granic. Za takie przestpstwo dostaje si automatycznie dziesi lat. Próba ucieczki od oswobodzicieli moe by traktowana jako bardzo antyspoleczny postpek.


- Ale Niemcy zamordowaliby pana - spieralem si z nim. Przecie wie pan, jak Niemcy nienawidz ydów.


- By moe, by moe - odpowiedzial. - Ale przynajmniej okazalo si, e mialem racj, nie ufajc Rosjanom. No prosz, co ze mn zrobili...


Wracajc do Piska po ostatecznym zalamaniu si naszego oporu przeciw Niemcom, te dokonalem w gruncie rzeczy wyboru: sam si oddalem w rce Rosjan. Czy powiodloby mi si lepiej, gdybym zostal niemieckim jecem wojennym? Nie moglem wtedy odpowiedzie na to pytanie, ale sklonilo mnie ono do rozmyla o Niemcach, o beznadziejnej walce polskiej kawalerii z niemieckimi czolgami, o ogólnym chaosie i bohaterstwie armii skazanej na zaglad podczas tych desperackich dni wrzenia 1939 roku.


Zostalem powolany do wojska w 1937 roku, zanim uzyskalem dyplom architekta i geometry w Szkole Technicznej im. Wawelberga i Rotwanda w Warszawie. Slub jednoroczn odbywalem w podchorówce piechoty w Brzeciu. Jednak po siedmiu miesicach, jako dobry jedziec, zglosilem si na ochotnika do rozpoznawczego plutonu kawalerii przy piechocie. Podchorówk ukoczylem z najwyszym stopniem. W 1938 roku, ju po studiach, bralem udzial w szeciotygodniowych wiczeniach na Wolyniu, gdzie otrzymalem awans na podporucznika. Powrócilem do domu w wietnej formie, opalony i bardzo zadowolony z siebie, by pomaga matce w gospodarstwie. Matka byla w naszym domu osob praktyczn. Ojciec natomiast uwaal, e majtek jest po to, by mu umoliwial



26 oddawanie si ulubionej rozrywce - malowaniu pejzay. Dom byt pelen plócien, których ojciec nie sprzedalby nigdy, cho wiem, e mial takie propozycje. Zarzdzalem majtkiem zaledwie przez kilka miesicy. 1 marca 1939 roku powolano mnie do wojska w ramach ,,nieoficjalnej mobilizacji". W sze miesicy póniej, 31 sierpnia, w przeddzie moich dwudziestych czwartych urodzin, przebywalem w obozie kawalerii pod Oarowem. Przeczytalem wlanie listy od ony i matki i zabieralem si do otwarcia przyslanych mi przez nie paczek, gdy do obozu przybyl kurier z wiadomoci, e wojska niemieckie ruszyly. Rozpoczynala si wojna.


Bralem udzial w walkach zaledwie przez trzy tygodnie, ale byly to tygodnie pelne wydarze i intensywnych przey. W trzscym si rosyjskim pocigu rozpamitywalem znów wraenia z tamtych dni. Przypomnialem sobie, jak krylem si wraz z koniem przed pikujcymi sztukasami, mylalem o zatloczonych szosach, przez które przedzierala si z mozolem nasza konna artyleria, by dosta nieprzyjaciela w zasig swego ognia. Nikt dokladnie nie wiedzial, gdzie s Niemcy. Dopiera pod Kutnem trafilimy na wielkie zgrupowanie kawalerii - blisko dziesi tysicy koni. Glówn drog odwrotu na Modlin odcinali Niemcy, zajmujc dobrze wybrane i umocnione pozycje. Tu wreszcie znalelimy jakie centralne dowództwo. Otrzymalimy rozkaz przebicia si przez lini nieprzyjaciela. Od Niemców oddzielal nas pas lasu szerokoci dwu i pól kilometra. Ruszylimy naprzód na rozkaz podany trbk od szwadronu do szwadronu.


Ci z pierwszych szeregów, którzy pospadali z koni, nie powstali ju nigdy. Przez padajce wierzchowce skakali nastpni nacierajcy jedcy. Wydostawszy si z lasu, zobaczylem, e wiele koni wpadlo na kolczaste druty. Z ich rozdartych brzuchów wyplywaly wntrznoci. Szara kawaleryjska wywoluje pewnego rodzaju obld, który ogarnia zarówno jedców, jak i konie. Furi, sil i impet szary moe powstrzyma tylko najciszy i skoncentrowany ogie artyleryjski. Niemcy, którzy chcieli si podda, zostali skoszeni. Szarujcy ulani nie bior jeców.


Nkani przez nurkujce bombowce, przepychajc si po zatloczonych drogach, dotarlimy wreszcie do Warszawy, by - jak nam powiedziano - zreorganizowa si i broni stolicy. Napotykani po drodze piechurzy dosiadali naszych pozbawionych jedców koni. Wjedalimy na przedmiecia Warszawy, majc nawet marynarza w siodle. W miecie nie bralimy udzialu w zorganizowanej obronie. Przez krótki czas zajmowalem si przeniesieniem magazynów z koszar na Pradze do zabudowa starej szkoly podchorych po drugiej stronie Wisly. Póniej dowiedzialem si, e na trasie Warszawa - Piastów znajduj si oddzialy przygotowujce obron. Zaopatrzylem si w ywno i wyruszylem w drog. Przywitano mnie chtnie. Zostalem dowódc patrolu zloonego z omiu ulanów.


Dziki temu dane mi byto oglda chyba ostatni atak kawaleryjski w nowoczesnej wojnie. Zostawilimy nasze konie na skraju lasu pod stra czterech ulanów i podczolgalimy si na szczyt niewielkiego pagórka poronitego kpami drzew. Roztacza) si stamtd widok na szos do Piastowa. W odlegloci stu merów od nas znajdowalo si skrzyowanie czterech dróg. W rozwidleniu utworzonym przez glówn szos i jedn z bocznych dróg wzrok przycigal jaskrawy budynek przydronej gospody. Budynek byl pusty, ale przed wejciem wci stal stolik ocieniony kolorowym parasolem. Po chwili dostrzeglimy niemieckich szperaczy. Posuwali si po obu stronach szosy i ostronie badali teren. Jeden z nich przeszedl midzy nami a miejscem, w którym schowalimy konie. Przywarlimy do ziemi, bacznie obserwujc widoczny z naszego ukrycia trzykilometrowy odcinek glównej szosy.


Wkrótce zobaczylimy zbliajcy si pluton niemieckiej piechoty. olnierze szli z broni na ramieniu. Za nimi jechalo na koniach szeciu oficerów. Dalej - co najmniej kompania piechoty i dzialka cignione przez konie. Gdy kolumna niemiecka znalazla si w odlegloci pól kilometra od skrzyowania, uslyszelimy od strony szosy za nami ttent kopyt.



27 Z lasu wypadl oddzial stu pidziesiciu polskich kawalerzystów w pelnym uzbrojeniu. Jak si póniej dowiedzialem, naleeli oni do 12 Pulku Ulanów.


Ulani sformowali si natychmiast na szosie i nim Niemcy zrozumieli, co si dzieje, runli wprzód z wydobytymi szablami. Ledwie Niemcy zdolali odda kilka strzalów, a ju jedcy przebili si przez ich kolumn. Wystraszone artyleryjskie konie wywrócily dziala, barykadujc nimi szos. Na dziala te wpadly niektóre konie, zrzucajc jedców. Byly to jedyne straty poniesione przez naszych w tej szary.


Minwszy niemieck kolumn, ulani sformowali si znowu i uderzyli jeszcze raz, by dokoczy dziela zniszczenia. Potem uskoczyli w jedn z bocznych dróg, i to byl koniec wszystkiego. Podczolgalimy si z powrotem do naszych koni i wrócilimy do oddzialu, by zloy meldunek. Bylo to pitnastego lub szesnastego wrzenia. Wkrótce potem Warszawa padla.


Doszedlem do wniosku, e nie potrafi rozwiza problemu, wobec którego postawil mnie ów maly ydowski sklepikarz: Rosjanie czy Niemcy? W 1939 roku Polacy znajdujcy si w mojej sytuacji nie mieli wielkiego wyboru.


Cignly si dni nieprzerwanej nudy. Spdzalimy je, drzemic w odrtwieniu. Ze snów koszmarnych budzilimy si do rzeczywistoci, by zda sobie spraw, e znów jestemy w tym strasznym pocigu i by slucha niekoczcego si stukotu kól.


Rozmawialimy o naszych onach i rodzinach. Niektórzy z czuloci opowiadali o swych dzieciach. Wymylalimy na Rosjan. Przeklinalimy Hitlera i Niemców. Nieraz spdzalimy cale godziny w milczeniu, przyciskajc si tylko bliej do siebie w obronie przed przejmujcym zimnem. Czasem nie wypuszczano nasz wagonu przez 36 godzin. Ludzie jczeli z rozpaczy, miotajc przeklestwa na winnych naszego upodlenia.


Jechalimy wci naprzód. Ludzie umierali i nazwiska ich skrelano z listy winiów. Ale w zloony z szedziesiciu lub wicej wagonów bydlcych parl przed siebie, polykajc coraz bardziej zawrotne odlegloci.


Rozmiary Rosji s przeraajce. Minlimy Nowosybirsk, wany syberyjski orodek, poloony blisko 3000 kilometrów na wschód od Moskwy, a pocig wci jechal dalej. Przejedajc powoli przez Krasnojarsk, mielimy za sob prawie 4000 kilometrów. Nasz uwag zwrócily tam wysokie, niczym nie oslonite sterty ziarna, które gnilo i puszczalo zielone pdy. Braklo wida albo ludzi, albo rodków transportu, by ziarno przewie do magazynów. Ogldany przez szpary naszych drewnianych cel Krasnojarsk wydal nam si wielkim miastem ze swoimi olbrzymi


mi spichrzami, budynkami z czerwonej cegly i ruchliw stacj wzlow.


Pitnacie kilometrów za Krasnojarskiem pocig zatrzymal si na bocznicy, z której nie bylo ju wida miasta, ani nie bylo slycha ego odglosów. Grupa zrcznych, cieplo odzianych robotników uwijala si wzdlu pocigu, ostukujc mlotkami kola wagonów. Byli to chyba najpilniejsi robotnicy kolejowi na wiecie. Ostukiwali kola przy kadej nadarzajcej si okazji. Ich prac trudno byto przecenia, gdy na tych nienych pustyniach oddzielajcych nieliczne miasta kady defekt pocigu mógl mie katastrofalne skutki. Tym razem znaleli uszkodzenie w naszym wagonie i od pónego rana a do zmierzchu spdzilimy dzie pod golym niebem, czekajc na usunicie awarii. Mimo zimna sytuacja nasza nie byla najgorsza. Otó od niedawna, za przykladem jakiego zapoznanego geniusza, uywalimy cienkich, gitkich witek jako pasków do spodni. Odtd obie rce mielimy wolne! Moglimy robi wymachy, aby si rozgrza.


Byl to wlanie koniec trzeciego tygodnia naszej podróy i niektórzy przypuszczali, e Krasnojarsk stanowi jej kres. O zmierzchu zaladowano nas jednak z powrotem, wagony zamknito i zapiecztowano. Potoczyly si znów kola, wpadajc wkrótce w znajomy rytm. Jechalimy jeszcze sze nocy i sze dni. Sze przystanków, podczas których



28 opuszczalimy wagony i dreptalimy w miejscu, aby nie zamarzn. A wreszcie po piciu tysicach kilometrów i po miesicu jazdy, podró nasza dobiegla koca. Dotarlimy do Irkucka, poloonego w pobliu poludniowego kraca wielkiego jeziora Bajkal.


Wzdlu pocigu ruszyli olnierze, zrywajc pieczcie, otwierajc wagony i krzyczc:


- Wysiada! Koniec podróy!


Potykajc si, niezdarnie opuszczalimy wagony. Wychodzilimy wprost na mróz i wyjcy, chloszczcy wicher, który zatykal oddech. Staralimy si trzyma pocigu, jedynej, cho do iluzorycznej oslony przed szalejcym ywiolem. Po kilku minutach nasze uszy zmienily si w tafelki lodu, nosy nabraly barwy fioletowoczerwonej, z oczu plynly lzy. Dygotalimy wszyscy i nie dalo si tego opanowa. Byl to drugi tydzie grudnia. Syberi skula zima, a my wci bylimy ubrani w zwykle spodnie, bawelniane bluzy i plócienne lapcie. olnierze zagldali do wagonów, by sprawdzi, czy wszyscy wysiedli. Niektórych chorych i poskrcanych skurczami trzeba bylo wynosi. Zrobil si wreszcie ruch, padaly rozkazy przekazywane od jednej grupy do drugiej, a sformowano nas w dlug, nieporzdn kolumn marszow, zloon z blisko czterech tysicy winiów. Na jej czele, z tylu i po obu stronach rozstawili si olnierze. Ruszylimy niezgrabnie naprzód, z pochylonymi przeciw wiatrowi glowami. Wkrótce nasze spodnie nasikly do kolan nien brej, rozbeltan przez setki nóg idcych przed nami ludzi.


Maszerowalimy osiem kilometrów przez pola, nie widzc ju ani nie slyszc pocigów. Charakterystyczne, e podczas calej naszej póniejszej podróy miejsca postoju byly tak wybrane, by opadajcym z sil wdrowcom nie przypominaly bynajmniej raju. Zatrzymalimy si na olbrzymim kartoflisku, po którym hulal wicher. Gdziekolwiek wzrok sigal, nie wida bylo adnych zabudowa. Pole pokrywala powloka sypkiego niegu, gruboci okolo pól metra. Czekalo na nas kilka kolchozowych ciarówek i jedna kuchnia polowa, miesznie mala, jak na potrzeby takiej masy zglodnialych mczyzn. Czulem si, jakbym stal nagi na wietrze, tak bolenie ksaly jego ostre kly. Ludzie spogldali na siebie ponuro. Nie wszystkie nasze lzy wywolane byty mronymi podmuchami wiatru.


Niedlugo stalimy tak bezczynnie. Trzeba byto koniecznie co zrobi, by schroni si przed paraliujcymi uderzeniami. W ssiedniej grupie poczto zgarnia nieg w jedno miejsce i lepi z niego zapor przeciw wiatrowi. Pomysl ten podchwycili inni. Wkrótce w gorczkowym popiechu wszyscy wznosili pólkoliste obwalowania. Zdrtwialymi palcami ludzie zgarniali i zdrapywali nieg a do zmarznitej grudy. Ci, którzy ukoczyli robot, chowali si skuleni w tych nienych zagrodach.


W odlegloci pól kilometra od skraju naszego kartofliska, za drutami kolczastymi, cignl si las. Kiedy nieco póniej zjawil si wród nas dowódca transportu - ów apostol sowieckiej kultury - niektórzy winiowie prosili go, by pozwolil przynie galzi do pokrycia zmarznitego gruntu. Zgodzil si. Winiowie z tych samych wagonów trzymali si razem, tworzc oddzielne grupy. Ochotnicy z poszczególnych grup odbyli pod zbrojn eskort kilka wypraw do lasu. Za kadym razem przynosili narcza galzi i chrustu, które starannie rozcielalimy na niegu w naszych kryjówkach. Mona bylo wycign si nawet na tych poslaniach, ale tylko zbici ciasno w jeden klb mielimy szans, eby przetrwa.


Wydano jedzenie - pól kilograma chleba na glow, pelna dzienna racja. Okazalo si te, e wydajno naszej kuchni polowej wynosi dwa kubki podlej, gorzkiej, ale gorcej kawy na jednego winia.


Podczas trzech dni, które spdzilimy na kartoflisku, dolczyly do nas setki nowych winiów. Bylo wród nich wielu Finów. Tych mona bylo zawsze rozpozna. Trzymali si stale razem, tworzc zwart, narodow grup. Kiedy ju wszystkich zebrano, bylo nas ponad pi tysicy. Pi tysicy ludzi z trwog mylcych o tym, co przyniesie im los.




29 Najwiksze straty poniosly na tym kartoflisku wszy, nieodlczne towarzyszki winiów, które nie opuszczaly nas i ywily si nami od czasu pierwszych wizie w zachodniej Rosji. Cieple kryjówki na naszych cialach nie chronily ich teraz od gwaltownych podmuchów przenikajcego wszdzie wiatru. Chwytalimy je i rozgniatali bez trudu. Niektóre padaly same. Nie bdc w usposobieniu do okazywania gocinnoci, egnalimy je bez alu. A gdyby wytrzymaly do trzeciego dnia, powiodloby si im moe lepiej. Bo có to byl za pamitny dzie!


Napdzane gazem ciarówki kolchozowe wjechaly tego dnia na kartoflisko. Natychmiast otoczyli je olnierze. Czulimy, e ma si wydarzy co niezwyklego, ale w najmielszych marzeniach nie przewidzielimy tego, co nastpilo naprawd. W pewnym momencie winiowie stojcy najbliej ciarówek poczli krzycze:


- Odzie! Nowa odzie!


Tak, byla to rzeczywicie nowa odzie. Wydawanie jej trwalo wiele godzin, lecz gdy si wreszcie skoczylo, kady z nas mial zamiast rubaszki zimowy strój Rosjanina: dlug, zapit pod szyj, wywatowan fufajk.


Prócz fufajki kady otrzymal równie wywatowane zimowe spodnie i solidne, podgumowane, sznurowane buty, sigajce dobrze powyej kostki. Buty byly tylko w trzech rozmiarach: malym, rednim i duym. Nie bylo mowy o tym, by wybra odpowiedni dla siebie numer. Jeli kto mial szczcie, trafial. Ci, którzy nie trafili, wymieniali buty midzy sob, szukajc odpowiednich wielkoci. Ja nalealem do szczliwców, wszystko na mnie pasowalo. Nasze stare bluzy i spodnie zostaly skrupulatnie zebrane. Panowalo ogromne podniecenie. Ludzie promieniowali radoci. Kady pieszyl si, by jak najszybciej przywdzia now odzie. Rozlegaly si nawolywania znajomych, którzy chcieli pokaza si sobie w nowym stroju. Nasi artownisie, którzy prawie zamilkli od czasu, gdy znalelimy si na kartoflisku, zorganizowali teraz caly pokaz mody, paradujc z rkami na biodrach i powiewajcymi na wietrze brodami. Powiedzenie, e wszystko jest wzgldne, to truizm. W normalnych warunkach bylibymy wci jeszcze nie do cieplo ubrani jak na syberyjsk zim. A jednak ten nowy przyplyw ciepla, który zawdziczalimy fufajkom, byl niezwykly.


Czwartego dnia postoju na kartoflisku zakoczono wydawanie odziey. Otrzymalimy te po dwa kawalki plótna na onuce. Kilku winiów z naszej grupy znalo si na onucach, wic pokazywali innym sposób, w jaki naley obwija nogi (nie za ciasno), by unikn odmroe. Na calym kartoflisku odbywaly si pokazy zawijania onuc.


Nadjechal konwój okolo szedziesiciu potnych ciarówek, prowadzonych przez wojskowych kierowców. Obok kierowcy siedzial jego pomocnik - te olnierz. Samochody zostaly zarekwirowane w gospodarstwach rolnych lecych w promieniu setek kilometrów i kady mial na boku wypisan nazw rodzimego kolchozu. Za szoferk umieszczony byl wysoki kociol generatora gazu. Paliwo stanowily dwudziestocentymetrowe kawalki brzozy i jesionu - tych gatunków drzew byto pod dostatkiem w nieprzebranych syberyjskich lasach. Dobry i tani sposób zastpienia cennej benzyny rozwizywal przynajmniej jeden z wielu problemów transportu i zaopatrzenia w Rosji. Wszystkie wozy byly odkryte, a do burt mialy przytwierdzone lopaty i kilofy. Pomijajc dziwnie wygldajce gazownice, niczym nie rónily si od zwyklych zachodnich trzytonówek.


Kiedy przygldalimy si ciarówkom, jak podskakujc, toczyly si przez kartoflisko, zaczty pada rozkazy. Zdalimy sobie spraw, e zaczyna si dla nas ostatni etap podróy. Dla wielu byla to ostatnia podró na ziemskim padole.




30 V. W kajdanach


Ostatniego dnia naszego pobytu na kartoflisku panowal wród piciu tysicy winiów nastrój niepokoju, wywolany zlowróbn zapowiedzi wielkiej operacji transportowej.


Przymaszerowal caly batalion wojska, olnierzy w uszankach i rkawicach z baraniej skóry. Kady z nich mial przewieszony przez plecy brunatny worek przytroczony sznurkiem. Ciarówki ustawily si w równej linii. Byty odkryte i na kadej znajdowala si podstawa karabinu maszynowego. Jeli nowa, ciepla odzie nie byla dla nas dostatecznym ostrzeeniem przed tym, co nas czeka - to te masy wojska i samochodów rozwialy ostatnie wtpliwoci. Zblialo si jakie nowe nieszczcie.


Wojsko przybylo o jedenastej, gdy zakoczono wydawa rann kaw i chleb. olnierze zabrali si natychmiast do sprawdzania list winiów. Odbywalo si to do chaotycznie. Czsto trzeba bylo wywolywa ludzi po kilka razy, nim zdolali rozpozna swe nazwiska, znieksztalcone rosyjsk wymow. Po wywolaniu i zaznaczeniu na licie stu nazwisk, setka winiów odchodzila w kierunku czekajcych ciarówek. Nie wiem, czy rozmylnie czy te przypadkowo, ale wagonowe wspólnoty zostaly rozbite. Znalazlem si wród zupelnie nowych ludzi. Ustawiono nas midzy siódm a ósm ciarówk i tam czekalimy przez kilka godzin. Sprawdzanie list i grupowanie winiów przecignlo si przez cale popoludnie.


Zimny grudniowy dzie zaczynal ju gasn, gdy wreszcie ukoczono przygotowania. olnierzy podzielono na oddzialy po dwudziestu, dowodzone przez podoficerów lub mlodszych oficerów. Jeden oddzial pilnowal setki winiów ustawionych za kadym samochodem dwójkami w dlugim rzdzie. ledzilimy wszystko z uwag. Zmarznici, czekalimy ju na wymarsz.


W calej wielkiej kolumnie winiów dycha byto przyciszony gwar rozmów. Nagle gwar umilkl, jakby zmroony groz nowego wydarzenia: z ciarówek poczto rozwija dlugie, cikie stalowe lacuchy. Jeden z olnierzy rozdzieli) pierwsz dwójk naszej kolumny i przeszedl midzy nami, rozbijajc zwarty dwuszereg na dwa pojedyncze rzdy. Za nim postpowali inni olnierze, przecigajc lacuch. Na okrzyk rozkazu podnielimy lacuch z ziemi jedn rk i - pamitam - pomylalem sobie, e mam jednak troch szczcia. Nie musialem poslugiwa si praw rk, na której wci jtrzyla si i krwawila niezagojona rana. lacuch byl nowiutki, pokryty ciemnym, lepkim smarem, który mial go zabezpiecza przed rdz. Byl lodowato zimny. Wydawalo si, e pali) rk. Po pidziesiciu z kadej strony, przykuto nam rce przegubami do lacucha. Z obu stron kolumny rozstawilo si po trzech straników. Dowódca siad) kolo kierowcy, pozostali olnierze wspili si szybko na skrzyni. Konwój byl gotów do drogi. Wród winiów panowala kompletna cisza.


Kolumna na ksztalt olbrzymiego pelzncego gada ruszyla naprzód. Tempo marszu - jakie pi kilometrów na godzin nadawala ciarówka jadca na przedzie. Pocztek naszego lacucha przypity byl sprynowym zatrzaskiem do potnego haka, jakich uywa si zwykle do holowania. Gdy ciarówka poczla si toczy, lacuch napil si, a my ruszylimy, automatycznie wpadajc w krok marszowy. Midzy winiem, który kroczyl przede mn, a winiem za mn, mialem akurat do miejsca, by i, nie potykajc si. Jeli czolowa ciarówka grzzla w zaspie, cala kolumna - samochód po samochodzie, grupa po grupie - zbijala si do przodu i konwój stawal. Ale gdy wóz ponownie ruszal, znów odzyskiwalimy rytm marszu.




31 Byl to pocztek trzeciego tygodnia grudnia. Tej pierwszej nocy szlimy bez przerwy przez dwanacie godzin. Ciarówka owietlala reflektorami drog przed sob, ale my szlimy w mroku, kierowani szarpniciami lacucha. Z lkiem zastanawialimy si, dokd idziemy i jak dlugo bdzie trwa) ten marsz w zabójczym zimnie. olnierze najwyraniej znali drog. Nie mialem wtpliwoci, e cign nas po nocy dlatego, by jak najszybciej oddali konwój od zamieszkalych okolic Irkucka i by nas ukry przed wzrokiem ludzi. Podczas nastpnych dni ustalil si inny program: marsz za dnia, postój noc. Ale droga zawsze wiodla przez opustoszale okolice - tak aby nas nikt nie widzial. Nie bylo to trudne na tych bezkresnych i slabo zaludnionych przestrzeniach syberyjskich. W calym okrgu Irkucka nigdy nie napotkalimy ludzi.


O wicie zatrzymalimy si w zalesionym kole midzy dwoma wzgórzami. Bolaly nas koci, bylimy zesztywniali, zmarznici i glodni. W sklad mojej grupy wchodzili ludzie z rónych klas spolecznych i w rónym wieku: od siedemnastoletnich chlopców po szedziesiciokilkuletnich mczyzn. Niektórzy starsi winiowie byli ju wyczerpani trudami marszu. Dotyczylo to przede wszystkim ludzi nieprzyzwyczajonych do fizycznego wysilku, dobrze sytuowanych przed wojn - adwokatów, inynierów. Teraz byli oni bezbronni w walce z czyhajc wokól mierci. Cho my, mlodsi, staralimy si im wszelkimi sposobami pomaga, to wród najstarszych winiów ofiary byly najliczniejsze.


Pierwszy przystanek trwal zaledwie dwie godziny. Zdyli jednak wyda nam gorc kaw z kuchni polowej towarzyszcej konwojowi. olnierze otrzymali sw racj chleba. Cieplo kawy tchnlo w nas znów ycie i z wilczym apetytem rzucilimy si na resztki chleba. Nie rozkuto nas i wkrótce szlimy znowu, tym razem przy dziennym wietle.


Stranicy kroczcy z obu stron naszej kolumny zmieniali si regularnie. Co jaki czas nowa szóstka zeskakiwala z ciarówki, a stara wdrapywala si na ni. Odbywalo si to bez zatrzymywania konwoju. Na otwartych wzniesieniach wiatr wyl jak szataski chór. Buty lizgaly si na zbitym niegu. Na czubkach palców, uszu i nosów pojawialy si pierwsze oznaki odmroe. Ju na samym pocztku marszu ponielimy pierwsze straty. Okrzyk rzucony gdzie z tylu stranicy podali dalej, a dotarl do dowódcy transportu jadcego na czele konwoju. Zatrzymala si pierwsza ciarówka, a my wszyscy za ni. Od lacucha odpito cialo jakiego nieszcznika. olnierze pozbyli si trupa sposobem, który znalimy z podróy pocigiem. Po zdjciu butów i odziey przykryto zwloki niegiem. Byl to pierwszy z wielu zmarlych. Na podstawie zgonów w mojej grupie mona przyj, e ogólne straty w cigu tego marszu wyniosly od dziesiciu do pitnastu procent.


Trudno bylo si zorientowa, czy poruszamy si po jakiej istniejcej drodze, gdy wszystko przysypane byto niegiem. Co sto metrów sterczaly jednak ze niegu grube erdzie dwumetrowej wysokoci z przymocowanymi na kocu wizkami siana lub pkami galzek, dziki czemu wygldaly jak miody czarownic. erdzie te wytyczaly nasz szlak. Towarzyszyly nam kilometrami, gdy wspinalimy si pod gór, gdy schodzilimy do zalesionych dolin, gdy przekraczalimy zamarznite rzeki.


Czasami mimo lacuchów kola ciarówek zelizgiwaly si do rowów. olnierze zeskakiwali wówczas w nieg i pchali wóz. Pomagalimy im, napierajc z calych sil, gdy w naszych glowach kolatala si tylko jedna myl - jak najszybciej dotrze do miejsca wypoczynku. To byla cika droga. A im dalej szlimy, tym stawala si gorsza.


Niewielu winiów mialo wtpliwoci co do kierunku naszego marszu. Posuwalimy si przez tereny obwodu irkuckiego na pólnoc, prawie dokladnie na pólnoc, w stron niezmierzonych obszarów Jakucji. Szlimy prawdopodobnie równolegle do zachodniego brzegu Bajkalu, ogromnego jeziora w ksztalcie banana, które cignie si ponad szeset kilometrów - od Irkucka, poloonego przy linii kolei transsyberyjskiej, na pólnoc. Zaczynalimy marsz niewiele za pidziesitym równolenikiem, póniej przekroczylimy



32 szedziesity i zmierzalimy dalej w kierunku kota podbiegunowego. Im dalej postpowalimy na pólnoc, tym srosza stawala si syberyjska zima.


Drugiego dnia szlimy a do pónego popoludnia. Postój wypadlby pewnie wczeniej, gdybymy znaleli jakie oslonite miejsce. Wida bylo, e dowódca transportu ma polecenie wybiera na postoje miejsca dajce schronienie przed wiatrem i mrozem - zwykle pod oslon lasu. Byto to zarzdzenie podyktowane raczej wzgldami ekonomicznymi ni humanitarnymi. Po wszystkich wysilkach i wydatkach poniesionych przez pastwo, aby przerzuci bezplatn sil robocz z jednego kraca Rosji w drugi, wladze musialy wymaga od dowódcy transportu, eby doprowadzil na miejsce moliwie jak najwicej ludzi zdolnych do pracy. Poniewa konwój oddalil si ju od zamieszkalych okolic Irkucka, rozkuto nas na noc i zezwolono rozpali ogniska. Drzewo na opal zbieralimy zgrabialymi i zmarznitymi rkami w otaczajcym nas lesie. I tu - jak na kartoflisku - okopalimy si w niegu, by jeszcze bardziej osloni si przed wiatrem. Zbici w zwart mas, drzemalimy przy blasku ognisk. Podczas postoju wydano nam po drugim tego dnia kubku kawy. Ci, którzy rano przezornie zaoszczdzili troch chleba, uli go, popijajc kaw.


Z wdzicznoci wspominam sprawno kuchni polowej. Piekla co rano chleb - jedyne poywienie podczas calej drogi, a dwa razy dziennie zaopatrywala nas w gorcy napój. Zepsula si tylko raz - po straszliwej zawiei nienej, która miotala nami przez wiele godzin. Tego dnia wydano nam ywno z elaznej racji ytni chleb nasczony miodem i wysuszony. Byla to przyjemna zmiana w naszym jednostajnym poywieniu. Musz nieraz wyta pami, by odtworzy niektóre szczególy zdarze, a jednak pamitam ywo wszystkie zmiany w wiziennej diecie - od Piska a po pólnocn Syberi. Wszystkie drobiazgi dotyczce posilków utkwily mi mocno w pamici. Zawsze bylimy glodni i myl o jedzeniu przeladowala nas stale. Za dodatkow kromk chleba ludzie placiliby garciami diamentów. Tylko jedzenie przedstawialo jak warto. Bylo bezcenne.


Przeylimy trzy straszliwe burze niene. Najgorsza byla pierwsza, w któr wpadlimy pod koniec pierwszego tygodnia. Moe dlatego, e nigdy przedtem nie dowiadczylimy w pelni furii mrocego, huraganowego wiatru, miotajcego tumanami sklbionego niegu. O wicie, gdy szykowalimy si do drogi, po zwisajcym ciko sklepieniu nieba plynly olowiane chmury. Dwie godziny póniej z wyciem wiatru uderzyla w nas zawieja. Konwój natychmiast zwolnil. Z pochylonymi glowami posuwalimy si naprzód, z trudem wlokc nogi. Prawie nie dawalo si otworzy oczu. nieg oblepil nasze poczochrane wlosy i brody, pokryl lacuchy i ciarówki, i siedzcych wysoko na skrzyniach olnierzy, skulonych przy zasypanych stanowiskach karabinów maszynowych. Burza uderzyla w nas dokladnie od przodu i z tak sil, e doprawdy nie wiem, jakim cudem prowadzcej ciarówce udawalo si przez wiele godzin przebija przez ywiol i torowa drog calemu konwojowi. Okolo drugiej po poludniu znalelimy wzgldne schronienie. Wtedy to po raz pierwszy zobaczylem Rosjan w baszlykach, czyli kapturach z materialu przypominajcego sier wielbldzi, z dlugimi szalowymi kocami, które okrcalo si wokól szyi. Zaloenie baszlyków wymagalo specjalnej zgody dowódcy.


Burza trwala do koca dnia i przecignla si dobrze w noc. Podczas zawiei nie moglimy rozpali ognisk. Kiedy wreszcie przycichla krótko przed witem, bylimy wszyscy, nie wylczajc olnierzy, u kresu sil. W wietle poranka wygldalimy jak zgrupowanie nienych balwanów. Wszystkie nasze myli skupily si na kuchni polowej. Niema proba zostala spelniona, wydano nam gorc kaw i dzienn racj chleba.


Niewiele bylo okazji do nawizywania glbszych przyjani z towarzyszami niedoli. Kady zajty byl wlasnymi zmartwieniami, na swój sposób borykal si z nimi i walczyl, eby przetrwa. Nawizalem jednak bliszy kontakt z winiem, z którym tworzylimy par przy lacuchu: przykuci w tym samym miejscu, szlimy rami w rami. Byt to mocno zbudowany



33 miody jeszcze czlowiek o masywnych nogach i muskularnych ramionach. Cho od pocztku obserwowalimy si wzajemnie, dopiero po kilku dniach zaczlimy ze sob rozmawia. Podobalo mi si to, co w nim dostrzeglem, a mam wraenie, e i on mnie polubil. Zaczlimy rozmawia podczas niespodziewanego postoju, kiedy konwój zatrzymal si nagle, poniewa trzeba bylo usun trupa winia przykutego do lacucha tu przed nami.


- Mnie tak nie zamorduj - powiedzial spokojnie.


- Mnie te nie - odparlem. - Dojdziemy tam... gdziekolwiek nas wiod.


Powiedzial mi, e nazywa si Greczynin. Przed wojn byl zawiadowc na malekiej stacji w poludniowo-wschodniej Polsce. W praktyce wykonywal na swej stacji wszystkie prace, nie wylczajc noszenia bagay. Chlopak o niezbyt wielkich ambicjach, zadowolony ze swego skromnego stanowiska, chtniej wykonujcy konkretn fizyczn prac ni papierkow robot zwizan z funkcj zawiadowcy. Przyszli Rosjanie i bez adnego sensownego uzasadnienia zwolnili go ze stanowiska i kazali zaj si napraw traktorów w jednej z baz transportowych. Greczynin byt z pochodzenia Ukraicem, zostal Polakiem, jak wielu, w wyniku zmian politycznych w Europie rodkowej po I wojnie. Do zmiany swojej narodowoci podchodzil z filozoficznym spokojem. W gruncie rzeczy lubil dlubanin przy swoich traktorach.


Niektóre traktory, jak mi opowiadal, nie nadawaly si ju do niczego. Kazano mu jednak doprowadzi je do uytku i odstawi do kolchozu. Mial zle przeczucia, kiedy po tygodniowym remoncie jeden z takich uruchomionych wraków opuszczal warsztat. Wkrótce wezwano Greczynina do biura zarzdu, gdzie z wielk surowoci zarzucono mu, e traktor popsul si niedlugo po przybyciu do kolchozu. Greczynin, czlowiek flegmatyczny, bynajmniej nie wybuchowy, wytlumaczyl jednak swym przeloonym w sposób stanowczy i ostry, e ze zlomu nie robi si traktorów.


Tak aresztowano i oskarono o sabota mechanika Greczynina. Dla pewnoci dorzucono mu jeszcze kilka innych przestpstw. Jego niezbyt zawrotna kariera zawiadowcy wzmocnila tylko akt oskarenia: pracowal z wlasnej woli dla polskiego pastwa faszystowskiego, a wic byl wrogiem ludu. Greczynin staral si tlumaczy, ale nikt nie zwracal na niego uwagi. Zamilkl wic w pierwszym dniu ledztwa i ju do koca nie powiedzial ani slowa.


- A có mialem mówi - zapytal mnie - bandzie durniów, którzy najpierw pytaj si ciebie o co, a potem wpadaj w szat, jeli nie odpowiadasz po ich myli?


Bili go, ale milczal zawzicie. Doszli wreszcie do wniosku, e maj do czynienia z pólglówkiem, i postawili go przed sdem. Udalo mu si: dostal zaledwie dziesi lat cikich robót.


Kiedy ogloszono wyrok, Greczynin byl tak zdumiony, e zapomnial o swym lubie milczenia.


- Dziesi lat! - wykrzyknl. - Za co? Prokurator zerwal si na równe nogi:


- Aha! - zawolal gronie. - To teraz zaczynasz mówi? Greczynin zamilkl znowu i nim spotkal si ze mn, nie rozmawial ju z nikim.


- Gadanie w nieodpowiednich miejscach moe przysporzy czlowiekowi wielu klopotów - powiedzial mi tonem ostrzeenia.


Uznalem to za dobr rad przyjaciela i podzikowalem mu. Do koca marszu lczyla nas silna wi przyjani. Lubilem tego solidnego czlowieka.


W drugim tygodniu udalo si komu ustali dat: byl dzie 24 grudnia. Pewnie który z winiów wyliczyl, e zbliamy si do wit i zapytal olnierzy. Jak plomie pelzajcy podczas poaru lasu - wiadomo ta przeszla przez cal kolumn.


- Dzi Wigilia - szeptal wizie winiowi.




34 - Dzi Wigilia - powiedzialem, zwracajc si do Greczynina. Na jego spkanych wargach zjawil si umiech.


- Wigilia - powtórzyl.


Z dala za nami dal si slysze slaby, drcy dwik. W miar jak zblial si do nas - dziwny, zrazu jakby sploszony - rósl na sile. Byl to piew. Glos piewajcych ludzi brzmial coraz dononiej w tym syberyjskim pustkowiu.


Mylalem, e ka olnierzom uciszy nas, ale pie, coraz potniejsza, dotarla do nas bez przeszkód. piewalimy obaj z Greczyninem. piewal kady, kto mógl jeszcze wydoby jaki dwik z krtani. piewal maszerujcy chór piciu tysicy mczyzn, topicych swe nieszczcie w pieni ku chwale Dziecitka, które mialo si narodzi nazajutrz. piewalimy ,,Cich noc", a ci, którzy nie znali polskich stów, piewali w tych jzykach, w jakich uczono ich tej pieni w dziecistwie. Potem zapiewano polsk kold ,,Lulaje Jezuniu". Wzruszenie odebralo mi glos. Inni te zalamali si wkrótce. Nim doszli do polowy, piew przemienil si w placz. Zgasly dwiki kolysanki, i to byl koniec piewania. Serca nasze wypelnily gorzkie wspomnienia innych, odleglych, szczliwych Wigilii.


Wigilia przyszla i minla jak kady inny z tych ponurych marszowych dni. Wpadlimy w drug burz nien, podczas której obaj z Greczyninem podtrzymywalimy idcego przed nami towarzysza. Wzywalimy straników, by mu jako pomogli.


- Da sobie rad - odpowiedzial jeden z nich.


Zaledwie pól godziny po jego mierci dotarlimy do wyznaczonego na t noc postoju.


Nie zawsze tak obojtnie odnosili si olnierze do naszych prób o pomoc. Wida jednak byto jasno, e maj rozkaz rónie traktowa winiów. Zdyszanym, wyczerpanym, potykajcym si starszym skazacom nie pomagali nigdy, mimo e codziennie przed wyruszeniem w drog apelowano, by ci, którzy le si poczuj ,,dawali zna". Przypominano nam te o obecnoci sanitariuszy, nigdy jednak nie widzialem ich w akcji.


Na punkcie zbornym pod Irkuckiem do jeców przybylych pocigiem dolczono niewielki kontyngent Rosjan. Byli to przewanie mlodzi ludzie, podejrzewam, e nie tak jak my - przestpcy polityczni, lecz zwykli kryminalici, zeslani na Syberi, by tam prac mogli okupi swe winy. Trzech czy czterech z nich szlo przy naszym lacuchu i olnierze im tylko pomagali w czasie marszu. Procedura byla nastpujca: gdy który z winiów zaczynal jcze, potyka si czy przewraca, najbliszy jego ssiad zawiadamial straników. Nazwisko delikwenta przekazywano wówczas olnierzom siedzcym na samochodzie, którzy sprawdzali je na licie winiów. Zwykle wizie nie mial szczcia. Kazano mu i dalej i towarzysze musieli calym wysilkiem podtrzymywa go na nogach a do nastpnego przystanku. Widzialem ludzi, którzy padali w nieg i blagali, by ich odkuto i pozostawiono w spokoju. ebrali o mier jak o ratunek. Ale olnierze kopniakami stawiali ich na nogi i pchali naprzód.


Najbardziej zdumiala nas reakcja olnierzy, gdy jeden z tych mlodych, nowo przybylych Rosjan przewrócil si i zawisl ramionami na lacuchu. Nastpila zwykla wymiana okrzyków midzy stranikami maszerujcymi a siedzcymi na ciarówce, potem sprawdzanie list. Wreszcie jeden z olnierzy podszedl do lecego, pomógl mu wsta i odczepil go od lacucha. Drugi stranik powiedzial niby artem:


- Z ciebie jest dobry chlop. Damy ci troch odpocz, a ty potem bdziesz mógl co zrobi dla nas.


olnierze wcignli Rosjanina na ciarówk. Odpoczywal tam ze dwie godziny, a potem wrócil na swoje miejsce w kolumnie marszowej. Cieszylibymy si, gdyby w ten sposób ulono któremu z naszych ludzi, ale majc przed oczami tych, którzy zmarli, nie otrzymawszy adnej pomocy, znienawidzilimy tego winia i nie ufalimy mu ju nigdy. Ze skazanym, który siadal na ciarówk lub byl w inny sposób faworyzowany, koczyly si



35 wszelkie rozmowy. Podejrzewalimy, e i tu przydzielono donosicieli. Nieufno pewnie zbyt daleko posunita, bo trudno sobie wyobrazi, czym mona by komu wynagrodzi tak piesz wypraw w konwoju winiów przez Syberi. Sdz, e w rzeczywistoci jedynym kryterium decydujcym o sposobie traktowania nas przez straników byl nasz wiek. Kryterium czysto praktyczne, gdy chodzilo o to, by doprowadzi jak najwicej mlodych winiów do miejsca przeznaczenia. Ale warunki, w których si znajdowalimy, nie sprzyjaly logicznemu myleniu. W kadym razie nie widzialem nigdy, by który z Polaków jechal na ciarówce.


W styczniu dni plynly wedlug utartego schematu. Coraz bardziej tsknilimy do nocnych postojów, do ognisk, chleba i gorcej kawy. Niektórzy, wida bardziej dowiadczeni olnierze pocieszali nas, e i tak mamy szczcie, bo tegoroczna zima nie naley do srogich.


Dla mnie jednak byla to najokrutniejsza i najbardziej ponura zima, jak kiedykolwiek przeylem. Zawieje niene tworzyly na naszym szlaku zaspy, które coraz bardziej zwalnialy pochód. Coraz czciej trzeba bylo popycha wozy ciarowe. Zastanawialem si, jak dlugo jeszcze w ogóle bdziemy mogli posuwa si naprzód. Zimna stal kajdanów palila przegub mej rki. Marzlem i bylem wciekle glodny. Flegmatyczny Greczynin kroczyl obok mnie spokojnie jak zawsze. Rozmawialimy niewiele, ale dodawalimy sobie wzajemnie sily nasz wspóln determinacj, by z tego wszystkiego uratowa ycie. Nieraz calymi dniami Greczynin szedl w milczeniu, od czasu do czasu tylko spogldajc na mnie z umiechem na swej brodatej twarzy. I ja umiechalem si do niego mymi zmarznitymi ustami.




36 VI. Miejsce przeznaczenia


Bylo to ju chyba pod koniec stycznia 1941 roku, po przeszlo czterdziestu dniach marszu, kiedy trzecia i najsrosza burza uderzyla na nas z pólnocy, unieruchamiajc wreszcie calkowicie konwój. Uszlimy okolo tysica trzystu kilometrów od Irkucka, mijajc dwie wielkie rzeki - Witim i, przed kilku dniami, potn Len. Obie byty skute lodem i wygldaly jak szerokie, gladkie drogi wijce si po olbrzymich syberyjskich przestrzeniach. Trudno bylo uwierzy, e nasze ciarówki utkn kiedykolwiek na dobre, i powolny, ale staly marsz na pólnoc zostanie przerwany. Kryjc twarze przed ukluciami suchego, sypkiego niegu, olnierze i winiowie wykopywali co chwila z zasp pierwsz ciarówk. A przyszedl wreszcie moment, kiedy nawet najwikszy ludzki wysilek nie wystarczal ju, by pokona natur. Dlugi w ludzi i wozów stloczyl si i zatrzymal.


Podczas calej podróy ciarówki zmienialy si na prowadzeniu kolejno. Gdy padal rozkaz zmiany, kierowca pierwszego wozu zjedal w bok, pocigajc za sob przykutych do lacucha winiów, i czekal, a minie go caly konwój, po czym zajmowal miejsce za ostatnim samochodem. Czas sluby na czele konwoju zaleal od rodzaju drogi i pogody. Znajdowalimy si wlanie na jakiej glównej szosie. Wzdlu niej biegly nawet slupy telefoniczne i obwisle pod ciarem niegu druty. Niewielki mielimy poytek z tej bitej szosy, gdy prowadzila ona przez odkryte wzniesienia, po których hulal wiatr, nawiewajc ogromnej wielkoci zaspy, a kierowcy niewiele mogli dojrze przez bialy mur wirujcych platków niegu.


Nasza grupa znajdowala si na czwartym czy pitym miejscu od czola. Obok nas - tu przy mnie - dowódca konwoju, zbadawszy warunki na przodzie, odbyl narad ze swymi oficerami. Nie wiem, czy kiedykolwiek przewidywano moliwo calkowitego zatrzymania konwoju. Widzialem tylko, e naradzajcy si Rosjanie wygldali na bardzo zaniepokojonych. Zwróceni plecami do wiatru rozmawiali przez kilka minut, po czym sygnalista wspil si ostronie na slup telefoniczny i przylczyl do drutu swój przenony aparat. Gdy zszedl, oficerowie przyjli jego meldunek, kiwajc glowami dla wyraenia aprobaty, i rozeszli si do swych zaj. Stalimy na szosie i obserwowalimy niewielki patrol, który wyruszyl w poszukiwaniu oslonitego miejsca na obóz.


Pól godziny póniej odpito od ciarówek nasze lacuchy i poszlimy dalej szos, brnc w wieym niegu, depczc go z wysilkiem i wytyczajc w nim trakt. Samochody ciarowe pelzly za nami. Walczylimy tak ze niegiem jeszcze przez póltora kilometra, a pas lasów uyczyl nam wreszcie blogoslawionego schronienia. Zdolalimy jako rozpali ogniska, setki ognisk, i podsycalimy je przez cal noc, by nie zgin z zimna. Wydawalo si, e zawieja chce nas unicestwi. Winiowie tloczyli si i starali si przepcha jak najbliej ognisk. Niektórzy glupcy, wbrew ostrzeeniom, zaczli grza nad ogniem skostniale rce. Skrcali si póniej i wyli z bólu, wywolanego naglym przywróceniem obiegu krwi. Siedzc w zasigu ognia, trzeba si bylo wci obraca, bo cho plomienie grzaly nam rce, twarze i przód ciala, to z tylu zadymka mrozila plecy. Nie wolno bylo spa. Gdy kto z siedzcych bliej ognia zapadal w drzemk, koledzy szarpali go gwaltownie i budzili. Zasn - znaczylo najprawdopodobniej nie obudzi si ju nigdy.


Zawieja trwala przez 24 godziny i calkowicie zasypala samochody. Tylko dziki ogniskom i wci funkcjonujcej kuchni polowej utrzymalimy si przy yciu. Kpy dlugiej ostrej trawy, które w cigu calego marszu napotykalimy wzdlu drogi, gily si, hutaly i skrcaly biczowane wyjcym i wiszczcym wiatrem. nieg syczal i skwierczal, padajc w




37 ogie. Z dlomi ukrytymi w rkawach fufajek dreptalimy w miejscu, by uchroni stopy przed odmroeniem. Mylelimy tylko o jednym: czy i kiedy wydostaniemy si std.


Kiedy wicher ucichl i zelala nieyca, wydalo mi si, e zapanowala zupelna cisza. Po chwili do moich uszu zaczly dociera odglosy obozu i gwar ciszonych rozmów. Wród drzew zawodzil jeszcze wiatr, ale ten dwik byl niczym w porównaniu z przeraajcym jkiem, którego sluchalimy w cigu ostatnich godzin. Nie pamitam, na jak dlugo schronilimy si w tym lesie. Wydawalo mi si, e na bardzo dlugo, ale pewnie nie stalimy tam dluej ni dwa dni.


Wstal wreszcie ranek czysty i przejrzysty, t nadzwyczajn przejrzystoci, jaka zdarza si podczas pogodnego dnia syberyjskiej zimy. Przy takiej pogodzie oddech zamienia si w klby pary, a widoczno jest znakomita. Oficerowie rosyjscy pogreni byli w rozmowie. Od czasu do czasu spogldali w kierunku, z którego przyszlimy, i sprawdzali czas na zegarkach. Panowal nastrój oczekiwania na co, co mialo wkrótce nastpi. Poniewa nie wiedzielimy, co nas czeka, rosla ciekawo i wzmagalo si podniecenie.


Najpierw doszly nas pokrzykiwania zbliajcych si ludzi. Wszyscy zwrócili glowy w tamt stron. Stalimy, wytajc wzrok, a pierwsze sylwetki ukazaly si na wzniesieniu odleglym o pól kilometra.


- Renifery - poczli wola podekscytowani i zdumieni winiowie. - Renifery i sanki.


Ujrzelimy nagle dziesitki reniferów zaprzonych po dwa, trzy, a nawet cztery do sanek powoonych przez malekich ludzi o brzowych twarzach i plaskich mongolskich rysach. Byli to Ostiacy, prymitywni pasterze, koczujcy na syberyjskich stepach. Widok ich byl dla nas czym tak nowym i oywczym, e wyrwal nas z apatii i pozwolil zapomnie o troskach.


- A niech ich diabli!... - pokrzykiwal kto obok mnie w podnieceniu. - No patrzcie tylko na nich!


Nowe twarze, nowy widok, nowe dwiki... Okrzyki Ostiaków, wyprzganie reniferów, które zwolnione z uprzy poczly od razu szuka mchu pod grub powlok niegu - wszystko to calkowicie zaabsorbowalo nasz uwag. Byla to zupelna nowo w otoczeniu, w warunkach, w których - zdawalo nam si - nic nowego zdarzy si ju nie moe. Mój ssiad dlugo nie mógl si nadziwi przybyszom.


Niewiele czasu zajlo Ostiakom wyprzganie reniferów. Uprz stanowilo chomto z niewyprawionej reniferowej skóry, przymocowane do dwóch dlugich wygitych dyszli, które byly przedlueniem plóz drewnianych, prostych sanek. Sanki byly wycielone sobolowymi futrami i skórami. Ostiacy wzili swe torby z ywnoci i zasiedli z nami wokól ognia, przy którym spoywalimy wlanie nasz porann porcj chleba, popijajc naw. Odziani w cieple skóry, spogldali na nas ze wspólczuciem swymi bystrymi, szparkowatymi oczami.


Z jednym z nich wdalem si w rozmow po rosyjsku. Mógl mie okolo 60 lat, trudno zreszt odgadn wiek z tych mongolskich rysów. Opowiedzial mi, e olnierze Armii Czerwonej przybyli do ich zimowego obozowiska odleglego std o sto pidziesit kilometrów i zarzdzili wypraw. Ostiacy nie mieli na ni ochoty, ale kiedy ju wyruszyli, bardzo szybko pokonali dzielcy nas dystans. W kadych sankach wieli po dwóch olnierzy. Opowiadal mi równie o reniferach. Dowiedzialem si, e podczas jazdy wierzchem nie mona normalnie siedzie na ich grzbietach, bo s zbyt slabe. Renifery maj za to bardzo silne szyje i karki. Ostiacy wiedz, jak je dosiada, by nie mczy zwierzcia. Mój rozmówca powiedzial mi, jak si nazywa, ale jego nazwisko brzmialo tak odmiennie od nazwisk zachodnich czy rosyjskich, e nie zapamitalem go.


Mialem jeszcze kilka okazji do rozmowy z tym czlowiekiem. Sam dyskretnie szukal mego towarzystwa. Nie mial zbyt wiele do powiedzenia, mylal z wysilkiem, a formulowanie zda sprawialo mu wyran trudno. Nazywal nas - jak zreszt wszyscy Ostiacy -



38 ,,nieszcznikami". Tradycyjnie, od czasów carskich, bylimy dla tego ludu ,,nieszcznikami" - jecami reimu, który zawsze próbowal wydrze Syberii jej bogactwa przy pomocy bezplatnej pracy winiów politycznych - ludzi, którzy nie chcieli podda si kolejnym tyraniom.


- Bylimy zawsze waszymi przyjaciólmi - mówil. - Od bardzo dawnych czasów, w których nie yl jeszcze mój ojciec, ani ojciec mego ojca, wystawialimy zawsze na noc przed naszymi domostwami jedzenie dla wdrujcych nieszczników, którzy zbiegli z obozów i nie wiedzieli dokd si uda. I ja te pamitam ten zwyczaj wystawiania jedzenia na noc, poniewa jestem ju bardzo starym czlowiekiem.


- Czy ci ludzie, tacy jak my - zapytalem -zawsze próbowali ucieka od Rosjan?


- Ludzie silni i mlodzi, którzy nienawidz niewoli, zawsze próbuj ucieka - odparl Ostiak. - Widzi mi si, e i ty spróbujesz. ,,Ucieczka". Powtarzalem w kólko to slowo. Od czasu opuszczenia Lubianki nigdy nie porzucilem myli o ucieczce. ,,Tak, stary Ostiak ma racj - mylalem. - Ludzie mlodzi, silni, którzy nie chc zgin, musz myle o ucieczce".


,,Krok w prawo, krok w lewo..." - Rosjanie take o tym wiedz. Ale tylko wariat mógl powanie myle o ucieczce z tego lodowego pólnocnego szlaku. Gdyby nawet udalo si unikn kuli straników - co byto moliwe, gdy dyscyplina oslabla i olnierze, jak wszyscy, troszczyli si tylko o to, by przetrwa ten piekielny marsz - czym ylby oslabiony i wyglodnialy czlowiek w tym skutym zim kraju. A jednak stary poganiacz reniferów natchnl mnie myl, do której mialem póniej powróci: zeslacy próbowali ucieka.


Opowiadal mi te o yciu swego ludu, o zwierztach i ich cennych futrach, o reniferach, których Ostiacy tak pieczolowicie dogldaj.


- Dawniej - powiedzial mi - mielimy strzelby i moglimy polowa. Ale bolszewicy zabrali nam strzelby i musimy lapa zwierzyn w sidla.


W dniu rozpoczcia marszu za saniami ogóln wesolo wywolaly protesty Ostuka, do którego sanek zaprzonych w cztery renifery postanowiono przyczepi kuchni polow. Kuchnia skladala si tylko z kotla i pieca, i nie byla zbyt cika. Ostiak zarzekal si jednak, e jego zwierzta nigdy nie ucign takiego ciaru. Niewzruszeni kucharze rosyjscy przytwierdzili kuchni do sanek, a my rozbawieni przygldalimy si calej tej scenie. Wspólczulimy Ostiakowi, niepokojc si zarazem, e jego protesty mog by uzasadnione. Wszystko jednak poszlo dobrze i powleklimy si naprzód, dwigajc lacuch przyczepiony tym razem do sanek. Kuchnia polowa te ruszyla z nami, co przyjlimy z ulg. Cz olnierzy pozostala przy ciarówkach. Z pewnym alem egnalem te wielkie, budzce zaufanie wozy. Co si z nimi stalo - nie wiem. Pewnie zdolaly zawróci, albo te przyszly im na pomoc kolchozowe traktory.


Ten marsz za trzscymi si zadami reniferów i ogldanie ich rozkolysanych rogatych lbów nigdy wlaciwie nie stal si monotonny. Nauczylimy si, jak zwalnia tempo, przechylajc si lekko wstecz i cignc w ten sposób lacuch. Sztuk t odkrylimy podczas przekraczania niewielkiej rzeki, obramowanej spadzistymi brzegami. Renifery poczly szarowa, wywolujc powszechne zamieszanie. olnierze krzyczeli na woniców, by przyhamowali swe zwierzta, a my - raczej zadowoleni z ogólnego balaganu - calym naszym ciarem zwalnialimy rozpdzone sanie. Zjechaly one blyskawicznie w dól do koryta rzeki, ale przeprawa na drugi brzeg odbyla si ju zwolnionym truchtem. Uporzdkowanie w kolumn marszow tego rozszalalego cyrku zajlo blisko godzin.


Nie zmniejszyly si trudy podróy i coraz wicej ludzi, take olnierzy, padalo z wyczerpania. olnierze musieli sobie teraz radzi z tymi samymi trudnociami co my, cho byli oczywicie cieplej od nas ubrani i lepiej ywieni - otrzymywali oprócz chleba i kawy miso konserwowe oraz zup z jarzyn. Ale prócz dowódcy i chorych nikomu nie wolno byto jecha na sankach. My szlimy jeden za drugim przy lacuchach, olnierze musieli



39 wydeptywa w niegu wlasn drog. Wród winiów trud ten spadal tylko na idcych za czolowymi saniami, pozostali szli przetartym szlakiem. Poza tym wielu olnierzy pochodzilo z poludniowych republik. Ci po raz pierwszy przeywali surowo pólnocnej zimy.


Najlepiej radzili sobie Ostiacy. Dla nich nowoci byla rola, w której si znaleli, ale nie warunki przyrodnicze. Wspólczuli nam, uwaali jednak, e im szybciej doprowadz nas do miejsca przeznaczenia, tym bdzie lepiej dla nas. Niezalenie od terenu i pogody utrzymywali tempo pozwalajce pokonywa okolo dwudziestu piciu kilometrów dziennie. olnierzy traktowali z pogodn obojtnoci. Zazdrocili im jedynie puszek po konserwach, które wojsko, zgodnie z rozkazem, starannie przechowywalo. W tym zamilowaniu do puszek wida bylo taty prymitywizm ycia Ostiaków. Metalowych przedmiotów im brakowalo, za to futer mieli pod dostatkiem. Kucharze wymieniali wic z nimi potajemnie puste puszki na futra. Wymiana puszki po konserwach na sobole byla obustronnym interesem, a dla nas take lekcj, jak wzgldne s wszystkie wartoci. Puszki mialy sluy jako naczynia kuchenne, cenny podarek dla kobiet po powrocie do domu.


Nasz niesamowity pochód sunl naprzód jeszcze ponad tydzie. Maszerowalimy przewanie przez otwarty teren, zawsze z dala od zamieszkalych okolic. Lacuch wlokcy si w niegu za kad grup winiów mówil o tych, którzy padli w czasie marszu. Ilekro kto umieral, wizie, przed którym otwieralo si puste miejsce, przesuwany byl do przodu, by je wypelni. Dlugoci wolnego lacucha na kocu kadej grupy winiów mona bylo mierzy poniesione przez ni straty. By zmniejszy opór, ostatnia dwójka dwigala koniec lacucha pod pachami. Z wyjtkiem chorych i starych, wszyscy kolejno zajmowalimy to najgorsze miejsce na kocu dwójkowej kolumny.


Ósmego czy dziewitego dnia od porzucenia ciarówek dojrzelimy ze wzniesienia olbrzymi las, który jak okiem sign cignl si na horyzoncie nieprzerwan lini. Wkrótce dotarlimy do jego skraju i weszlimy na do szeroki trakt prowadzcy w glb tajgi. Las chronil przed ostrym wiatrem i zapewnial w nocy spokojny wypoczynek. Zauwaylimy, e olnierze poweseleli. Jak si wkrótce okazalo, slusznie przewidywali, e zblia si koniec naszej podróy. Maszerowalimy jeszcze dwa dni od witu do zmierzchu. miertelnie wyczerpani ludzie dobywali resztek sil, przeczuwajc, e to ju ostatnie godziny drogi. Pod wieczór drugiego dnia wyszlimy na wielk polan, wykarczowan w rodku tajgi. Przed nami blyszczaly wiatla i slycha bylo glosy ludzi.


A wic to byto miejsce naszego przeznaczenia: lagier 303 na pólnocnym brzegu Leny i - jak obliczylem - jakie trzysta pidziesit do piciuset kilometrów na poludniowy zachód od stolicy pólnocnej Syberii, Jakucka. Bylo to w pierwszych dniach lutego 1941 roku. Pamitam, jak zblialimy si, sanie za saniami, do masywnej glównej bramy w palisadzie z grubsza obciosanych okrglaków, jak nas uwolniono z lacuchów, jak doznalem dziwnego poczucia bezpieczestwa, gdy wraz z innymi winiami krcilem si po ogrodzonym terenie. Przypominam sobie te, e pierwszy posilek urozmaicala polewka z rozgotowanej rzepy i e zapalono ogniska w miejscu, które okazalo si póniej naszym placem zbiórek. Slysz wci dwik mego nazwiska wywolanego podczas sprawdzania list. Siedzc przy trzaskajcym ogniu rami w rami z Greczyninem, rozmawialem troch, czsto zapadalem w drzemk, wstawalem, by rozprostowa obolale nogi. Dotarlimy na miejsce po przejciu spod Irkucka póltora tysica kilometrów. Podziwialem sam siebie i mimo straszliwego fizycznego wyczerpania bylem prawie szczliwy. Skoczyl si najciszy wysilek dwóch miesicy w drodze. Cokolwiek nas czekalo, dzie jutrzejszy nie mógl by gorszy.


Zbolali, picy, wyczerpani - z przyzwyczajenia bylimy na nogach ju o wicie. Niektórzy winiowie byli tak chorzy, e trzeba ich byto podnosi. Ostiacy z reniferami odjechali jeszcze w nocy. Zaczynal si pierwszy dzie mego ycia w sowieckim lagrze.




40 VII. Zycie w obozie 303


Rozeszly si poranne mgly i wstal mrony, pogodny dzie. W jego wietle zaczlem oglda miejsce, które wyznaczono mi na spdzenie 25 lat ycia. Ogrodzony obóz mial ksztalt prostokta dlugoci prawie kilometra i szerokoci pól kilometra. W kadym rogu wznosila si ponad ogrodzenie wiea stranicza, posadowiona na wysokich, potnych slupach i uzbrojona w karabin maszynowy. Glówna brama znajdowala si w zachodnim, krótszym boku. W tej czci obozu rozmieszczone byly baraki olnierzy, kuchnie, magazyny i baraki administracji. Mniej wicej przez rodek ogrodzonego terenu biegl pas ziemi oddzielajcy winiów od olnierzy. aden wizie nie mógl bezkarnie wej na ten pas bezpieczestwa.


Od otaczajcego lasu oddzielaly nas typowe umocnienia wiziennego obozu. Patrzc od wewntrz, pierwsz zapor stanowil nieprzerwany piercie zwojów drutu kolczastego. Za drutami wykopana byla sucha fosa glbokoci prawie dwóch metrów. Wewntrzny jej brzeg opadal pod ktem 30 stopni, zewntrzny wznosil si ostro, prawie prostopadle, a do stóp pierwszej z dwóch palisad wysokoci okolo czterech metrów. Zewntrzne strony palisad znowu otaczaly zwoje drutu kolczastego. Midzy palisadami prowadzila droga lczca stranic przy glównej bramie z wszystkimi czterema wieami. Kryly tamtdy uzbrojone patrole. W nocy patrolom towarzyszyly psy policyjne, które trzymano w pobliu zachodniej bramy razem z psami pocigowymi.


Z naszym tlumem blisko czterech i pól tysica ludzi zmieszali si winiowie ju zainstalowani w lagrze. Bylo ich okolo tysica. Wikszo stanowili Finowie. Mieszkali w czterech wielkich barakach, stojcych we wschodniej czci obozu. Baraki te, dlugoci okolo 70 metrów i szerokoci 10 metrów, zbudowane byly z ociosanych bali: Ich usytuowanie odpowiadalo ogólnemu planowi obozu - krótsze boki byly skierowane na wschód i zachód. Drzwi znajdowaly si na krótszej, zachodniej cianie, a wchodzilo si przez ganek otwarty tylko od poludniowej strony, chronicy przed wiatrem i deszczem. Zorientowalimy si, e baraki s ju tak przepelnione, i dla nowych przybyszów nie bdzie tu miejsca.


Nagle uslyszelimy rozkaz, by ustawia si w kolejce po jedzenie. Dlugim ogonkiem zblialimy si do otwartego okna jednej z kuchni na lewo od bramy obozu. Dostalimy jak zwykle kaw zboow i chleb. Kady staral si wypi kaw jak najszybciej i przez drugie okno zwracal blaszany kubek. Gorcego napoju bylo dosy, ale podczas calego mojego pobytu w obozie zawsze brakowalo naczy, nie tylko kubków, take i drewnianych misek do zupy.


Tymczasem na rodku placu apelowego olnierze ustawili przenon drewnian trybun i na rozkaz podoficerów otoczyli j kolem. Zgoniono nastpnie winiów i zwartym tlumem ustawiono równie dokola trybuny. Wkrótce nadeszlo dwóch pulkowników, którym towarzyszyla uzbrojona stra. Jeden z nich wszedl na trybun. Stalem w pierwszym rzdzie, tote moglem mu si dokladnie przyjrze. Byl to szczuply, elegancko prezentujcy si mczyzna o szpakowatych skroniach i starannie przystrzyonych wsach. Na pociglej twarzy odznaczaly si dwie glbokie bruzdy cignce si od ust do silnie zarysowanego podbródka. Z calej postawy bila chlodna pewno siebie, charakterystyczna dla wyszych dowódców, przyzwyczajonych do wydawania rozkazów. Typowy wyszy oficer zawodowy, który pasowalby do kadego wojska. Stal spokojny i niespeszony naprzeciw tlumu zmaltretowanych mczyzn, którzy, czulo si to, nienawidzili wszystkiego co rosyjskie. Wród winiów slycha bylo szmer ciszonych komentarzy. Gdy pulkownik powoli zwrócil glow, by obj wszystkich wzrokiem, zapanowala kompletna cisza.



41 Mówil po rosyjsku, wyranie i do ostro.


- Nazywam si pulkownik Uszakow i jestem komendantem tego obozu. Przybylicie tu, by pracowa, i oczekuj od was wytonej pracy oraz posluszestwa. Nie bd mówil o karach, poniewa, spodziewam si, e wiecie, co was czeka, jeli wasze sprawowanie bdzie nieodpowiednie. Przede wszystkim musimy wam zapewni jakie schronienie. Waszym pierwszym zadaniem bdzie wic zbudowanie sobie baraków. Od waszego wysilku zaley, jak szybko bdziecie mieli dach nad glow. Jest to calkowicie w waszych rkach. W kadej spolecznoci s ludzie, którzy chcieliby, aby inni pracowali na nich. Opieszaloci nie bd tolerowal, a wy sami we wlasnym interesie te musicie pilnowa, by kady wzil udzial w tej pracy. Przypuszczam, e nie bdzie z wami adnych klopotów. Wyslucham kadego, kto zglosi si ze skarg, i zrobi wszystko co w mojej mocy, by mu pomóc. Nie ma tu lekarzy, ale s olnierze wyszkoleni w udzielaniu pierwszej pomocy. Ci, którzy s po podróy zbyt chorzy, by móc pracowa, zostan umieszczeni w istniejcych barakach, reszta zabierze si do budowy nowych. To wszystko, co mialem wam do powiedzenia.


Gdy tylko zszedl na dól, jego miejsce na trybunie zajl natychmiast drugi pulkownik. Nie wszedl po schodkach, lecz niemal wskoczyl na podium z popieszn gorliwoci. Nie byto w nim tej powcigliwoci, która cechowala Uszakowa. W przeciwiestwie do komendanta mlody pulkownik ostentacyjnie podkrelal sw wladz. Ubrany byl nawet lepiej ni komendant, nosil futrzan kurtk i wysokie, nienagannie wyczyszczone buty z dobrej skóry. Byt tak mlody, e móglby by synem Uszakowa. Nie przypominam sobie jego nazwiska, lecz musialem je zna, gdy byl naszym oficerem politycznym. Nazywalimy go po prostu Politrukiem.


Przygldal nam si lekko umiechnity, zarozumialy, zadowolony z siebie i arogancki. Winiowie poruszyli si niespokojnie i czekali.


Mówil jak sierant - dosadnie i obraliwie.


- Spójrzcie na siebie - powiedzial, unióslszy lekko ramiona i zloywszy na biodrach rce odziane w rkawiczki. - Wygldacie jak stado zwierzaków. Tylko spójrzcie na siebie. I to s ci cywilizowani ludzie, którym si zdawalo, e mog rzdzi wiatem! Czy teraz zrozumielicie wreszcie, jakie bzdury wpajano wam do glów?


Pulkownik zrobil pauz, by spotgowa efekt swoich slów. Znalazl si zuchwalec, który korzystajc z oslony tlumu winiów, zdobyl si na odwag, by mu odpowiedzie.


- A jak moemy inaczej wyglda? - zawolal. - Nie dajecie nam si ogoli, nie ma nawet mydla, ani czystej odziey! Politruk zwrócil si w jego kierunku:


- Jeli kto mi jeszcze raz przerwie, wstrzymam fasowanie ywnoci.


Nikt mu ju nie przerywal.


- Potrzymamy was tu przez jaki czas - cignl dalej - i kierujc si wytycznymi towarzysza Stalina, zrobimy z was jeszcze wiadomych obywateli. Ci, którzy nie pracuj - nie jedz. Moim zadaniem jest pomóc wam w tym, bycie si poprawili. ycie w obozie nie jest wypelnione sam prac. Moecie slucha wykladów, które naucz was poprawnego mylenia. Mamy te doskonal bibliotek, z której mona korzysta po zajciach.


W tym samym mniej wicej duchu nasz Politruk przemawial przez jaki czas jeszcze, a nagle przerwal:


- Czy s jakie pytania?


Po chwili ciszy który z winiów zapytal: - A kiedy tu si wlaciwie zaczyna wiosna?


- Nie zadawaj glupich pyta - odparl Politruk i na tym skoczylo si zebranie.


W cigu kilku pierwszych dni budowy baraków panowal chaos. Kto mógl, rwal si do pracy, trudno jednak bylo przydzieli ludzi do zada najlepiej odpowiadajcych ich kwalifikacjom. Po trzech dniach wszystko funkcjonowalo ju jak naley. Grupa architektów i



42 mierniczych robila plany i pomiary gruntu pod baraki. Mlodzi robotnicy kopali w zmarznitej ziemi doly dla osadzenia pali, na których oprze si miala cala konstrukcja. Ludzie zaprawieni w pracy siekier obciosywali surowe pnie. Ale glówna sila robocza co dzie o ósmej rano pod zbrojn stra przekraczala bram obozu.


Przylczylem si do tych robotników lenych. Dzie zaczynal si o pitej rano: pobudka i wdrówka na wpól picych ludzi do latryny. Potem kolejka po niadanie. Narzdzia wydawano nam z magazynu znajdujcego si po lewej stronie glównej bramy obozu. Wydawanie narzdzi i zdawanie ich po skoczonym dniu pracy odbywalo si pod cisl kontrol. Gdy przechodzilimy przez bram, slubowy sprawdzal kade nazwisko na licie winiów.


W otaczajcym nas lesie dominowala sosna, ale nie brakowalo te brzóz i modrzewi. Przydzielono mnie do grupy drwali. Przy cince drzew pracowalimy po dwóch, uywajc poprzecznic cikich pil o dwóch rkojeciach. Czasem dla odmiany dostawalem siekier, któr odrbywalem galzie od spuszczonych drzew. Od dziecka umialem poslugiwa si siekier, tote nie narzekalem na t prac. Z kadym dniem powracalem zreszt do sil i praca fizyczna sprawiala mi satysfakcj. O pierwszej wracalimy do obozu, cignc na plac budowy obrobione wczeniej klody. Po obiedzie, czyli po zupie, wracalimy do lasu i pracowalimy do zmierzchu. Co dzie wyrastaly nowe baraki.


Budow baraków zakoczylimy w dwa tygodnie po przybyciu do obozu. Postawilimy je szeregami, po dziesi z kadej strony szerokiej ,,ulicy". Przydzielono mi prycz w jednym z ostatnich ukoczonych baraków i dobrze pamitam to poczucie bezpieczestwa i wygody, jakiego doznalem, gdy po raz pierwszy w mron noc wszedlem do mojego nowego domu.


Pamitam te mily zapach wieego drewna sosnowego. Nasze prycze, po trzy jedna nad drug, ustawione byly wzdlu dlugich cian baraku. Z kadej strony stalo po pidziesit trzypitrowych pryczy, zbitych ze zwyklych desek w cikich drewnianych ramach. W rodku, w równych odstpach, zainstalowano trzy blaszane piecyki. Rozgrzewalimy je do czerwonoci, palc drwami przynoszonymi co dzie ze zrbów. Za przykladem tych, którzy ju mieszkali w baraku, wymocilimy twarde deski naszych lóek mchem, który znosilimy z tajgi w rozloonych fufajkach. Piece nie mialy kominów, tylko krótkie rury, a odprowadzany t drog dym klbic si, uchodzil przez otwory w dachu. Zapach dymu mieszal si z aromatem sosnowej ywicy. Lealem na górnej pryczy z rkami skrzyowanymi pod glow i sluchalem toczcych si wokól mnie rozmów.


Na ssiedniej pryczy leal mczyzna okolo pidziesitki. Zaczlimy rozmawia o naszym baraku, o tym, jak wietnie zostal zbudowany i jakie umiejtnoci wykazali jego konstruktorzy.


Bylimy tak wielkoduszni, e nawet chwalilimy Rosjan za ich doskonale piece. Mówilimy te o sobie. Mój ssiad byl nauczycielem w Brzeciu i sierantem rezerwy. Gdy przyszli Rosjanie, w szkole zastpil go jaki komunista po dwutygodniowym, skróconym kursie nauczania systemem sowieckim. Ale matki nadal przyprowadzaly dzieci do dawnego nauczyciela, a kto go zadenuncjowal. Nastpilo aresztowanie, ledztwo i wyrok: dziesi lat robót. Powiedzialem, e mu wspólczuj, mylc jednoczenie: ,,Tylko dziesi lat, masz czlowieku szczcie". Cignl dalej swoj histori, ale ja ju zasypialem, po raz pierwszy od wielu miesicy zapadlem w prawdziwy sen.


W baraku spdzalimy wiele czasu. Po godzinie osiemnastej winiowie musieli by wewntrz zabudowa. Mona bylo co prawda porusza si midzy barakami, pod warunkiem, e nie tworzylo si wikszych grup. Oba rzdy baraków znajdowaly si pod cisl obserwacj zalóg wie straniczych we wschodniej czci obozu. Dopóki jednak winiowie nie zbliali si zbytnio clo drutów kolczastych, co bylo surowo zabronione, olnierze nie interweniowali.



43 W baraku nie bylo co robi. Nie mielimy ani ksiek do czytania, ani wiatla, przy którym moglibymy czyta. Jedynym dozwolonym zajciem po godzinie osiemnastej byla wizyta w bibliotece prowadzonej przez Politruka, ewentualnie raz w tygodniu, w rody, mona bylo wybra si na pogadank wyglaszan przez tego Politruka.


Doszedlem do wniosku, e nic mi nie zaszkodzi, jeli poszperam troch w ksikach, a skróc sobie przez to wieczór. Którego dnia poprosilem wic o pozwolenie wyjcia do biblioteki i otrzymalem je z latwoci.


Biblioteka zajmowala cz jednego z budynków gospodarczych poloonego najdalej od bramy, po jej lewej stronie, jakie dziesi metrów od zwojów drutu kolczastego biegncego wzdlu fosy. Na pólkach ustawionych przy cianach pokoju stalo ze dwiecie ksiek. Prócz poezji Majakowskiego znalazlem tam z pidziesit ilustrowanych czytanek dla dzieci z serii ,,Ruskaja Azbuka". Nad tym ,,Rosyjskim elementarzem" spdzilem kilka wieczorów. Byly to proste teksty wychwalajce sowieckie samoloty i sowieckich lotników, sowieckie czolgi i sowieckich czolgistów, sowieck Armi Czerwon, sowieckich bohaterów, jak Woroszylow, sowieckich mów stanu, jak Lenin i Stalin, sowieckich traktorzystów i sowieckich kolchoników - no i w ogóle wszystko co sowieckie.


Dum calego ksigozbioru bibliotecznego byla jednak dwutomowa, w wietnej oprawie, historia partii bolszewickiej oraz Konstytucja Zwizku Sowieckiego. Spdziwszy wiele godzin na studiowaniu tych dziel, doszedlem do wniosku, e nie ma wielkiego niebezpieczestwa, bym w cigu najbliszych dwudziestu piciu lat mial si przekona do sowieckiego czy jakiegokolwiek innego komunizmu.


Na rodow pogadank Politruka namówil mnie wesoly i nieco cyniczny Czech, który zajmowal jedn z ssiednich pryczy. Politruk nie ukrywal swego zadowolenia z naszej obecnoci i nawet powicil nam bezporednio kilka zda, nim zaczl sw prelekcj przeznaczon dla olnierzy. Mówil o potdze Zwizku Sowieckiego i o jego wiodcej roli w wiecie, wtrcajc co jaki czas uwagi o zgnilym kapitalizmie, skierowane wyranie do nas. Po prelekcji olnierze zadawali pytania, na które Politruk odpowiadal dogmatami zaczerpnitymi z Marksa oraz cytatami z Lenina i Stalina. Umiechnl si do nas, gdy opuszczalimy wietlic. Ten umiech zniklby jednak szybko z jego twarzy, gdyby w kilka minut póniej mógl zobaczy, jak mój Czech ku uciesze calego baraku parodiowal wyklad. Czech byl urodzonym aktorem i obserwujc go, zanosilimy si od miechu. Na zakoczenie wystpu odpowiadal na pytania stawiane przez rozbawione audytorium, dowcipnie wyszydzajc formulki marksizmu, leninizmu i stalinizmu. Caly barak zgodzil si jednomylnie, e nasza wycieczka do wietlicy oplacila si sowicie.


Jaki czas póniej zgola inne zdarzenie przykulo nasz uwag. Wród winiów byla grupa duchownych, glównie ksiy katolickich, ale take kilku prawoslawnych. W naszym baraku kwaterowal jeden ksidz katolicki. Byl póny wieczór. Siedzielimy lub leelimy na pryczach, nie majc nic do roboty, gdy ksidz, chodzc od pryczy do pryczy, pytal ciszonym glosem, czy si zgadzamy na to, e odprawi krótk msz. Niektórzy nie odpowiedzieli, nikt nie zaoponowal. Ksidz stanl na rodku baraku i rozpoczl proste naboestwo. Pamitam, jak dziwnie w tej scenerii brzmialy laciskie slowa mszy witej. Widzialem jego posta w slabym blasku rozpalonego pieca, posta katolickiego ksidza z dlug czarn brod. Zszedlem z mej pryczy i uklklem. Wielu innych uczynilo to samo. Ksidz modlil si o nasze wyzwolenie, a potem blogoslawil nas, trzymajc w rkach krucyfiks ze srebrzystej brzeziny. Byl to mczyzna chudy jak patyk, wysoki, nieco przygarbiony. Jego ciemne wlosy przyprószyla siwizna, cho nie mial wicej ni 35 lat. Nie wiem, za co go zeslano, bo nigdy nie mówil o sobie. Nazywal si Gorycz, cho trudno byloby znale mu bardziej nieodpowiednie nazwisko.




44 Pod koniec miesica ycie w obozie toczylo si uporzdkowanym trybem. Zgadzalimy si, e jakkolwiek zim w tej zapadlej dziurze warunki naszej egzystencji byly niezwykle cikie, to jednak moglo by jeszcze gorzej. Wszyscy pracujcy winiowie dostawali dziennie 400 gramów chleba, a chorzy 300 gramów. Cz otrzymywanej co rano porcji zjadalimy do kawy na niadanie, drug cz w poludnie z zup, reszt wieczorem po pracy, popijajc gorcym wywarem. Od czasu do czasu fundowano nam w niedziel suszon ryb, ale chleb byl naszym podstawowym poywieniem i utrzymywal nas przy yciu. Cho w mniejszym stopniu - tyto byl take bardzo wany. Raz w tygodniu przydzielano nam przyzwoit porcj machorki i kawalek starej gazety do skrcania papierosów. Chleb i tyto to byty dwa artykuly przedstawiajce w obozie jak warto. Stanowily monet obiegow, któr placilo si za uslugi.


W cigu pierwszego miesica panowala nadal wysoka miertelno. Marsz zniszczyl zdrowie wielu tym, którzy zdolali go przey. Po przybyciu do obozu chorym dano prycze w barakach. Leeli w nich, slabnc z dnia na dzie, zbyt wyczerpani, by walczy ze mierci. Pod nadzorem uzbrojonej eskorty przyjaciele wynosili ich zwloki na niewielk polan, jakie czterysta metrów od obozu, i w zamarznitej ziemi kopali plytkie groby miejsca ostatniego spoczynku.


Bratem dwukrotnie udzial w takich pogrzebach i odkrylem przy okazji, e komendant naszego obozu mial do dyspozycji samolot. Droga nasza wiodla obok prowizorycznego pasa startowego, wycitego w lesie, w jego najwyej poloonej czci. Oslonity drzewami i przykryty brezentem stal tam niewielki samolot typu szkoleniowego. Jeden z wartowników, z którym wdalimy si w rozmow, powiedzial nam, e Uszakow sam pilotuje samolot. Lata nim na konferencje w jakuckim dowództwie okrgu wojskowego.


Rosjanie rzadko mieszali si do naszego ycia poza godzinami pracy. Inspekcje baraków nie zdarzaly si czsto i prowadzone byly powierzchownie. Winiowie zatrudnieni przy wyrbie lasu nawizywali midzy sob przyjanie. Ci, którzy chcieli dzieli wspólny barak, pocztkowo pytali o pozwolenie. Otrzymywali je, a przy okazji Rosjanie wyjanili nam, e tego rodzaju sprawy jak przeprowadzki z baraku do baraku powinny by zalatwiane midzy winiami. Podane miejsce w baraku mona bylo latwo uzyska dziki lapówce w postaci tytoniu. Std te w pierwszych tygodniach, gdy ludzie odnajdowali znajomych i zawierali nowe przyjanie, odbywaly si nieustanne przeprowadzki z baraku do baraku. Nie poznalem bliej nikogo z moich wspólwiniów, cho od czasu do czasu spotykalem towarzysza marszu, Greczynina. Prócz Greczynina byl jeszcze Czech. Podziwialem jego dowcip i wesolo, ale nigdy si nie zaprzyjanilimy. Istniala zreszt tendencja trzymania si w narodowych grupach. My, Polacy, na przyklad, zbieralimy si zawsze co rano, by odpiewa wspólnie ,,Kiedy ranne wstaj zorze". Rosjanie krzywili si na te nasze piewy, ale jako nigdy ich nie zabronili.


Lec wieczorami na pryczy, wpatrzony w otwory w dachu, którymi ulatnial si dym, oddawalem si rozmylaniom. Wokól ludzie prowadzili pólglosem rozmowy, w których brali udzial równie i gocie z innych baraków. Dochodzily mnie oderwane wyrazy i zdania, nazwy miejscowoci, wizie, pulków...


- A wtedy ona powiedziala: ,,Kochanie, nie martw si, wojna szybko si skoczy, a ja bd czekala na ciebie..."


- Mial dra pecha. W tych warunkach nie ma szans na wyleczenie tak pogruchotanej nogi. - Kto komentowal wypadek jednego ze straników, który nie zdyl uskoczy przed padajcym drzewem.


To znowu czyj zazdro budzil los winia, który potlukl sobie ebra:


- Temu to si dopiero powodzi. Dostal przydzial do kasyna oficerskiego. Lekka praca i ile niedopalków mona nazbiera!



45 Wszystkie te glosy plynly wokól mnie, stanowic jaki ledwo dostrzegalny podklad do moich wlasnych myli... Zapach sosny, cieplo i krztanie si ludzi otwierajcych rozpalone piece i dorzucajcych drewno do ognia. I te pojawiajce si obrazy: to obóz, otoczony palisad, to Uszakow, to Politruk z olnierzami (ilu z nich zginie na froncie). A take otaczajcy mnie ludzie - ci zawsze na pierwszym planie - mlodzi i silni jak ja, czterdziestoletni, którzy ku mojemu wówczas zdumieniu, cho poruszali si powoli, byli odwani i wytrzymali, i ci ponad pidziesitk, toczcy nieustann walk, by podola pracy i utrzyma si przy yciu - szczególnie ci, którzy yli do wojny wygodnie, i teraz tak dzielnie i z tak energi radzili sobie z okropnociami nowej sytuacji. Zamiast opowiada bajki swoim kochajcym wnukom, musieli dwiga cite drzewa i pracowa rami w rami z ludmi mlodszymi od siebie o polow. Jest pewien nieefektowny typ niezlomnej odwagi, który si ujawnia, gdy przychodzi walczy z najgorszymi przeciwnociami. Tej wlanie odwagi im nie zbywalo.


Przeywalem te wszystkie wraenia, ale zawsze przed zapadniciem w sen, rozcignity na wyslanych mchem deskach, zastanawialem si nad mymi wlasnymi problemami. Jedna myl bez przerwy tlukla mi si po glowie: ,,Dwadziecia pi lat w tym strasznym miejscu". Ludzie, których znalem, bd z czasem umiera. Ich miejsca zajm inni, a ja bd si starze. Dwadziecia pi lat! Dwadziecia pi lat. Akurat tyle, ile dotychczas przeylem. Uciec - ale jak? I nawet jeli zdolam pokona druty kolczaste, fos i palisad - co zrobi dalej, dokd si uda?


I wtedy myl moja zwykle wracala do starego Ostuka i jego opowieci o ,,nieszcznikach". Czy który z nich zdolal kiedykolwiek uciec z Syberii? Przy tych odleglociach i w tych warunkach o samotnej ucieczce nikt nie móglby marzy. Ale nawet jeli przygotowalbym plan ucieczki, gdzie znale ludzi zdecydowanych podj si takiego ryzyka? To byly pytania, na które nie potrafilem odpowiedzie.


Którego wieczoru w drodze do latryny wpadlem na Greczynina.


- Sluchaj, gdybym tak opracowal plan ucieczki, przylczylby si do mnie?


- Czy mówisz powanie? - zapytal, zmarszczywszy czolo. - Tak - odpowiedzialem.


Greczynin w zamyleniu gladzil sw brod.


- Zastanowi si w nocy i dam ci jutro odpowied.


Ostrony Greczynin! Spotkalem go nastpnego dnia midzy barakami.


- Nie - powiedzial mi na powitanie. - Poszedlbym z tob, gdyby byla jaka szansa. Ale nie ma adnej. Nawet jeli nie schwytaj nas bolszewicy, zginiemy w niegach. Nie chcialbym jeszcze umrze.


Kiwnlem tylko glow. To samo pytanie zadalem Czechowi. W pierwszej chwili mylal, e artuj. Usiadl potem na brzegu pryczy, wskazujc mi miejsce obok.


- Ucieklbym z tob - szepnl, kladc mi rk na ramieniu - ale do takiej wyprawy trzeba zdrowych, silnych ludzi. Mój oldek i tak mnie wykacza. Po co mam przypiesza mier? Mialby ze mn tylko klopot.


Siedzielimy przez jaki czas w milczeniu, po czym Czech znów si odezwal:


- Jeli ci si uda, uciekaj, przyjacielu. Miej szeroko otwarte oczy i dobrze dobierz towarzyszy. ycz ci powodzenia.


Przez sze dni pracowalimy ciko, odpoczywajc siódmego. Komendant przemawial do nas zwykle w niedziel. Przydzielal nam zadania, które mielimy wykona w cigu nastpnego tygodnia, zwracal uwag na wszystkie naruszenia obozowej dyscypliny i informowal nas o sprawach zwizanych z wiziennym yciem. Prosil te o uwagi i pytania. Chyba w drugim miesicu po naszym przybyciu do obozu zapytal o ochotników do nowej pracy. Potrzebni byli ludzie znajcy si na produkcji nart. Pocztkowo nikt si nie zglosil, wobec czego dowódca oznajmil, e dzienny przydzial chleba dla ochotników bdzie



46 zwikszony o sto gramów. Jeli narty oka si dobre, racje chleba bd jeszcze wysze. I wtedy zglosilo si prawie szedziesiciu ludzi a ja wród nich. Kiedy zmajstrowalem sobie par nart, na pewno jednak nie znalem si na ich profesjonalnym wyrobie. Dla kilku dodatkowych gramów chleba gotów jednak bytem podj si wszystkiego.


Warsztat narciarski miecil si w drugiej czci budynku, w którym byla biblioteka. Wród ochotników rzeczywicie znalazlo si kilku fachowców. Podzielili oni nas na dwie grupy. Jedn grup stanowili pomocnicy zatrudnieni w samym warsztacie, bezporednio przy wyrobie nart. Druga grupa wychodzila co rano do lasu, by cina brzozy i pilowa odpowiednich rozmiarów deski, zapewniajc warsztatowi stal dostaw surowca. Dziki dowiadczeniu, jakiego nabylem, zrobiwszy sobie kiedy narty, zostalem zatrudniony w warsztacie przy wyparzaniu i wyginaniu czubów. Ju pierwszego dnia, nim jeszcze wyprodukowalimy cokolwiek, nasz przydzial chleba zostal zwikszony do 500 gramów.


Po dwóch dniach pracy pierwsza para nart byla gotowa. Sam Uszakow badal ich sprysto. Narty lealy oparte kocami na dwóch oddalonych od siebie klocach, tak e rodek znajdowal si w powietrzu. Komendant naciskal nog na rodkow cz narty, a dotknla ziemi. Potem dwaj olnierze wypróbowali je w lesie. Nasze narty przeszly pomylnie oba testy, a pod koniec tygodnia znów odwiedzil nas Uszakow i zakomunikowal, e próbki wyslane do Jakucka zostaly przyjte jako odpowiadajce wymaganiom Armii Czerwonej. W nagrod nasz przydzial chleba mial zosta natychmiast zwikszony do kilograma dziennie, czyli ponad dwa razy wicej ni normalna racja. Przyznano nam równie wicej tytoniu. Po dwóch tygodniach wyrabialimy ponad 160 par nart dziennie.


Nasze przywileje wywolaly wiele zawici wród winiów zatrudnionych w lesie. Pytano mnie wielokrotnie, jak si nie wstydz robi narty dla sowieckich olnierzy. Nie dalem si nigdy wcign w sprzeczk, majc w tej sprawie wyrobion opini. Uwaalem, e kada nasza praca w lagrze syberyjskim przynosi w pewnym stopniu korzy Sowietom - dlaczego wic, jeli ma si wybór, nie wybra sobie bardziej interesujcego zajcia. Interesujcego - to znaczy, oczywicie, lepiej platnego. Poniewa zaplat byl chleb, który mial podstawowe znaczenie w naszym yciu, trudno si dziwi, e nieuprzywilejowana wikszo winiów wyraala si o nas z zawici. Podobnie jak wszyscy winiowie zatrudnieni przy wyrobie nart, dzielilem si z innymi moim dodatkowym tytoniem, a cz chleba zanosilem chorym. Ale traktowano nas nadal niechtnie. Zabawne, e sowieckim wyznawcom bezklasowego spoleczestwa udalo si podzieli nas od razu na dwie warstwy robotników, przyznajc jednej tak sowite wynagrodzenie.


Pracujc caly dzie w cieple warsztatu, obok wielkiego, huczcego pieca, czulem, e wracam calkowicie do sil. W tych warunkach moglem si wlaciwie pogodzi z moim wyrokiem. Zamiast tego jednak coraz bardziej pochlaniala mnie myl o ucieczce. Zaczlem zastanawia si, jak i gdzie przechowa nadmiar chleba. Nie mialem jeszcze adnego konkretnego planu ucieczki. Nie przypuszczalem te, e otrzymam pomoc z najmniej oczekiwanej strony.




47 VIII. Zona komendanta


Poniewa raz mi si udalo, którego niedzielnego ranka postanowilem znów zglosi si na ochotnika. Bylo to w polowie marca. Skuleni z zimna stalimy wród zadymki nienej na cotygodniowym apelu.


- Mam u siebie w mieszkaniu aparat radiowy firmy ,,Telefunken" - powiedzial Uszakow. - Czy kto si zna na tych aparatach i móglby mi go naprawi?


Znalem telefunkeny, niemieckie radia, które dla Polski produkowane byly bodaje w Wilnie. Mielimy taki odbiornik w domu. Czy jednak potrafilbym go naprawi? Ludzie zaczli si rozglda, patrzc, kto si zglosi. Minla moe minuta zupelnej ciszy.


,,Jeli zdolam zreperowa aparat - mylalem - to bd mógl uslysze, co si dzieje na wiecie, od którego bytem odcity od osiemnastu miesicy".


Nagle opanowal mnie strach, e kto inny mnie uprzedzi. Podnioslem rk do góry i krzyknlem. Zbliyl si do mnie podoficer i zapisal moje nazwisko oraz miejsce pracy.


- Zawezw ci, gdy bdziesz potrzebny - powiedzial Uszakow. Byla to brzemienna w skutki decyzja, od której zaczta si ostatnia, najdziwniejsza faza mego pobytu w lagrze numer 303. W calej naszej odizolowanej od wiata spolecznoci, zloonej z blisko szeciu tysicy skazaców i batalionu wojska, yla tylko jedna kobieta. Spotkalem j dziki zepsutemu telefunkenowi i, o ile wiem, aden inny wizie nigdy z ni nie rozmawial.


Nastpnego dnia do warsztatu narciarskiego przyszedl po mnie goniec komendanta. Mial na imi Igor. Pamitam jego puculowat twarz.


- Komendant ci wzywa - powiedzial. - Idziemy.


,,Poszukaj jakich wiadomoci z Polski. Dowiedz si, jak idzie wojna" - wolali za mn koledzy, gdy opuszczalem warsztat.


Przyznam, e bylem nieco podenerwowany w drodze z warsztatu do kwatery dowódcy, poloonej przy pólnocno-zachodnim naroniku placu apelowego, za kasynem oficerskim. Barak, w którym mieszkal pulkownik, nie rónil si z zewntrz od innych baraków. Zbudowany byl z okrglaków i mial typowy przedsionek, otwarty na poludnie.


Dopiero gdy wszedlem do rodka, zauwaylem rónic. ciany byty pokryte gladko wyheblowanymi deskami, w pomieszczeniach zostaly uloone drewniane podlogi i sufity, a piec mial komin odprowadzajcy dym na zewntrz. Jedynie w oknach, podobnie jak w innych barakach, nie bylo szklanych szyb, tylko jaka dziwna, jakby rybia blona. Cho nie byla przezroczysta, trzeba przyzna, e chronila przed wiatrem i przepuszczala wiatlo.


W drzwiach ukazal si Uszakow. Odeslal Igora i gestem wskazal mi, bym wszedl do rodka.


- Panie pulkowniku - zameldowalem si, uywajc slowa ,,gospodin" - przyszedlem obejrze radio.


- Tak, tak. Oczywicie - odpowiedzial Uszakow, po czym minl mnie, wyszedl drzwiami, przez które wlanie wszedlem, rozejrzal si dokola i wrócil do rodka.


Przy piecu wbudowanym w ciank dzielc barak na dwa pokoje siedziala ona komendanta. Pulkownik mruknl co do niej, wskazujc na mnie. Sklonilem si i wypowiedzialem jaki powitalny zwrot, na co odpowiedziala umiechem i lekkim skinieniem glowy. Nie moglem oderwa od niej wzroku. Byla przecie pierwsz kobiet, jak napotkalem od czasu rozstania z on i z matk w Pisku. Czulem, e zachowuj si niezdarnie, i nie bardzo wiedzialem, co ze sob zrobi. Bolenie odczuwalem moje lachmany, dlug brod i wlosy splywajce po szyi a na ramiona. Ale nie moglem oderwa od niej



48 wzroku. Wstala i zauwaylem, e jak na kobiet jest do wysoka. Ubrana byla w dlug, grub spódnic, bial, bawelnian bluzk wyszywan w kwiaty i ciemn, welnian kamizelk. Kasztanowe, polyskujce wlosy miala splecione w warkocz, który - zgodnie z rosyjsk mod - upita wokól glowy. Uderzyla mnie biel jej skóry. Nigdy nie znalem si na wieku kobiet, ale mam wraenie, e zbliala si do czterdziestki. Nie byla piknoci, lecz jej kobieco wyraajca si w calej postawie, w ruchach, w spojrzeniu -wszdzie zwrócilaby uwag. Z tego krótkotrwalego odurzenia wyrwalo mnie spojrzenie jej niebieskich oczu, w których wyczytalem wspólczucie i sympati. Odwrócilem glow i ujrzalem Uszakowa stojcego w drzwiach wiodcych do drugiego pokoju. Spojrzal na mnie swym nieco nieobecnym wzrokiem czlowieka, który zajty jest innymi mylami.


- Chodmy obejrze radio - powiedzial.


Pokój, do którego weszlimy, byl jednoczenie sypialni i gabinetem. Przy cianie, najbliszej pieca, stalo cikie, drewniane lóko, a dalej szafa, w której wida byto rozwieszone mundury. Pod przeciwlegl cian stala masywna komoda. Gabinet Uszakowa znajdowal si w prawej czci pokoju. Wisiala tam na cianie wielka mapa wschodniej Syberii. Rónila si od zwyklych map tym, e zamiast nazw miejscowoci widnialy tylko cyfry. Obok mapy wisial plan obozu i kolorowy portret Józefa Stalina. Na lawie, pod wszechwidzcym okiem Wodza, stalo radio - nowiutki telefunken zasilany z baterii.


Uszakow poczstowal mnie papierosem i postawil lamp naftow na lawce przy radiu. Zdjlem tyln ciank aparatu i zaczlem sprawdza przewody, gdy przypuszczalem, e gdzie nastpilo ich rozlczenie. Komendant zadawal mi pytania zwizane z aparatem - gdzie zostal wyprodukowany, ile kosztuje i jak dziala. W pewnym momencie, wahajc si nieco, zapytalem, w jaki sposób stal si wlacicielem tego odbiornika.


- W 1939 roku znalazlem si, niestety, z mym pulkiem w Polsce i tam nabylem ten aparat - odparl.


To slowo ,,niestety" zwrócilo moj uwag. Odnioslem wówczas wraenie, które poglbilo si zreszt póniej, e Uszakow zawdzicza swój przydzial na Syberi temu, i w czasie kampanii w Polsce popelnil jaki bld. Wród winiów panowalo przekonanie, e w lagrze nawet dowódca obozu jest zeslacem.


Komendant powrócil do pieca i usiadl na lawce obok ony. Pracowalem bez popiechu. Po pól godzinie doslyszalem, e pulkownikowa krzta si w ssiednim pokoju. Chwil póniej Uszakow wezwal mnie, bym si zbliyl do ognia. Uszakowa nalala do dwóch kubków herbat oslodzon sacharyn. Pulkownik napil si pierwszy, po czym podal mi kubek. Kiedy wrócilem do pracy przy radiu, pomylalem, e nie ma najmniejszego powodu do popiechu i e to jedyne przyjemne zajcie od czasu mego aresztowania musi trwa jak najdluej. Gdy Igor przyszedl po mnie, powiedzialem, e naprawa jeszcze nie skoczona, gdy dokladne sprawdzenie wszystkich przewodów i lamp wymaga czasu.


- Nie szkodzi, przyjdziesz znowu. Przyl po ciebie - powiedzial Uszakow i dal mi jeszcze jednego papierosa.


- Opowiadaj. Czego si dowiedziale? Co si dzieje na wiecie? - pytali koledzy, gdy tylko wrócilem do warsztatu, odprowadzony przez Igora.


- Jeszcze nie naprawilem radia. Nic nie wiem. Musicie jeszcze poczeka - odpowiedzialem.


Igor przyszedl po mnie nastpnego dnia. Gdy dlubalem przy aparacie, oboje zadawali mi pytania. Uszakow najbardziej interesowala moja rodzina. I skd tak plynnie mówi po rosyjsku. Wyjanilem jej, e moja matka byla Rosjank.


- Za co ci tu zeslano? - zapytal pulkownik. - Za nic - odrzeklem.


- Dostale dwadziecia pi lat? - Tak.


Nastpila chwila ciszy, któr przerwala Uszakowa:



49 - Dwadziecia pi lat to bardzo dlugo. Ile pan ma lat? Powiedzialem, e wlanie dwadziecia pi. Nasza rozmowa we troje przerywana byla dluszymi chwilami zagadkowego milczenia. Oni siedzieli blisko siebie na lawce, a ja, przykucnity, spogldalem na nich znad telefunkena. W pewnym momencie Uszakow zapytal, ku memu zdziwieniu, czy sdz, e Rosja zostanie znów wcignita do wojny. Dla niego ostatni wojn, któr prowadzila Rosja, byla wojna 1914 roku. A kiedy przypomnialem mu o sowieckiej agresji na Polsk i Finlandi, odpowiedzial:


- Ach, to nie byla wojna, tylko wyzwalanie.


Zastanowilem si, czy rzeczywicie w to wierzy, i oparlszy si o aparat, spojrzalem na niego uwanie. Ale on patrzyl obojtnie w sufit. Po chwili powrócil znów do sprawy udzialu Rosji w przyszlej wojnie.


- W Polsce nie bylo adn tajemnic - powiedzialem - e Gring chcial nas pozyska do ataku na bolszewick Rosj. Kiedy Niemcy bd gotowi, uderz na was.


Ulylem sobie, wypowiedziawszy t opini. Teraz tylko czekalem, a mi zwróc uwag, e za duo gadam. Lecz ani Uszakow, ani jego ona nie odezwali si slowem.


- Czy wojna w Polsce byla bardzo okrutna? - przerwala wreszcie milczenie Uszakowa.


Zaczlem opowiada o szosach zapchanych tlumami uciekajcych kobiet, dzieci i starców i o niemieckich sztukasach, jak pikowaly z wyciem, atakujc bezbronnych ludzi.


- Taka jest wojna - odezwal si pulkownik. - Gdzie drwa rbi, tam wióry lec.


Przyszlo mi do glowy, e im te wcale nie zaley na tym, bym szybko zakoczyl napraw. Odkrylem, na czym polegalo uszkodzenie, po prostu rozlunily si styki baterii. Ale nie pieszylem si z wlczeniem radia, wiedzc, e poloyloby to kres moim wizytom.


Uszakowa pytala mnie o ycie w Polsce przed wojn i jak ubieraly si kobiety. Powiedzialem, e bardzo elegancko, czsto wedlug paryskiej mody.


- A czy nosily buty na wysokich obcasach? - dociekala. - Tak - odparlem - i wygldaly bardzo szykownie.


Wezwali mnie ponownie dopiero po dwóch dniach. Koledzy miali si, e nigdy nie zreperuj tego radia i e pulkownik bdzie mial mnie wreszcie dosy.


Podczas trzeciej wizyty postanowilem uruchomi telefunkena. Komendant siedzial przy biurku, a jego ona zabawiala mnie rozmow. Interesowalo j, jakie filmy ogldalem przed wojn, i byla bardzo zdziwiona, gdy powiedzialem, e sowieckie filmy nie byly w Polsce wywietlane. Nagle wlczylem kontakt i radio wrócilo do ycia. Zaczlem krci galk. Uszakow porzucil sw prac i stanl obok mnie. Uslyszelimy koncert z Moskwy, a potem, skaczc ze stacji na stacj, wychwytywalem fragmenty wiadomoci. W pewnym momencie pokój wypelnil charakterystyczny glos Hitlera, który z patosem przemawial na zlocie mlodziey w Zaglbiu Ruhry, chyba w Düsseldorfie.


Uszakow dal mi cal paczk machorki i kawalek starej gazety. Gdy Igor czekal ju na mnie przed drzwiami, komendant powiedzial na poegnanie:


- Nie znam si na radiu, wic jeli zajdzie potrzeba, zawezw ci znowu.


Wróciwszy do warsztatu, opowiedzialem kolegom o wszystkim. Najwicej interesowaly ich Niemcy i mowa Hitlera. Chcieli wiedzie, kiedy bd znów sluchal radia.


- Jak si zepsuje - odparlem.


Zblial si koniec marca. Pracowalem regularnie w warsztacie, martwic si coraz bardziej, e epizod z telefunkenem nigdy si nie powtórzy. Wtedy to poznalem niezwyklego czlowieka o nazwisku Anastazy Kolemenos. Widywalem go wczeniej, gdy przychodzil ogrza si przy naszym piecu. Byl to potny mczyzna, dwumetrowego wzrostu, o blond wlosach, jasnej brodzie i niespotykanych szarozielonych oczach. Mimo wszystkich przey wiziennych musial way ze sto kilogramów. Robil wraenie sympatycznego, uczynnego olbrzyma. Praca jego polegala na znoszeniu z lasu citej brzeziny i ociosywaniu jej na



50 uytek warsztatu narciarskiego. Pewnego dnia chcialem podnie jedn z przyniesionych przez Kolemenosa klód drzewa. Chwycilem j za koniec i nie wydala mi si zbyt cika. Gdy jednak spróbowalem unie j, trzymajc bliej rodka, ciar okazal si ponad moje sity. W tej samej chwili Kolemenos znalazl si obok mnie.


- Pomog ci, przyjacielu - powiedzial. Nachylil si, dwignl klod i jednym zamachem zarzucil j sobie na rami.


Nie nalealem do slabeuszy, ale sila tego czlowieka wydala mi si fenomenalna. Wówczas to powiedzial mi, e nazywa si Kolemenos, e mieszkal przed wojn na Lotwie, gdzie byl wlacicielem gospodarstwa rolnego, i e skoczyl dwadziecia siedem lat. Ja te opowiedzialem mu nieco o sobie. Myl o ucieczce nie dawala mi spokoju, ale nie bylimy w miejscu odpowiednim do poruszania tego rodzaju tematów.


- Musimy znów kiedy pogada - powiedzialem. - Z przyjemnoci - odparl olbrzym.


Z pracujcego peln par warsztatu doslyszalem glos: - Twój przyjaciel przyszedl po ciebie.


Stojcy w drzwiach Igor skinl na mnie rk. Zloylem narty, których sprysto mialem wlanie sprawdzi, otrzepalem si z pylu i wyszedlem z Igorem.


Oboje Uszakowowie byli w domu. Pulkownik powiedzial, e radio nie odbiera tak dobrze, jak powinno. Zaczlem sprawdza aparat. Wszystko dzialalo naleycie, tylko baterie byly ju nieco wyczerpane, dlatego pogorszyla si jako odbioru. Powiedzialem pulkownikowi, by si postaral o nowe baterie. Stwierdzil, e si tym zajmie, wloyl plaszcz, mruknl do ony, e idzie na odpraw oficersk i wyszedl. Oboje rozumieli si doskonale i byli do siebie glboko przywizani.


- Zrobi panu herbat - powiedziala z umiechem pulkownikowa - a pan poszuka mi jakiej dobrej muzyki.


Zaczlimy rozmawia o muzyce. Chwalila Chopina, ale jej ulubionym kompozytorem byl Czajkowski. Grala na fortepianie i brak pianina, którego nie mogla z sob przywie, byl dla niej jedn z najwikszych przykroci ycia na Syberii. Patrzylem na jej biale, wskie dlonie i dlugie, wypielgnowane palce.


- Ma pani rce artystki - zdobylem si na odwag.


- Rysowanie - wyznala - jest poza muzyk moim ulubionym zajciem.


Znalazlem tak muzyk, jak chciala, i snula teraz sw opowie przy ciszonym akompaniamencie orkiestry symfonicznej.


Mówila, by wcign mnie w rozmow, by mi ulatwi zwierzenia. Jakby chciala mi powiedzie: ,,Oto moje ycie. Moesz mi ufa i opowiedzie o swoim".


Nie bardzo wiem dlaczego, ale poczlem nabiera przekonania, e mimo stanowiska, jakie zajmuje jej m, oboje s w obozie par wygnaców. Szczególnie ona - mylalem - jest prawie tak samo winiem, jak ja. Znalazla si tu tylko ze wzgldu na ma. Prawdziwym wladc obozu musi by Politruk.


Pijc herbat, sluchalem jej ciszonego glosu. Opowiedziala mi sal sw przeszlo. Pochodzila z rodziny, w której mczyni od pokole obierali sobie wojsko jako karier. Jej ojciec, pulkownik carskiej gwardii, zostal zamordowany przez bolszewików. Mlodszy brat, który byl w korpusie kadetów, gdy wybuchla rewolucja - zmarl od ran odniesionych podczas obrony Instytutu Smolnego. Obie z matk musialy ucieka z rodzinnego domu pod Ninym Nowogorodem. Matka wkrótce umarla i mloda dziewczyna musiala sama radzi sobie w nowej rzeczywistoci. Poszla do pracy. Po jakim czasie, w nagrod za sumienne wykonywanie swych obowizków, otrzymala przydzial na darmowe wczasy do Jalty. Tam poznala Uszakowa. Wywnioskowalem z rozmowy, e byt on jedynym mczyzn w jej yciu.


W stosunku do ma byla bardzo lojalna. Nie powiedziala mi, dlaczego tak nagle odwolano go z Polski. Dowiedzialem si tylko, e zostal najpierw wyslany do Wladywostoku



51 i przez sze miesicy nie dostala od niego adnej wiadomoci. Zaczla go poszukiwa, wykorzystujc swoje stosunki w partii. Powiedziano jej, e Uszakow ma by przydzielony do jednego z obozów na Syberii. Starala si tak dlugo, a uzyskala pozwolenie na wyjazd do ma.


Sluchajc jej opowiadania, próbowalem sobie wytlumaczy, e mam do czynienia z kobiet, która mi niewtpliwie wspólczuje, ale rozmawia ze mn, bo nie ma nikogo, komu moglaby si zwierzy. A jednak mimo tych wtpliwoci uwaalem, e jest inteligentn, wraliw i szczer osob. Ten obóz, w którym z tak widocznym okruciestwem niszczono ycia ludzkie, musial wstrzsn ni do glbi. Nasz lagier nie byl odpowiednim miejscem dla kobiety. Uszakowa byla Rosjank i z pewnoci glboko wierzyla we wspanial przyszlo Rosji. Ale byla te kobiet i nie sdz, by podobalo jej si to, co musiala kadego dnia oglda w obozie.


Nie wiem, dlaczego zaczlem nagle mówi o Ostiakach. Pewnie speszony tym, e mnie tak dobrze rozumie, chcialem przerwa< rozmow o nas samych i znale jaki inny, obojtny temat Do, e powiedzialem Uszakowej o Ostiakach i o tym, jak wy stawiali na noc jedzenie dla ,,nieszczników". Jej jasne, niebieskie oczy zatrzymaly si na moich.


- Czy myli pan kiedykolwiek o ucieczce?


Przerazilo mnie to pytanie i wyczulem w nim wielkie zagroenie. Otworzylem usta, ale nie moglem wymówi slowa. Niezgrabnie, z halasem odstawilem filiank. A ona wci patrzyla na mnie swymi szeroko otwartymi, niebieskimi oczami, w których malowala si szczero.


- Nie odpowiada mi pan. Nie ma pan do mnie zaufania - cignla tym samym spokojnym glosem. - Mylalam, e chce mi pan powiedzie. Ze mn moe pan mówi o tym bez obawy...


Ucieczka, ucieczka... Przejrzala moje myli i wydarla z nich to slowo, oznaczajce niebezpieczestwo, tsknot i nadziej. Tak chcialem jej opowiedzie o mych zuchwalych snach. Ale sploszyla mnie i zmusila do milczenia. Nie moglem mówi...


Wszedl Igor. Wstalem, by wyj. Zmieszany, nieszczliwy, czulem si podle, jak czlowiek, który nie przyjl wycignitej do niego rki przyjaciela. Pulkownikowa chlodno i oficjalnie powiedziala, e mam przyj znowu, jeli aparat bdzie wymaga naprawy.


- Tak, tak. Oczywicie. Jak najchtniej - odrzeklem popiesznie.


Przez kilka nastpnych dni czekalem podenerwowany wezwania do Uszakowowych. W tym czasie poznalem Zygmunta Makowskiego, trzydziestosiedmioletniego kapitana Korpusu Ochrony Pogranicza. Byl to czlowiek mylcy precyzyjnie, z otwart glow, energiczny i w dobrej kondycji fizycznej. Mial wiele cech charakterystycznych dla zawodowego oficera. Zanotowalem go sobie w pamici, tak jak zanotowalem Kolemenosa, nie mówic mu jeszcze nic o moich planach. Nie bardzo wiedzialem, czego mog oczekiwa od Uszakowej, ale liczylem co najmniej na jej dobre rady.


Wezwala mnie wkrótce znowu i gdy krcilem galk aparatu w poszukiwaniu wiadomoci dla moich przyjaciól, zaczla od niechcenia mówi o krótkim syberyjskim lecie. Wtedy si zdecydowalem:


- Przepraszam za moje zachowanie podczas ostatniej wizyty powiedzialem wprost. - Oczywicie, e myl o tych sprawach, ale tu s olbrzymie odlegloci i niezwykle trudny teren, nie mam odpowiedniego ekwipunku na tak wypraw.


- Ma pan dwadziecia pi lat i niepotrzebnie obawial si pan przyzna, e nie chce pan spdzi nastpnych dwudziestu piciu lat w tym obozie. Powinnimy o tym rozmawia. Mnie tu si nie dzieje najgorzej. Mamy wygodne mieszkanie, duo lepsze jedzenie ni winiowie i nieograniczon ilo papierosów. Ale nie umialabym przey tu dwudziestu




52 piciu lat. Na pewno wic myli pan o ucieczce. Czemu nie zrzuci tego ciaru z serca i nie opowiedzie mi o swoich zamiarach?


I tak zaczlimy rozmawia o ucieczce jak o czym zupelnie teoretycznym, jak gdyby dotyczy ona miala jakiej trzeciej osoby.


- Zalómy, e wizie zdolal uciec z obozu - co robi dalej? Jedyn moliwoci dla niego - rozumowalem - byloby ucieka na wschód, jakie tysic kilometrów na Kamczatk, i stamtd szuka drogi do Japonii.


Ale zdaniem pulkownikowej ten plan nie mial szans powodzenia, gdy caly rejon Kamczatki byl szczególnie dokladnie strzeony.


- A gdyby winiowi udalo si dosta do jakiego pocigu idcego na zachód? Moe znalazlby prac w kopalniach uralskich i potem próbowal wydosta si z Rosji.


- Bylyby ogromne trudnoci z podró, z otrzymaniem zezwolenia na prac i innych dokumentów - powiedziala Uszakowa. Tego dnia nie rozwaalimy innych moliwoci. Dopiero jednak lec wieczorem na pryczy, zrozumialem, e jedyna droga ucieczki, o której Uszakowa jak gdyby umylnie nie wspomniala, wiodla na poludnie, w stron Bajkalu. A dokd potem? Afganistan. Ta nazwa brzmiala dla mnie neutralnie i bezpiecznie.


Nastpnym razem zawezwal mnie sam pulkownik. Rzeczywicie nie potrafil sobie poradzi z tym prostym odbiornikiem, co mnie raczej dziwilo, bo byt czlowiekiem inteligentnym. Odnosilem wraenie, e radio napawa go jakim lkiem i wolal, bym to ja krcil za niego galk aparatu. Chcial si dowiedzie, co slycha na wiecie, wic wyszukiwalem mu wiadomoci na rónych stacjach. Tego dnia Uszakow powiedzial mi, e nie wtpi ju w rychle wcignicie Rosji do wojny. Nie sadz, by mu specjalnie na wojnie zalealo, ale widzial w niej najlepsz dla siebie szans wydostania si z Syberii i powrotu do swego rzemiosla - olnierki.


W obecnoci pulkownika nie toczylimy oczywicie fantastycznych rozmów o ucieczce. Wyobraam sobie, jak bylby przeraony, gdyby dowiedzial si, e jego ona w rozmowie z winiem porusza taki temat. Gdy wychodzilem, pulkownik stal przy radiu, a ona odprowadzila mnie do sieni.


- Niech pan si nie martwi - rzekla. - Wszystko bdzie dobrze. Tego wieczora zdecydowalem si zabra Makowskiego na rozmow do latryny.


- Co by powiedzial o ucieczce? - zapytalem.


- Zwariowale? Z czym chcesz ucieka, nawet gdyby udalo ci si wydosta z obozu!


- Mam nadziej na pewn pomoc.


- Jeli sprawa bdzie wygldala powanie, to jestem gotowy si przylczy. Niech szlag trafi ten obóz.


Rola szefa konspiracji sprawiala Uszakowej wyran przyjemno. Do dzi nie wiem, czy naprawd wierzyla, e kiedy rzeczywicie spróbuj uciec. By moe, wszystko to stanowilo tylko intrygujc rozrywk dla inteligentnej kobiety, znudzonej oborowym yciem. Pewnych rzeczy nawet z dzisiejszej perspektywy nie potrafi sobie wytlumaczy.


Abstrakcyjny projekt zaczynal si przyobleka w realne ksztalty. Uszakowa przedstawila mi swój plan przy dwikach jej ulubionej symfonii Czajkowskiego.


- W ucieczce powinna wzi udzial niewielka grupa najsilniejszych i najbardziej zaradnych ludzi. Z dodatkowej racji chleba moe pan zaoszczdzi wier kilograma dziennie. Chleb ten naley suszy na suchary za piecem w warsztacie, .v potem sklada w odpowiednim ukryciu. Ja si zajm uszyciem worków. Bdziecie te potrzebowali skóry na odzie i obuwie. Oficerowie poluj na sobole, a olnierze lapi je w sidla. Futra wieszaj na drutach od strony lasu. Ci, którzy pracuj w lesie, musz bra jedn skór dziennie. Nikt nie zauway jej braku. Niech pan planuje ucieczk na poludnie. Wyruszcie ~i· nocy, kiedy bdzie padal gsty nieg, który szybko zasypie lady.



53 A po chwili dodala, jakby sobie nagle przypomniala:


- Mój m wyjeda niedlugo do Jakucka na jaki kurs dla wyszych oficerów. Nie chcialabym, by co si zdarzylo, gdy obóz jest pod jego dowództwem.


To byla bardzo lojalna ona, pani Uszakowa. Poszedlem natychmiast do Makowskiego.


- Uciekamy - powiedzialem mu. - Moemy liczy na pomoc. - Ilu ludzi chcesz zabra?


- Ze szeciu - odpowiedzialem.


- Dobrze. Znajdziemy ich. Jednego ju teraz mog poleci. Pomylalem o Kolemenosie.


- Ja te mam jednego. Zaczniemy ich zbiera od jutra.




54 IX. Plany ucieczki


- Oto on. - Stojc obok mnie podczas poludniowej przerwy, Makowski wskazal na winia, który trzymal si nieco z dala od reszty. - Przyjrzyj mu si.


Byt to barczysty mczyzna, nawet w bezksztaltnym i obwislym stroju wida bylo jego proste plecy.


- Kto to taki?


- Sam jeste ulan, powiniene pozna typa. Wachmistrz Antoni Paluchowicz. Ma ju po czterdziestce, ale jest silny, zdrowy, wygimnastykowany i zaradny. Dowiadczony pod kadym wzgldem. Poszedlbym z nim na koniec wiata. Zapytamy go?


Zbliylimy si do Paluchowicza, który od razu mi si spodobal. Do projektu ucieczki odniósl si jak olnierz do powierzonego mu zadania. Ucieszyl si przy tym, e te jestem kawalerzyst.


- Nie bdzie latwo, ale razem damy sobie rad - powiedzial. Tego wieczoru zaszedlem z tylu Kolemenosa i dotknlem rk jego ramienia. Odwrócil si i umiechnl:


- A, to znowu ty.


- Kolemenos, uciekam std wraz z grup przyjaciól. Chcesz si do nas dolczy?


Poloyl mi sw cik rk na ramieniu. - Naprawd? Mówisz powanie? Kiwnlem potakujco glow.


- Jak najpowaniej. I to prawdopodobnie ju bardzo niedlugo. Olbrzym umiechnl si radonie.


- Id z wami - powiedzial i zamial si glono, po czym klepnl mnie w plecy. - Móglbym ci nawet nie, gdyby zaszla potrzeba. Jeli moglimy przej cal drog z Irkucka, wiszc na tych przekltych lacuchach, to bez nich zajdziemy znacznie dalej.


Bylo nas wic ju czterech. Poczlimy robi plany w przekonaniu, e naley si pieszy. Koczyl si marzec i czulem, e nie zostalo nam wiele czasu. Zaczlimy wszystko bacznie obserwowa. Zauwaylimy na przyklad, e wyruszenie patrolu z psami policyjnymi jest zawsze poprzedzane zazdrosnym szczekaniem i wyciem trzymanych w tej samej psiarni psów uywanych do sanek. Ten sygnal rozlegal si co dwie godziny. Odkrylimy równie, e patrole kr wokól obozu w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara, rozpoczynajc sw tras od poludniowej czci obozu.


Postanowilimy wic ucieka przez zasieki otaczajce obóz od poludnia. Trzeba si bylo przeprowadzi do ostatniego baraku poloonego w tej czci obozu. Przekupstwem lub probami zdobywalimy tam kolejne prycze.


Paluchowicz wynalazl Eugeniusza Zaro, trzydziestoletniego urzdnika z Balkanów, Jugoslowianina.


- Troch miechu nie zawadzi w takiej wyprawie - powiedzial nam wachmistrz. - Jeli wemiemy Zar, bdzie nam przynajmniej wesolo.


We trzech z Makowskim i Paluchowiczem, niczym komisja kwalifikacyjna, obserwowalimy nowego kandydata, gdy stal w kolejce po jedzenie. Byl to dobrze zbudowany, ale raczej niski mczyzna o czarnych, rozemianych oczach. Z kpiarskim wyrazem twarzy opowiadal co swoim towarzyszom, którzy co chwila wybuchali miechem.


- Ten mi si podoba - zawyrokowalem. - Zabierzemy go.


- Zawsze marzylem o podróach, a ta zapowiada si ciekawie - owiadczyl Zaro, gdy mu wyloylem z grubsza nasz plan.


- To mae by najgorsza podró w paskim yciu - powiedzialem.


- Wiem - odparl - ale id z wami. I dodal po chwili:



55 - Rosjanie w tym obozie nie maj za grosz poczucia humoru. Im prdzej ich opuszcz, tym lepiej dla mnie.


Tak wic Eugeniusz Zaro przystal do konspiracji, i razem z nim bylo nas ju piciu. Zastanawialimy si, czyby nie ucieka w dziesiciu, rozbi si na dwie grupy i w ten sposób utrudni pocig.


Ale zebra dziesiciu chtnych wcale nie byto latwo. Dwóch, jak mi si wydawalo odpowiednich kandydatów, kolegów z warsztatu, przerazilo si samego slowa ,,ucieczka". Po co w ogóle porusza takie niebezpieczne tematy, kiedy wiadomo, e próba ucieczki to samobójstwo. Byli zadowoleni ze swej nowej sytuacji w obozie. Kilogram chleba dziennie i dodatkowa porcja tytoniu wydawaly im si bogactwem, którego nie chcieli ryzykowa. Wycofalem si, przyznajc im racj, e to rzeczywicie glupi pomysl, który tak jako przyszedl mi do glowy.


Niezraony niepowodzeniem nadal suszylem chleb za piecem i odkladalem gotowe suchary do skrytki pod stosem nie nadajcych si do uytku nart.


Szóstego kandydata przyprowadzil Kolemenos. Byt to Zachariasz Marcinkovas, dwudziestoomioletni Litwin, architekt z zawodu, rosly mczyzna o ywych, piwnych oczach. Zaimponowal mi jego styl. Rozwayl bezwzgldnie, na zimno wszystkie nieszczcia, które mogly si nam przytrafi, po czym doszedl do wniosku, e jeli istnieje nawet najmniejsza szansa powodzenia, to warto zaryzykowa. To byl obiecujcy nabytek.


Podczas jednej z szeptem odbywanych narad Paluchowicz wspomnial o jakim Schmidcie. Pomylalem, e to który z tych nadwolaskich zrusyfikowanych Niemców, których grup dolczono do naszego transportu w Ufie na Uralu. Byli to wlaciwie Rosjanie o niemieckich nazwiskach, wywodzili si od niemieckich rzemielników sprowadzonych do Rosji jeszcze przez Piotra Wielkiego.


- Czy jest Niemcem? - zapytalem.


- Nazywa si Schmidt, ale nie wiem, czy jest Niemcem - odrzekl wachmistrz Paluchowicz. - Mówi plynnie po rosyjsku. Cigle o czym myli i trzyma si z daleka od innych. Doradzil mi w paru sprawach, a jego rady okazaly si trafne. Polecam go.


Postanowilimy z Makowskim obejrze tego Schmidta.


- Poka go jutro panom - powiedzial wachmistrz z umiechem.


Nastpnego wieczoru, gdy Schmidt zblial si do okna, przez które wydawano kaw, Paluchowicz wskazal go nam skinieniem glowy. Byl to barczysty mczyzna o zgrabnej sylwetce, ale na pierwszy rzut oka wydal mi si zbyt stary na to, by mógl przetrzyma trudy wyprawy. ,,Co najmniej pidziesitka" - pomylalem, patrzc na jego wlosy, cho gste, ale wyranie ju siwiejce. Paluchowicz musial go uprzedzi o spotkaniu, gdy Schmidt nie okazal adnego zdziwienia, gdy zbliywszy si, powiedzialem, e chcemy z nim porozmawia.


Zagadnlem go po rosyjsku i odpowiedzial w tym samym jzyku:


- Idcie w stron baraku, ja pójd za wami.


Ruszylimy naprzód. Dolczyl do nas, trzymajc kubek kawy w rku, gdy ju bylimy oddaleni od tlumu winiów.


- Panowie pozwol, nazywam si Smith - powiedzial, spojrzawszy na nas z umiechem. - O ile mi wiadomo, panowie chc mi co zaproponowa.


Obaj z Makowskim otworzylimy szeroko usta ze zdziwienia. - Smith? - powtórzylimy jednoczenie jego nazwisko.


- Tak, Mister Smith. Jestem Amerykaninem. Czy panów to dziwi? - rzekl wyranie ubawiony naszym zdumieniem. Nie moglimy uwierzy wlasnym uszom, szczególnie, e po rosyjsku mówil doskonale, bez ladu cudzoziemskiego akcentu.


- Przepraszam - powiedzialem wreszcie - ale jakim sposobem pan si tu dostal?



56 - Jak ju panom wspomnialem, jestem Amerykaninem. Jako inynier zostalem wraz z grup pidziesiciu specjalistów amerykaskich zaangaowany przez rzd sowiecki do budowy moskiewskiej kolejki podziemnej. Bylo to przed dziewiciu czy dziesiciu laty. W 1936 roku Rosjanie doszli do wniosku, e jestem zawodowym szpiegiem, aresztowali mnie i skazali na dwadziecia lat.


Mówil spokojnie, pewnie, moe troch zbyt mentorskim tonem. Przerwal sw opowie i skoczyl kaw.


- Odnios kubek, a potem wrócimy razem do baraku - powiedzial i odszedl w kierunku kuchni, pozostawiajc nas w kompletnym oslupieniu.


Cala lawa wyrzucona z europejskiego wulkanu: Polacy, Ukraicy, Lotysze, Estoczycy, Czesi, Finowie - owszem, tych wszystkich mona bylo spotka w sowieckim lagrze. Ale Amerykanin...


-Jeli poszperamy jeszcze troch, to pewnie znajdziemy Anglików i Francuzów - zaartowal wreszcie Makowski. Zbliyl si Paluchowicz.


- I co panowie o nim myl? - zapytal.


Makowski wzruszyl ramionami, wci obserwujc Smitha, który oddawszy kubek, powracal wlanie w nasz stron.


- Okazuje si, e to nie Herr Schmidt, tylko Mister Smith... Paluchowicz zmarszczyl brwi ze zdziwienia.


- I ten Mister Smith, panie wachmistrzu, jest Amerykaninem - dokoczyl Makowski.


Tego bylo ju za duo biednemu Paluchowiczowi. Otworzyl usta, by co powiedzie, ale zamilkl.


Idc we czterech powoli w stron baraków, poinformowalimy si wzajemnie o cicych na nas wyrokach. Etykieta obozowa wymagala, by przy przedstawianiu si pyta nowego znajomego: ,,A ile lat pan dostal?". Smith, przestrzegajc obowizujcych manier, zadal nam po kolei to pytanie.


Bylo to na pocztku kwietnia, kiedy obaj z Makowskim mielimy ju prycze w ostatnim baraku, blisko drzwi. Kolemenos te zdobyl miejsce w tym baraku, a pozostali liczyli, e przeprowadz si wkrótce. Poegnawszy Paluchowicza, zaprosilimy Smitha do nas. Usiedlimy na dolnej pryczy Makowskiego i ostronie wyluszczylem mu nasz plan. Powiedzialem, e mam podstawy, by twierdzi, i tylko daleka droga na poludnie daje jakie szanse ucieczki, cho s inni, którzy nie chc si rozsta z myl o Kamczatce.


Nie pieszyl si z odpowiedzi. Zadal mi kilka sensownych pyta i pogryl si w rozmylaniach, a my siedzielimy w milczeniu.


- Prosz panów - odezwal si wreszcie. - Chtnie Wezm udzial w waszej wyprawie i zgadzam si, e droga na poludnie jest najlepsza. Moecie na mnie liczy.


Tego wieczora dlugo jeszcze rozmawialimy ze Smithem. Wszystkie nasze przeycia i dowiadczenia z Rosjanami byly mniej wicej podobne - jego byly inne. Byl z innego wiata i to nas intrygowalo. Opowiedzial nam wiele, prócz jednego szczególu: ani wtedy, ani potem nie powiedzial nam jak ma na imi. W rozmowach midzy sob szybko zaczlimy si poslugiwa imionami - Amerykanin pozostal dla nas zawsze Smithem, czasem Mister Smithem, przy czym to ,,Mister" bylo jakby namiastk imienia.


Jego twarz przecinala dluga, sina blizna, która z prawa do lewa szla od wierzcholka glowy a po szyj. Byla to, jak nam powiedzial, pamitka po wypadku, gdy na budowie moskiewskiego metra zawalilo si rusztowanie.


- Pomijajc ten wypadek, przez kilka lat dobrze mi si wiodlo w Moskwie. Praca byla ciekawa, wynagrodzenie wysokie i z Rosjanami pracowalo si niele. Mieli swoich wykwalifikowanych inynierów, ale kluczowe stanowiska oddawali cudzoziemcom. Sdz, e budowa metra byla dla nich spraw prestiu. Zatrudniajc cudzoziemców, mogli, w razie



57 niepowodzenia, zwali na nich win. Nie zastanawialem si jednak wówczas nad tym. Bylem w Rosji, któr zawsze chcialem zobaczy, i mialem duo pienidzy.


W Moskwie opanowanej mani ,,piatilietek" Smith i jego towarzysze mieszkajcy w wygodnych apartamentach i z kieszeniami wypchanymi pienidzmi, za które mogli kupowa najbardziej luksusowe artykuly w sklepach niedostpnych dla zwyklych obywateli, musieli zwraca na siebie uwag. Smith mial poza tym samochód, którym swobodnie podróowal po okolicy, co na pewno bylo skrztnie notowane w kartotekach slub bezpieczestwa. Jego narzeczon byla Rosjanka, a to równie nie moglo si podoba wspomnianym slubom. Ale pozwalali mu pracowa i bawi si po pracy.


- Nie mialem pojcia, e zblia si koniec - kontynuowal sw opowie. - Po roku Rosjanie, bez najmniejszych stara z mojej strony, podwoili mi pensj, której wysoko ustalona byla kontraktem. Mial to by dowód uznania za stale postpy w budowie metra. Od tego momentu poczulem si zupelnie bezpieczny.


Której nocy w 1936 roku Smith byl u siebie razem z dziewczyn, kiedy niespodziewanie zapukali funkcjonariusze NKWD.


Zachowywali si spokojnie i cicho, ale zdecydowanie. Aresztowali ich oboje i Smith nie ujrzal ju nigdy swej przyjaciólki. Lokatorzy budynku z pewnoci nawet niczego nie zauwayli. wit zastal go w celi na Lubiance, która na nastpne sze miesicy stala si jego domem. Nikt nie zwracal uwagi na jego dania, by pozwolono mu skontaktowa si z ambasad amerykask.


- Co za odmiana - cignl Smith. - Jednego dnia cieszcy si uznaniem inynier, drugiego - zawodowy szpieg. Okazalo si, e nie tylko ledzili mnie, ale i otwierali moj prywatn korespondencj. Oskarono mnie glównie o to, e w listach do rodziny w Stanach przekazywalem informacje o sytuacji w Rosji. Tajna rozprawa byla fars. Jak wam ju powiedzialem, dali mi dwadziecia lat. Skonfiskowali samochód i wszystkie moje rzeczy. W ten sposób wyrównali sobie pewnie cz strat poniesionych przez podwyk mojej pensji. Zostalem wyslany na Ural do kopalni diamentów. Zaproponowalem tam, e zmodernizuj funkcjonowanie kopalni tak, e zwikszy si wydobycie i ogólna efektywno. Ale mój projekt bynajmniej nie zainteresowal komunistów. Woleli uywa mnie do pracy fizycznej.


- Czy mylal pan kiedy o ucieczce? - przerwal Makowski.


- Mylalem o tym od chwili, gdy si znalazlem na Uralu. Doszedlem jednak do wniosku, e w pojedynk nie mam szans. Poczl nas potem pyta o najdrobniejsze szczególy planu, chcial mie dokladny obraz naszych zamierze. Chcial te wiedzie, czy si orientujemy w odleglociach, czy zdajemy sobie spraw, e tylko do granicy z Mongoli trzeba bdzie przej piechot jakie póltora tysica kilometrów.


Podczas calej naszej rozmowy, prowadzonej prawie szeptem, w baraku numer 1 toczylo si normalne ycie. Ludzie wchodzili ~ wychodzili, strzepywali nieg z butów, nawolywali kolegów, grzali si grupkami przy trzech rozpalonych do czerwonoci piecach. Powiedzialem, e pomoemy mu w przeprowadzce do naszego baraku, i przypomnialem, e naley si pieszy. Smith zgodzil si ze mn, e ucieczka na poludnie wydaje si najrozsdniejsza, poegnal si zamylony i wyszedl.


Nasi koledzy chtnie przyjli tego siódmego i ostatniego uczestnika spisku. Bralimy pod uwag take praktyczne wzgldy, wiedzc, e jego znajomo jzyka angielskiego przyda si nam, gdy dotrzemy do pastw anglojzycznych.


- Chcialbym pojecha z panem do Ameryki, gdy znajdziemy si ju na wolnoci - powiedzial mu Zaro.


- Chtnie bym was wszystkich zobaczyl w Ameryce - odparl Smith.


Pod koniec pierwszego tygodnia kwietnia mieszkalimy ju wszyscy w tym samym baraku, co nalealo uzna za wstpny sukces organizacyjny. Zgromadzilimy te duy zapas



58 skór, a wlaciwie to zgromadzil je Kolemenos. Dwigajc z lasu drzewo brzozowe do warsztatu narciarskiego, po drodze podbieral suszce si na drutach skórki. Na kamieniu szlifierskim w warsztacie splaszczylem i wyostrzylem pitnastocentymetrowy gwód. W ten sposób uzyskalimy narzdzie do krojenia twardych skór i przekluwania w nich otworów. Nasza kolekcja futer skladala si z soboli, gronostajów, lisów syberyjskich i - rzecz najcenniejsza - ze skóry jelenia, którego ustrzelil na miso jaki oficer sowiecki. Z tej skóry wycilimy dlugie rzemienie do wizania prostych mokasynów, które fasonowalimy po ciemku w baraku. Ze splecionych rzemieni porobilimy paski. Uszylimy te sobie futrzane kamizelki, które nosilimy, wlosiem do wewntrz, pod fufajkami. Dla ochrony nóg sporzdzilimy co w rodzaju futrzanych sztylp.


W tym okresie opanowal nas lk przed zdrad. Nasze gorczkowe przygotowania poczly zwraca uwag. Ewentualny donosiciel zostalby sowicie wynagrodzony przez Rosjan chlebem i tytoniem, ale nie znalazl si aden Judasz. Ci, którzy podejrzewali nasze zamiary, uwaali nas prawdopodobnie za glupców zmierzajcych do nieuchronnej tragedii, i zostawiali nas w spokoju. Mniej baczni obserwatorzy nie widzieli nic zlego w tym, e szyjemy sobie dodatkow odzie z kradzionych Rosjanom skórek. W baraku staralimy si zreszt trzyma osobno i strategiczne plany powstawaly glównie w drodze do latryny.


Powiedzialem Uszakowej, e znalazlem szeciu przyjaciól. Nie pytala, kim s, i chyba nie chciala wiedzie. Dostalem od niej bezcenny podarunek - ostrze siekiery.


- Bd to miala zawsze na sumieniu - powiedziala. - Pierwsza kradzie w moim yciu.


Dorobilem rkoje i gotow siekier dalem Kolemenosowi, który dla bezpieczestwa nosil j stale pod ubraniem.


Inne niezbdne narzdzie zrobilem w warsztacie. Byt to solidny nó dlugoci trzydziestu centymetrów, o ostrzu szerokoci omiu centymetrów. Zrobilem go z kawalka zlamanej pity, który rozgrzalem w warsztatowym piecu i wykulem w ksztalcie noa, a potem wyostrzylem na kamieniu szlifierskim. Rkoje stanowily dwa kawalki odpowiednio uksztaltowanego drewna, mocno oplecione rzemieniem ze skóry jelenia. Tak jak Kolemenos siekier, ja zaopiekowalem si noem. Posiadanie w obozie noa czy siekiery byto rzecz bardzo niebezpieczn. Odkrycie którego z tych przedmiotów zniszczyloby caly nasz plan.


Rozniecenie ognia nie stanowilo dla nas problemu. Zapalki byly oczywicie luksusem, ale w lesie bez trudu mona bylo znale drzewa poronite hub. Hub odrywalo si od pni, nastpnie gotowalo i suszylo. Potrzebny byl jeszcze kawalek krzemienia i zgity gwód. Hubka latwo chwytala skrzesan iskr i poczynala si tli, wówczas nalealo dmucha, a pojawil si plomyk. Wszyscy stalimy si specjalistami w rozpalaniu ognia za pomoc tego prymitywnego krzesiwa.


Dowiedzielimy si w obozie o nadchodzcej Wielkanocy, która w 1941 roku przypadala na 13 kwietnia, co oczywicie sprawdzilem znacznie póniej. W Niedziel Palmow, czyli 6 kwietnia, ukoczylimy ostatecznie wszystkie przygotowania. Nasz odzie uzupelnilimy siedmioma futrzanymi czapami, których dlugie klapy zakrywajce karki mona bylo schowa pod kolnierzami bluz. Gotowi do drogi, podnieceni, martwilimy si tylko o nasz bezcenny ekwipunek: siekier, nó, suchary, skóry - eby w ostatniej chwili kto nam czego nie ukradl.


Tego dnia wezwala mnie do siebie Uszakowa.


- Ma nie byto dzi rano na przegldzie - powiedziala - bo wyjechal do Jakucka. Uszylam siedem worków, które musi pan std zabra - po jednym za kadym razem.


Byla calkowicie spokojna i opanowana, ale mnie serce walilo z niepokoju. Worek, który mi podala, nie byl pusty, i zaczlem si z przeraeniem zastanawia, jak zdolamy go ukry. Wepchnlem tlumok pod bluz, zgniotlem pod pach, wcisnlem rce glboko w kieszenie i zgarbiwszy si jak czlowiek pograny w mylach, poszedlem do baraku. T



59 niebezpieczn i ryzykown drog musialem w cigu kilku dni powtórzy szeciokrotnie, majc wiadomo, e odkrycie mnie przez Rosjan oznacza zupeln katastrof. Worki uloylimy na pryczach na ksztalt poduszek, pokrywajc je kawalkami skóry i mchem. Kiedy przebywalimy poza barakiem, pocilimy si ze strachu, e je kto odkryje.


W cigu tych ostatnich dni zdobylimy te zniszczon wojskow baranic. Opowiedzialem kolegom o starej sztuczce klusowników -skóra barania wleczona po ladzie zaglusza ludzki zapach i myli tropice psy. Postanowilimy sami wypróbowa ten fortel. Obserwowalimy te bacznie warunki atmosferyczne, które w naszych planach odgrywaly decydujc rol. Pragnlimy oczywicie niegu, wielkich platów gsto padajcego niegu, w którym bylibymy niewidoczni. Poniedzialek byl zimny i pogodny. We wtorek wiatr dmuchal niegiem pomieszanym z lodowatym deszczem. W poludnie w rod olowiane chmury zwisajce z niskiego pulapu nieba napelnily nasze serca nadziej. Zaczl pada coraz gstszy nieg. Na pasie bezpieczestwa, cigncym si wzdlu zwojów drutu kolczastego, utworzyly si zaspy. Wczesnym popoludniem nasza siódemka odbyla krótk narad. Padlo slowo - ,,dzisiaj". Okolo czwartej po poludniu wyszedlem, ju po raz ostatni, z warsztatu. Moja fufajka pkala od ukrytych pod ni zapasów chleba. Nó mialem zatknity za cholewk prawego buta. Wypilimy wieczorn kaw, przegryzajc chlebem, i pojedynczo lub parami udalimy si do baraku.


Czsto wychodzilimy do latryny, by ustali ostatnie szczególy. Smith namawial, by si nie pieszy, lecz czeka, a obóz si uspokoi i pogry we nie. ,,Jeli mamy postpowa rozsdnie, powinnimy wyruszy o pólnocy. Tymczasem zachowajmy absolutny spokój". - Tak radzil Smith. A na zewntrz padaly wielkie plotki blogoslawionego niegu, pokrywajc wszystko gst wat.


Tylko Zaro mógl wpa na ten nieprzytomny pomysl, by akurat tego wieczoru i na cotygodniow pogadank Politruka. W pierwszej chwili zaczlimy si mia, ale Makowski zapytal: - A wlaciwie dlaczego nie?


W rezultacie poszlimy cal siódemk, zostawiajc w baraku nasze cenne worki, ukryte na pryczach pod mchem, i glboko przekonani, e tej nocy wszystko musi si uda. Rozsiedlimy si w ostatnim rzdzie, odpowiadajc umiechami na yczliwe powitanie lekko zdziwionego Politruka.


Nigdy na adnym zebraniu politycznym nie bylem tak podekscytowany jak tego wieczoru, cho oczywicie zasluga prelegenta nie byla tu wielka. Politruk - pod nieobecno Uszakowa najwyszy stopniem oficer w obozie - byl w doskonalej formie. Uslyszelimy po raz kolejny, jak wspanialym tworem jest pastwo sowieckie, uslyszelimy o pracy jako jedynym mierniku wartoci, o samodyscyplinie jako fundamencie ladu spolecznego i o niemiertelnoci idealów komunizmu i internacjonalizmu. ,,A co powiedzial towarzysz Stalin, przyjmujc delegacj kolchoników w 1938 roku?" Jaki pilny olnierz, prymus, zerwal si na baczno i doslownie zacytowal z pamici kilka zda z tej wiekopomnej mowy. Ku naszej uciesze Politruk dal nam na poegnanie wszystko - i zastrzyk sowieckiej kultury, i caly wyklad na temat kapitalistycznej dekadencji oraz rozkladu zachodniego wiata. Odsiedzielimy na pogadance dobre póltorej godziny.


- Dobranoc towarzyszu pulkowniku - zawolalimy chórem. - Dobranoc - odpowiedzial Politruk.


Gdy wrócilimy, w naszym baraku ludzie zaczynali si uklada do snu. Smith i Zaro, którzy zajmowali miejsca najblisze drzwi, mieli da nam sygnal. Rozeszlimy si - kady do swej pryczy, by si poloy i czeka. Oczywicie nikt nie usnl, z wyjtkiem Kolemenosa, który na pryczy pode mn zaczl spokojnie chrapa.


Lealem zatopiony w mylach i wsluchany w bicie mego serca. Mylalem o Uszakowej i o tym, e si z ni nie poegnalem. Ale ona na pewno nie chciala adnych



60 poegna. Barak coraz bardziej pogral si we nie. Niedaleko mnie kto chrapal straszliwie, kto inny belkotal co przez sen. Jaki wizie z pryczy najbliej pieca wstal pólprzytomny i dorzucil drzewa do ognia.


Wreszcie poczulem delikatne szturchnicie w rami. - Ruszamy - szepnl Smith.


Ostronie poruszylem Kolemenosa. - Ruszamy - powtórzylem.




61 X. ,,Siódemka" przekracza Len


Pocigalimy z pryczy nasze worki, które dziki przyszytym rzemieniom moglimy nosi jak plecaki. Mech, pod którym worki byty ukryte, uformowalimy na ksztalt poduszek.


- Wszystko w porzdku? - zapytalem ciszonym glosem. - Tak - odpowiedzieli szeptem.


- Czy kto chce si wycofa? Nie bylo odpowiedzi.


- Idziemy - zakomenderowal Makowski.


Poloylem swój worek tu obok drzwi i wyszedlem na dwór. Obóz zalegala cisza. nieg sypal tak gsto, e nie moglem dojrze nawet najbliszych drutów. Widoczno z poludniowo-wschodniej wiey straniczej, która stanowila dla nas najwiksze niebezpieczestwo, z pewnoci nie przekraczala dwudziestu metrów. Powinnimy si cieszy, e w tej dziczy pozbawionej kanalizacji i elektrycznoci nie moglo te by reflektorów.


Od drzwi baraku do wewntrznych zasieków z drutu kolczastego dzielilo nas jakie sto metrów. Zauwaylimy przedtem, e pod wplywem mrozu zwoje drutu sztywniej i przez to nie przylegaj do nierównego terenu tak, jak powinny. Naprzeciw naszego baraku utworzyl si midzy drutem a plytkim, zasypanym niegiem dolkiem pólmetrowy przewit. Trzeba si bylo tylko tamtdy przeczolga. Od tego zalealo powodzenie pierwszej fazy naszej operacji.


Jeden po drugim w odstpach 60 sekund ruszalimy w stron zasieków. Pierwszy pobiegl Zaro, a ja modlilem si, by od razu trafil na upatrzone przejcie. Drugi byl Litwin. Po nim Smith. Nastpnie Makowski i Paluchowicz.


- Mam nadziej, e ju wystarczajco poszerzyli t cholern dziur, ebym i ja przelazl - szepn) do mnie Kolemenos i znikl w ciemnociach, dwigajc worek, który zgodnie z planem mial popycha przed sob, czolgajc si pod drutem. Teraz przyszla kolej na mnie. Poczulem, jak wilgotniej mi dlonie. Rozejrzalem si szybko dokola. Barak byl pogrony we nie. Ruszylem naprzód.


Gdy dopadlem zasieków, dwóch z naszych bylo ju po tamtej stronie. Smith czolgal si powoli pod drutem. Pozostali skulili si i czekali swojej kolejki. Mijaly minuty straszliwego napicia, gdy wachmistrz, a potem Makowski, wijc si i stkajc, rozplaszczeni na niegu pelzli pod przeszkod. Wreszcie do przodu przesunlo si potne cielsko Kolemenosa, a ja wstrzymalem oddech. Byl ju w polowie drogi, gdy bluza midzy lopatkami zaczepila si o kolce drutów. Lotysz szarpnl si ostronie raz i drugi. Z napronych zwojów drutu posypaly si mole sople, dwiczc jak dzwonki.


- Le spokojnie, Anastazy - szepnlem. - Nie ruszaj si.


Kto z przeciwnej strony zasieków wycignl worek Kolemenosa i staral si dosign jego pleców, by uwolni go z pulapki. Uplywala minuta za minut. Czulem, e mam mocno zacinite szczki. Staralem si liczy na palcach sekundy. Kolemenos leal bez ruchu, a czyja rka bezskutecznie próbowala go odczepi. Uslyszalem wreszcie jaki glos z drugiej strony. Kolemenos drgnl i poczolgal si naprzód. Odetchnlem glboko i ruszylem za nim. Pierwsza przeszkoda zostala pokonana. Kosztowala nas pelne dwadziecia minut.


Przycupnlimy nad brzegiem suchej fosy i spogldalimy na wysok palisad, widniejc po drugiej stronie. Kolemenos zeliznl si w dól i stanl pod przeciwlegl, strom cian, mocno zapierajc si nogami w niegu. Splótl przed sob opuszczone rce, tworzc co w rodzaju strzemienia. Po chwili byl gotowy do spelnienia roli ywej odskoczni. Zsunlimy si na dno rowu. Kady, kolejno podchodzi) do Kolemenosa, opieral nog na jego splecionych dloniach, po czym olbrzym windowa) go w gór, a delikwent bez trudu



62 mógl wspi si na wsk krawd fosy u stóp czterometrowej palisady. Na koniec kilka cennych minut zajlo nam wyciganie samego Kolemenosa. Wreszcie jednak wszyscy znalelimy si u podnóa palisady.


Stojc na ramionach Lotysza, moglimy sign szczytu ogrodzenia. Kto wcignl si na gór, mocno instalowal si na poprzecznych palach i pomagal nastpnemu. Wywindowanie naszego olbrzyma bylo najtrudniejszym zadaniem. Usiedlimy z Makowskim okrakiem na palisadzie, mocno trzymajc si nogami, pochylilimy si maksymalnie i wycignli rce w dól. Kady mial chwyci jedn rk Kolemenosa. Trzy razy ju go prawie mielimy, brakowalo kilku centymetrów, eby mógl sam uchwyci si górnej krawdzi ogrodzenia, i za kadym razem wylizgiwal si nam z rk. Bliscy rozpaczy, drc z wyczerpania, po chwili przerwy spróbowalimy znowu. Tym razem czepiajc si palcami drewna, znalazl wreszcie jaki uchwyt. Nasz wysilek wsparl sw potn sil. Po chwili byl ju na górze.


Skakalimy z palisady w dól, ponad zewntrznymi zasiekami, ldujc jak popadio w glbokim niegu. Kto le wymierzyl skok i zaczepil o kolce drutu, doznajc lekkich zadrapa.


Znalelimy si teraz midzy dwiema palisadami, w korytarzu, którym kryly patrole. Czasu byto coraz mniej. Czulem, e jeli uslysz szczekanie psów uywanych do sanek, zaczn wymiotowa.


Przebieglimy kilka metrów dzielcych nas od nastpnego ogrodzenia i tym razem pomoglimy najpierw wydwign si Kolemenosowi. Zachowywalimy si prawdopodobnie do cicho, ale wydawalo mi si, e robimy ogluszajcy halas. Wspinalem si ostatni. Kolemenos chwycil mnie i wcignl na palisad. Jak oszalali skakalimy jeden przez drugiego nad ostatnimi zasiekami, rozcignitymi u podnóa zewntrznej palisady. Prawie bez tchu zerwalimy si ze niegu i sprawdziwszy, e wszyscy s po drugiej stronie, poczlimy biec. Do pasa mialem przytwierdzon baranic umocowan na dlugim sznurku, którego koniec przywizany byl do przegubu rki. Rzucilem j i poslyszalem, jak sunie za mn po niegu.


Dyszc, krztuszc si i sapic, bieglimy w stron majaczcej przed nami, pokrytej bial szat tajgi. Kto potknl si i musielimy podnie go na nogi. Z tego pierwszego, optaczego biegu przeszlimy stopniowo w wolny klus. Minl wit i nastal dzie, a my wci bieglimy na poludnie. Gdy tylko kto stawal dla od


zyskania oddechu, zmuszalem go do dalszego biegu. Zatrzymalimy si dopiero okolo jedenastej rano, gdy nikt ju nie mógl zrobi nastpnego kroku. Spojrzelimy na siebie. Paluchowicz zgil si w pól, oparl rce na kolanach i dyszal ciko, lapic powietrze. Dwóch skulonych przykucnlo w niegu. Wszyscy mieli szeroko otwarte usta i dyszeli jak psy, wysunwszy wyschnite jzyki.


Znajdowalimy si na skraju plytkiej niecki, z rzadka poronitej drzewami. Potykajc si, zbieglimy w dól, ale nie bylimy ju w stanie wspi si na przeciwlegle, lagodne wzniesienie.


Odpoczywalimy z dziesi minut, zbyt zdyszani, by móc rozmawia, i mimo silnego mrozu pokryci potem. nieg wci sypal, cho ju nie tak gsto. Od wyjcego wród drzew wiatru uginaly si, trzeszczc, galzie. Jak zaszczute zwierzta wytalimy sluch, starajc si uchwyci odglosy pocigu. Jedna myl nas przeladowala - psy. Ale slycha bylo tylko szum wiatru i rozkolysanych drzew. Lewa strona wzniesienia poronita byla gciejszym lasem.


- Chodmy tam - odezwalem si wreszcie. - Znajdziemy schronienie przed wiatrem i bdziemy lepiej ukryci.


Wszyscy z wyjtkiem Smitha zaczli stka i protestowa. - Rawicz ma racj - poparl mnie Smith.



63 Zaczlimy wic mozolnie wspina si pod gór i wkrótce zatrzymalimy si pod potnym, rozloystym drzewem. Tu kolo pnia oczycilimy niewielk przestrze i otoczylimy j nisk, solidn cian ze niegu. Kolemenos narbal siekier galzi, którymi pokrylimy od góry nasz budowl. Po przysypaniu niegiem - dach byl gotów. W surowych warunkach syberyjskiego ycia nauczylimy si, e pierwsz zasad jest chroni si przed morderczym wiatrem. Powiedzial mi kiedy mój stary Ostiak:


- nieg? A któby si martwil niegiem. Wystarczy si nim tylko dobrze otuli i i spa. Cieplo jak pod pierzyn.


Podczas tego postoju zajrzelimy po raz pierwszy do naszych worków. Kady z nas znalazl plaski bochenek chleba, troch mki, trzy kilo kaszy, nieco soli, spor porcj tytoniu i star gazet. Prócz tego mielimy jeszcze chleb wysuszony przeze mnie. Do worka kady mial przypite zapasowe mokasyny i nie zuyte kawalki skóry. Wczolgalimy si do naszego nienego szalasu i zaczlimy pólglosem rozmawia. Odbylimy narad na temat palenia. Ostatecznie doszlimy do wniosku, e ryzyko jest minimalne, a papierosy na pewno uspokoj nasze nerwy. Zapalilimy wic i szalas wypelnily cieple, niebieskie klby dymu.


O ognisku nie moglo by mowy, bo bylimy jeszcze zbyt blisko obozu. Zglodniali, zabralimy si wic do chleba. Wtedy to wlanie dowiedzialem si, e biedny wachmistrz Paluchowicz nie mial ani jednego zba. Jedzenie suchego chleba byloby dla niego zbyt bolesnym przedsiwziciem. Poniewa nie mial wody, by rozmoczy chleb, dlugo ugniatal go w niegu.


- Mialem nowiutkie sztuczne szczki - mówi) - gdy mnie schwytali pod Bialymstokiem. Potem te dranie z NKWD wybili mi je z ust i stlukli o podlog. miali si ze swego dowcipu, ale mnie nie bylo do miechu, gdy jadlem wizienny chleb golymi dzislami. Jak tylko znajdziemy si na wolnoci, to pierwsza rzecz - sprawi sobie nowe zby.


Postanowilimy przespa kilka godzin, które pozostaly do zmierzchu, wystawiajc, na zmian, jednego na stray. Kolemenos usnl jak zmczone dziecko, chrapal lagodnie i melodyjnie. Gdy przyszla na niego kolej, nie mielimy sumienia go budzi. Tu po zapadniciu zmierzchu pobudk oglosil Marcinkovas. Kady zjadl troch chleba, wypalil papierosa i kolejno wyczolgalimy si z szalasu. nieg prawie przestal sypa, ale wzmógl si wiatr. Zdrtwiali i obolali odczuwalimy dotkliwe zimno.


Kady rozumial, e przede wszystkim trzeba si jak najszybciej oddali od obozu. Przez cal drug noc bieglimy lub szlimy na przemian. Po jakiej godzinie przeszlo mi zdrtwienie, ale odezwal si nowy ból, wywolany obijaniem si worka o plecy. Przesuwalem go wic od czasu do czasu na piersi. Kolemenosowi za zatknita za pasem siekiera obcierala skór na biodrach, wloyl wic siekier pod pach. Nigdy nie bylo zupelnie ciemno, ale posuwanie si naprzód utrudnial nieg, nieraz glboki na metr, oraz falisto pokrytego gstym lasem terenu. Nad ranem przeszlimy zmarznity strumie o spadzistych brzegach i rozbilimy biwak w lesie po drugiej stronie.


Przez pierwsze cztery czy pi dni posuwalimy si tylko w nocy, wypoczywajc w cigu dnia. Nie dostrzeglimy adnych znaków pocigu. nieg pierwszej nocy musial zupelnie przykry lady. Doszlimy wic do wniosku, e Rosjanie zorganizowali pocig w kierunku wschodnim, który wydawal si najlatwiejsz i najbardziej prawdopodobn drog ucieczki. Tote gratulowalimy sobie, jeszcze do ostronie, decyzji ucieczki na poludnie. Odtd maszerowalimy za dnia, idc rozcignit tyralier. Robilimy jakie pidziesit kilometrów dziennie. Poludniowy kurs trzymalimy, obserwujc wyblakle sloce, które ukazywalo si od czasu do czasu, oraz mech rosncy po pólnocnej stronie drzew. Przeszlimy jeszcze kilka zamarznitych strumieni, które jak sdzilem, plynly na poludnie i wpadaly do potnej Leny. Marsz wymagal wielkiego wysilku, byl nieustann walk z zimnem i nasz slaboci, ale mielimy ogromn wol pokonania wszelkich trudnoci. Poza tym wszyscy



64 tsknilimy do ognia i by doda sobie bodca do szybszego marszu, umówilimy si, e zapalimy ognisko dopiero wtedy, gdy ujrzymy Len.


Wkrótce potworzyly si wród nas mniejsze grupki. Dwóch zawodowych wojskowych, Makowski i Paluchowicz, trzymalo si razem. Kolemenos zaprzyjanil si z powanym i powcigliwym - cho od czasu do czasu zaskakujcym nas jakim cierpkim dowcipem - Marcinkovasem. Moim najbliszym towarzyszem stal si Smith, którego wszyscy uznali za kogo w rodzaju glównego doradcy wyprawy. Wesoly i beztroski Zaro przyjanil si ze wszystkimi i czul si dobrze w kadym towarzystwie. Byl on wyjtkowym kompanem. Pamitam, jak po morderczym dniu, kiedy bylimy tak wyczerpani, e nie moglimy si zmobilizowa do budowy schronu na noc, Zaro przykucn) na niegu, wzil si pod boki i odtaczyl przed nami wlasn wersj rosyjskich prisiudów. Kolemenoswi ze miechu lzy kapaly na brod. Ze wszystkich wesolków, których spotkalem, Zaro byl najwikszym. Uczyl nas, e najbardziej ponure sytuacje maj swoj mieszn stron i e w najtrudniejszym poloeniu nie naley traci poczucia humoru.


Podczas tego wycigu do Leny odnielimy pierwszy, drobny sukces myliwski. Trafilimy na brncego w niegu sobola. Moliwe, e byl ranny. Otoczylimy go piercieniem i cho próbowal uciec, Makowski zabil go jednym uderzeniem brzozowego kija. Zwierzak byl podobny do lasicy. Obdarlimy go ze skóry, ale nie osignlimy jeszcze takiego stopnia glodu, by zmusi si do zjedzenia sobolowego misa.


Ósmego czy dziewitego dnia droga stala si latwiejsza. Teren lagodnie opadal na poludnie. Pod drzewami pojawily si platy odslonitej ziemi z kpami ostrej, syberyjskiej trawy, a na pniach wida bylo coraz wicej mchu. Wczesnym popoludniem las zrzedl i ujrzelimy Len, skut lodem i na kilometr szerok, bo w tym miejscu byla to ju potna rzeka, cho do Oceanu Arktycznego pozostawalo jej jeszcze dwa i pól tysica kilometrów. Schowani pod oslon drzew, stalimy rozrzuceni w jednej linii, nasluchujc i wytajc wzrok. Dzie byl pogodny, wic wszelkie odglosy nioslyby si na du odleglo. Panowala jednak zupelna cisza. Od brzegów dzielilo nas jeszcze póltora kilometra plaskiego terenu, który podczas roztopów zmienial si prawdopodobnie w bagna.


- Sadz, e powinnimy zosta na noc po tej stronie rzeki, a przeprawi si o wicie - odezwal si Smith.


Zgodzilem si z nim i dalem sygnal pozostalym, e zawracamy. Po jakich dwudziestu minutach marszu po wlasnych ladach zatrzymalimy si, by zbudowa szalas. ciemnialo si, gdy przystpilimy do rozpalania naszego pierwszego ogniska. Ju od kilku dni suszylimy pod kurtkami drobne galzki na rozpalk, które teraz szybko zajly si od aru hubki.


Dystans dotychczas przebyty byl niczym w porównaniu z tym, co nas jeszcze czekalo. Czulimy jednak satysfakcj z pokonania wstpnych trudnoci i osignicia Leny - pierwszego celu, jaki sobie nakrelilimy. Uczcilimy ten dzie gorc, osolon kasz - naszym pierwszym cieplym posilkiem. Ugotowalimy j nad ogniskiem, z którego klby dymu wzbijaly si w gór i rozplywaly w konarach drzew i ciemnociach nocy. Jedynym naszym naczyniem byl niewielki aluminiowy garnek. Prócz niego na nasz zastaw skladaly si jeszcze dwie proste drewniane lyki, którymi kady po kolei jadl z garnuszka krcego wokól ogniska. Gdy pierwsza porcja kaszy znikla, co nastpilo bardzo szybko, roztopilimy troch niegu i ugotowalimy drug. Wachmistrz uzyskal zgod na rozmoczenie swojego chleba w kaszy, a wszyscy gratulowalimy sobie wymienicie przyrzdzonej potrawy. W cigu nocy czuwalimy na przemian, caly czas utrzymujc ogie.


Nad ranem, nim jeszcze wstal dzie, zachowujc cisz, przekroczylimy Len - t najwiksz rzek kraju wielkich rzek. Kilka minut stalimy na drugim, do stromym brzegu i patrzylimy przez zamarznit tafl tam, skd przyszlimy. Nerwowe napicie ostatnich



65 tygodni poczynalo ju ustpowa. Wczeniej kadego z nas przeladowala myl, e moemy nigdy nie dotrze do Leny - a oto jestemy po jej drugiej stronie, cali i zdrowi. Z wiksz ufnoci mylelimy o nastpnym etapie naszej wyprawy.


Kto zaczl nagle mówi o rybach. Nasunlo mi to pewien pomysl. Powiedzialem, e w Polsce zim lapano ryby, wykuwajc przerble w lodzie.


- No a jak wykujemy przerbel, to co? - zapytal Zaro. - Bdziemy gwizda na ryby, eby wyszly?


Tlumaczylem, e dziki zmianie cinienia powietrza w momencie wybicia dziury w lodzie woda sama wyrzuca ogluszone ryby. Poniewa wszyscy myleli, e artuj, miali si i gratulowali mi dowcipu, zaproponowalem, bymy wypróbowali t metod. Kolemenos przyniósl wic z lasu potnych rozmiarów klod. Wybralimy miejsce odlegle od brzegu o jakie dwadziecia metrów. Anastazy uchwycil pionowo ustawion klod na górze, Zaro i ja trzymalimy na dole, by kierowa uderzeniami, i poczlimy bi jak kafarem powierzchni lodu. Skorupa pkla wreszcie i z wyrbanej przerbli trysnla lodowata woda, a z ni - ryby. Cztery ryby, kada wielkoci ledzia. Schwytalimy je natychmiast, podekscytowani jak chlopcy. Poklepywano mnie po ramieniu i chwalono zewszd, a Zaro wyglosil nawet krótk samokrytyk, przepraszajc, e wtpil w moje slowa. Ogólny entuzjazm przerwal wreszcie Smith, który ju od pewnego czasu rozgldal si z niepokojem dokola. Zwrócil uwag, e nie powinnimy nadto igra z laskowym dla nas dotychczas losem i e byloby bezpieczniej schowa si znów pod oslon lasu.


Napilimy si jeszcze zimnej, czystej wody z Leny, wspilimy si na wysoki brzeg i ruszylimy naprzód, w kierunku jeziora Bajkal, nastpnego etapu naszej wyprawy.


Krajobraz nie byt dla nas nowy, szlimy ju w konwoju zeslaców przez takie pagórkowate tereny z rzadka poronite karlowatymi drzewami i krzakami.


Pierwsz noc po przekroczeniu Leny spdzilimy w zagajniku na niewielkim wzniesieniu. Upieklimy ryby, trzymajc je nad ogniskiem na patykach przeklutych przez skrzela. Nasze pierwsze wiee, smakowite danie dopelnilimy kasz.


Rano Marcinkovas, który wyszedl za wlasn potrzeb, zaczl nas gestami przywolywa do siebie. Poszlimy w jego stron, zastanawiajc si, o co mu chodzi. Poprowadzil nas do malej przesieki i nic nie mówic, wskazal rk przed siebie. W cieniu drzewa stal krzy dbowy metrowej wysokoci. Otoczylimy go pólkolem, a ja zaczlem ostronie zeskrobywa z ramion krzya ple i mech. W pewnym momencie wyczulem pod palcami zarys wydronych liter i po chwili zobaczylimy dwie rosyjskie bukwy: WP - skrót od ,,Wiecznaja Pamiat". Udalo si jeszcze odczyta pierwsze trzy litery nazwiska i dat - 1846. Upewnilimy si, e krzy byl rzeczywicie dbowy, co nas zastanowilo, bo wokól rosly same szpilkowe drzewa.


- Pewnie jestemy pierwszymi ludmi, którzy widz ten krzy od czasu, gdy go tu postawiono - powiedzial Marcinkovas, Wachmistrz Paluchowicz zdjl powolnym ruchem sw futrzany czap i opucil glow na piersi. Spojrzelimy po sobie i uczynilimy to samo. Modlilem si po cichu za tego, komu ten krzy wy stawiano oraz za pomylno naszej ucieczki.


Obuwie, które dostalimy w Irkucku zuyto si ju kompletnie Z przedobozowego fasunku zostaly nam tylko onuce. Chodzilimy ju wszyscy w mokasynach i spitych rzemieniami futrzanych sztylpach. Maszerowalimy wci na poludnie, regularnie dziesi godzin dziennie, robic co dzie prawie pidziesit kilometrów. Cho nigdzie nie napotkalimy adnych ladów ludzi szlimy wci szeroka rozcignit tyralier. Uwaalimy, e idc w takim szyku, nawet jeli jeden czy dwóch wpadnie, reszta moe si jeszcze ratowa ucieczk. Stosunki midzy nami stawaly si coraz bardziej zayle i coraz dluej rozmawialimy podczas wieczornych postojów. Czsto wypytywalimy Smitha o



66 Ameryk. Okazalo si, e wiele podróowal. Pamitam, jak podobala mi si jego opowie o Meksyku i o zdobionym srebrem siodle, które tam kupil.


Opowiedzial nam te, e na Uralu, w kopalni, do której zostal zeslany, spotkal innego Amerykanina, znajomego z Moskwy. Wynikalo z tego, e nie byl jedynym obywatelem Stanów Zjednoczonych, którego upatrzylo sobie NKWD.


Jeden szczliwy rzut kijem, troch szamotania, pyl wzbitego w gór niegu i - wietna kolacja z syberyjskiego zajca dla wszystkich oraz biale futro do wspólnego zapasu skór. Nasze myliwskie zdobycze byly jednak zupelnie przypadkowe. Dysponujc tylko noem, siekier i kijami, nie latwo bylo zdobywa miso. Ze znacznie lepszym skutkiem mona si oczywicie poslugiwa sidlami, tak jak olnierze w obozie, ale posuwajc si cigle naprzód, nie mielimy czasu na zastawianie i sprawdzanie pulapek. Pocieszalimy si tylko tym, e póki starczalo kaszy i chleba - dziki dodatkowej rybie czy zajcowi odywialimy si nieporównanie lepiej ni w obozie. Widywalimy te susly, których ciekawskie glówki pojawialy si nagle w otworach ich nor. Nie udalo nam si jednak upolowa adnego. Zaro zawsze odpowiadal im gwizdem, robic mieszne miny.


Moi towarzysze byli w gruncie rzeczy mieszczuchami. Bylem jedynym, który czul si swojsko wród pierwotnej przyrody, i moje szczliwe dziecistwo na Polesiu przynosilo mi teraz praktyczne korzyci. Wiedzialem, e spogldajc od czasu do czasu na sloce i obserwujc znaki na drzewach, mog do dokladnie trzyma si obranego kursu. Pamitalem te dobrze map poludniowo-wschodniej Syberii z dominujc Len i jeziorem Bajkal. ,,Obymy tylko trafili na pólnocny kraniec jeziora - pocieszalem kolegów. - Wzdlu jego dlugiego, wschodniego brzegu znajdziemy drog, która wyprowadzi nas z kraju niewoli".


Myl o Bajkale jako naturalnym drogowskazie kierujcym nas do wolnoci stala si dopingiem, dziki któremu w cigu kilku tygodni szlimy szybko i uporczywie naprzód.




67 XI. Bajkal i cigana dziewczyna


Nie potrafi sobie przypomnie, jak kolejno zmieniala si topografia kraju, przez który szlimy. Pozostaly mi w pamici oderwane sekwencje syberyjskiego krajobrazu, które przypominam sobie jako tlo rónych wydarze, niczym dekoracje w teatralnej sztuce.


Z zadrzewionego pagórka spogldalimy na równin rozcigajc si przed nami na przestrzeni kilkudziesiciu kilometrów. Plaszczyzn, która w dali stapiala si z ledwie widoczn lini zalesionych wzgórz, przecinala szeroka rzeka. Od kilku dni posuwalimy si z trudem przez teren zaronity karlowatymi drzewami, krzakami i kpami traw. Trzeciego dnia od samego rana szlimy w gstej mgle. Po raz pierwszy przestalimy zachowywa midzy sob odlegloci i trzymalimy si blisko jeden drugiego. W pewnym momencie kto syknl, by uciszy reszt. Stanlimy jak wryci, nadsluchujc.


Przed nami, bardzo blisko, rozlegl si gardlowy, konwulsyjny kaszel, potem gwaltowne tupanie i trzask lamanych galzi, jak gdyby jakie cikie cielsko mialo wyskoczy na nas z otaczajcych krzaków. Stalimy jeszcze chwil bez ruchu, a zdecydowalem si sign po nó. Kolemenos jednym ruchem wydobyl siekier, inni unieli kije. Wciekle szamotanie ustalo. Po jakiej minucie dala si slysze co, co brzmialo jak ciki zdyszany oddech. Minla jeszcze minuta i nagle znów rozlegl si chrzst galzi i tupanie. Za~ drala wokól nas ziemia. Kolemenos przysunl si do mnie.


- Co to jest? - zapytal szeptem.


- Musi by jakie zwierz - odpowiedzialem.


- Skoro nie podchodzi bliej, to my podejdmy i zobaczmy zadecydowal olbrzym.


Ruszylimy naprzód w luniejszym szyku.


Poprzez mgl dojrzalem w odlegloci kilku metrów zarys jakiego zwierzcia szarpicego si z boku na bok. Leb mialo spuszczony w dól i ukryty przed moim wzrokiem. Skulilem si i podszedlem jeszcze bliej. Przede mn stal, kopic, chrapic, szarpic si i dyszc par ze spienionego pyska - jele. Gdy tylko zwietrzyl ludzki zapach, oczy rozszerzyly mu si i zbielaly w przeraliwym strachu. Przednimi kopytami wymlócil niewielki dól w twardej, zmarznitej ziemi. Ale uciec nie mógl, gdy jego rozloyste rogi sczepily si ze spltanymi korzeniami zwalonego drzewa. Sdzc po spustoszeniu, jakiego dokonal walczc o wolno, po zrytej ziemi i po jego kracowym ju wyczerpaniu, musial tkwi w tym potrzasku od wielu godzin. W miertelnym strachu przed nami, zadudnil jeszcze raz kopytami, spienil si i zacharczal, a oslabl i wida tylko bylo, jak nerwowo draly mu przednie nogi. Spojrzelimy na Kolemenosa, a Kolemenos spojrzal na przeraone zwierz, kiwnl glow i postpil naprzód.


Okryl powoli byka, wszedl na powalone drzewo, ustawil si tak, by dobrze zachowa równowag i wisnl siekier, trafiajc w kark. Jele osunl si martwy na stratowan ziemi. Kolemenos wycignl siekier i wytarl j o getry. Nasze próby uwolnienia wpltanych w korzenie rogów nie daly rezultatu. Nie pomogly nawet wysilki Anastazego, który te wdal si w szamotanin z korzeniami. Wzil wreszcie sw siekier i odrbal leb byka. Tusz wycignlimy z krzaków, a ja zabralem si do patroszenia i cigania skóry.


Wszystko to odbylo si tak szybko, e nie bylo czasu na rozmow. Pierwszy odezwal si Makowski, zerkajc na Smitha:


- Dobrze, ale co poczniemy z tak mas misa?


Wycinalem wlanie jedn z szynek i mialem rce po lokcie unurzane we krwi, ale przerwalem prac i wstalem.


- Powinnimy si naradzi - rzekl Amerykanin.



68 Smith przyznal, e w aden sposób nie zdolamy zabra ze sob calego misa. Z drugiej jednak strony nie chcielimy zostawia tak widocznych ladów naszej obecnoci. Aby wypelni dzisiejszy plan, powinnimy jeszcze przej okolo trzydziestu kilometrów. Szybko obliczylimy, ile misa zdolamy zabra. Z rachunków wynikalo jasno, e wszystkiego nie udwigniemy, wobec czego Marcinkovas zaproponowal proste rozwizanie:


- Zostamy tu przez cal dob, zjedzmy, ile zdolamy, i zabierzmy reszt. Nie wolno nam zmarnowa tego misa.


Oblizujc wargi, Zaro odrzekl, e w takich sytuacjach mona na niego zawsze liczy.


- Czy wszyscy si zgadzaj? - zapytal Smith. Nie bylo sprzeciwów.


Wzilimy si do pracy. Paluchowicz zajl si zbieraniem drzewa i rozpalaniem ogniska, kilka osób budowalo szalas, reszta kroila miso. W cigu godziny piekly si nad ogniem najlepsze kawalki jeleniny nadziane na drewniane rona. Z zawieszonego nad ogniem garnka rozchodzil si smakowity zapach kaszy duszonej z kawalkami wtroby i misa. Nie moglimy si doczeka, a miso si dopiecze. Wreszcie odcilem pierwszy plaster. Bylo troch twarde, ale doskonale. Biedny Paluchowicz poyczyl ode mnie nó i posiekal swoj piecze na drobne kawaleczki. Gdy tylko ugotowala si kasza, dostal pierwsz porcj. Tluszcz kapal nam po brodach, odbijalo nam si z przejedzenia, ale wci pochlanialimy nowe kawalki misiwa, miejc si i cieszc z tej niespodziewanej uczty. Na koniec zakurzylimy po papierosie i udalimy si na zasluon drzemk. Po dwugodzinnym odpoczynku trzeba bylo zabra si do wyprawiania jeleniej skóry.


Bylo to mozolne i czasochlonne zajcie. Uzbrojeni w kawalki drewna pracowicie zeskrobywalimy ze skóry resztki tluszczu i misa. Wykorzystalimy te do tego celu piaszczyst ziemi ze zrytego przez jelenia placu. Dwiganie ze sob wielkiej i cikiej skóry utrudniloby marsz. Wpadlimy wic na inny pomysl: pocilimy skór na kawalki, z których zrobilimy czternacie dodatkowych par mokasynów i dla kadego zostalo jeszcze po kawalku skóry. Zrolowalem swój przydzial i przytroczylem do worka. Szewskie roboty przerwalimy na jeszcze jeden olbrzymi posilek. Jedlimy take w nocy, a omal nie popkaly nam brzuchy. Jelenina na niadanie nie wzbudzila ju entuzjazmu, ale te nikt ni nie pogardzil. Co zostalo, rozdzielilimy midzy siebie i kady schowal w swym worku spor porcj misa.


Mniej wicej w polowie drogi midzy Len a Bajkalem natrafilimy na lacuch gór. Wspinaczka zajta nam dlugie godziny, po poludniu weszlimy do porastajcego stromy stok lasu. Na tej wysokoci wial silny wiatr, tote rozgldalimy si za odpowiednim schronieniem. Znalelimy co, o czym nawet trudno bylo marzy - opuszczon myliwsk chat, zbudowan z okrglaków. Zbadalimy uwanie teren, ale ostrono byla zbyteczna. Rozpadajcej si budowli nikt nie uywal od lat. Dach czciowo zapadl si do rodka, a na podlodze z ubitej ziemi rósl mech i grzyby. Naprawiwszy prowizorycznie dach, rozpalilimy ogie i poszlimy spa. Warta zmieniala si co godzin.


O wicie Zaro, któremu przypadla ostatnia zmiana, wpadl z halasem do chaty.


- Kto gra na skrzypcach! - zawolal.


Odpowiedzielimy miechem, pytajc, co to za nowy dowcip. Biedny Zaro, którego nigdy nie traktowalimy powanie, staral si nas przekona, e tym razem nie artuje:


- Mówi wam, e kto próbuje gra na skrzypcach. Jeli nie wierzycie, chodcie poslucha.


Poartowalimy jeszcze troch, a Smith zaproponowal mu, by w takt tej muzyki zataczyl trepaka. Wreszcie wachmistrz, patrzc na Zar nieco podejrzliwie, zdecydowal si wyj na dwór. Ostatecznie poszlimy wszyscy.


Po jakich dwudziestu metrach Zaro dal nam znak rk, bymy si uciszyli. Rzeczywicie, tym razem nie artowal. Uslyszelimy zadziwiajcy dwik, cho nazwanie



69 tego gr na skrzypcach bylo przesad. Przypominalo to raczej, jakby kto co minut uderzal jedn strun basetli. Spojrzelimy po sobie ze zdziwieniem i powoli, ostronie ruszylimy w kierunku miejsca, z którego plynly dwiki. Na brzegu przesieki zamarlimy w bezruchu. Po jej drugiej stronie wida bylo na wpól zwalone piorunem drzewo. W miejscu, gdzie pie pkl na wysokoci póltora metra od ziemi, sterczala w gór potnych rozmiarów drzazga. Obok stal na tylnych lapach wielki, czarny niedwied syberyjski, który napinal j jak luk i puszczal. Odwracajc w jedn stron glow, wsluchiwal si z komicznym zainteresowaniem w dwiki wywolane wibracj. Na szczcie wiatr wial w nasz stron. Obserwowalimy to przedstawienie przez kilka minut, a wreszcie niedwied znudzil si i niezdarnie poczlapal w gstwin.


Dlugo jeszcze mialimy si z tego koncertu, a Zaro do swego repertuaru dolczyl now rol - ,,rosyjskiego skrzypka". W poslugiwaniu si tym instrumentem niedwied mial zreszt wielk przewag nad nami. Nawet Kolemenos nie dal rady tak odgi sterczcej drzazgi, by wprawi j w drgania. Byl to jedyny niedwied, jakiego napotkalimy, chocia slyszalem w obozie, e wiele ich yje w tajdze. S podobno do niebezpieczne, szczególnie na wiosn. Nie widzielimy równie innych drapieników - wilków, cho po nocach slycha bylo ich wycie i do czsto natrafialimy na ich lady. Szlimy zbyt liczn grup, by odwayly si nas atakowa.


Minlo kilka tygodni, zaczl si maj, a wraz z nim poczulimy pierwsze oznaki krótkiej syberyjskiej wiosny. Wiatr zlagodnial, na drzewach ukazaly si pierwsze pczki. Po niebie cignly stada gsi i kaczek, zdajcych na letnie gniazdowiska. Ale strumienie, które przekraczalimy, wci byly skute lodem, a ziemi pokrywali gruba warstwa niegu. Mimo to warunki marszu stawaly si lejsze i czulimy, e najsurowsz zim mamy ju za sob.


Ostatni rzecz, której pragnlimy, bylo spotkanie ludzi, i jak dotd szczcie nam dopisywalo. Gdy musielimy przekroczy uczszczan drog, zawsze najpierw wysylalimy zwiad. Nieraz noc widzielimy odlegle wiatla jakiej wsi czy miasteczka. Za dnia zdarzalo nam si dostrzec odlegle zarysy budynków lub dymicych kominów fabrycznych. W takiej okolicy posuwalimy si szczególnie ostronie.


Czasem dochodzilo wród nas do sprzeczek, które nie trwaly zreszt dlugo, a wybuchaly zwykle pod wieczór, po calodziennym wyczerpujcym marszu. Prawie zawsze powodem byl podzial funkcji podczas rozbijania obozu. W calej naszej siódemce nie bylo jednak szczliwie mczyzn nastawionych do siebie antagonistycznie. Nikt te nie potrzebowal narzuca swego kierownictwa. Dobry pomysl, obojtnie czyj, przyjmowany byl przez wszystkich i wykonywany. Jeli nie mona bylo osign porozumienia w jakiej sprawie - za ogóln zgod rozstrzygal ,,senior doradca" Smith. Raz powzitej decyzji nikt ju póniej nie kwestionowal. Spory o podzial obowizków przy zakladaniu biwaku zwykle przerywal Kolemenos, który nie klócil si nigdy z nikim, tylko po prostu szedl zrobi to, co bylo do zrobienia. Byl to niezwykle uczynny, niewyczerpany w swej dobroci czlowiek. Bez zastanawiania si wykonywal zawsze wicej pracy, ni na niego przypadalo.


W jaki niewytlumaczalny sposób wiedzielimy, e zbliamy si do jeziora, nim zdolalimy je dojrze. Czulimy specyficzny zapach wody, lekk wo rolinnoci wodnej oraz inne, trudne do okrelenia znaki, które ludzie wychowani nad wod wyczuwaj instynktownie. Po dradze, jeszcze daleko od jeziora, natrafilimy na szkielet jakiej wielkiej ryby. Zastanawialimy si, w jaki sposób tu si znalazla. Schodzc w dól, zobaczylimy pierwsze drogi bite, prawdopodobnie o podrzdnym znaczeniu, ale przynajmniej przypominajce drogi, w odrónieniu od tego, co widzielimy do tej pory. Od strony jeziora wiatr przyniósl dwik syreny fabrycznej.


Ze wzgórza ujrzelimy dolin, która niewtpliwie prowadzila ju do brzegów jeziora. Na zachodzie, w odlegloci wielu kilometrów, wida byto zabudowania fabryczne. Bliej



70 pitrzyly si brunatnoólte urwiste skaly, poronite kpami jodel. Nad wod, która wydala nam si pocztkiem jeziora, staly solidne drewniane domy; wród nich wida bylo lodzie rybackie poodwracane dnami do góry oraz sterczce w równych odstpach slupki, jakich rybacy uywaj do suszenia sieci. Widoczno byla doskonala. W powietrzu panowala zupelna cisza i dym z kominów fabrycznych wzbijal si prosto w gór. W osadzie rybackiej nie dostrzeglimy adnego ruchu. Wygldalo na to, e domy byty wykorzystywane tylko latem. W dole, midzy nami a wod, wila si droga, wzdlu której staly slupy telefoniczne. Z iloci drutów i bielejcych z dala izolatorów mona bylo sdzi, e trafilimy na jak wan szos.


Próbowalimy ustali nasze poloenie i doszlimy do wniosku, e zawdrowalimy zbyt daleko na zachód i dotarlimy do póluocno-zachodniego brzegu jeziora. Nalealo teraz obej kocówk jeziora, by znale si po jego wschodniej stronie.


Siedzielimy przeszlo godzin, obserwujc wszystko z zainteresowaniem. Raz zdawalo nam si, e slyszymy syren statku. Bylimy wszyscy w doskonalych humorach, zadowoleni, e osignlimy kolejny etap w naszym marszu na poludnie. Niepokoil nas tylko fakt, e koczyla si nam ywno. Ostatnie kawalki jelenia poczynaly ju cuchn. Rozmawialimy te o Bajkale. Powiedzialem kolegom, e jego glboko wynosi w niektórych miejscach póltora kilometra i e jest to najglbsze jezioro wiata.


Opowiedzialem im te histori zaslyszan w dziecistwie od wuja, który walczyl na Syberii przeciw oddzialom bialych Rosjan. Otó olnierze z rozbitej armii antybolszewickiej próbowali przedosta si na drugi brzeg Bajkalu po lodzie. rodkowa cz jeziora nie byla jednak calkowicie zamarznita i setki ludzi potonlo w lodowatych odmtach. Przypomnialem te sobie, e kiedy czytalem, i potne rzeki, które wpadaj do Bajkalu, tworz tam liczne prdy i dlatego jezioro nigdy calkowicie nie zamarza. Nasz pogawdk przerwal Smith:


- Zejdmy w dól, trzeba si troch rozejrze.


Do szosy bylo dalej, ni nam si wydawalo. Zniszczony drogowskaz wskazywal kierunek i odleglo do wsi lub miasteczka o nazwie Czyczówka. To tam byly pewnie te kominy fabryczne, które niedawno ogldalimy z góry. Przebieglimy szybko prze drog i zniknlimy w zarolach po drugiej stronie. Midzy nam: a jeziorem cignl si dwukilometrowy pas równiny, na które wród dbów, jesionów, brzóz, lip i wierzb gsto rosly krzaki ja lowca. Przedzieralimy si przez karlowate zarola, a nagle zna lelimy si nad brzegiem rzeki. Musielimy zdecydowa, cz3 przeprawiamy si na drugi brzeg. Koryto mialo ledwie 150 metrów szerokoci, ale w rodku lód pkl i brunatna woda pomykala wartkim strumieniem. Dopiero teraz okazalo si, e wszysc3 umiemy plywa. Wiedzielimy, e odtd bdziemy musieli forsowa wiele rzek, przewayla wic opinia, e nie naley odklada pierwszej próby. Zglosilem si na ochotnika, e pójd pierwszy Zwizawszy razem rzemienie, którymi kady z nas byl siedmio krotnie opasany, zrobilimy dlug lin do ubezpieczania przeprawy. Wszyscy ledzili moje ruchy, kiedy stanlem na zamarznitym brzegu i poczlem stpa ostronie naprzód. Nagle lód pkl z trzaskiem i wpadlem do wody, tracc na chwil oddech. Szybko wynurzylem si i przeplynlem przez niezamarznity nurt. Usilowalem wspi si na lód po drugiej stronie, ale lamal si pod moim ciarem. Próbowalem wic znowu. Trwalo to bardzo dlugo, nim wreszcie zdolalem wydosta si z wody. Jeszcze wiele metrów czolgalem si na brzuchu, nie majc odwagi si podnie. Przemoczony do nitki i wyzibiony, dalem znak towarzyszom, by ruszyli za mn.


Ich droga, cho latwiejsza, byla równie nieprzyjemna. Przeprawiali si po kolei, podajc wzdlu liny. Smith, który byl ostatni, przewizal si w pasie lin i zostal niemal przecignity na drug stron. Przy nastpnych przeprawach przez takie na wpól zamarznite rzeki poslugiwalem si zawsze siekier. Mocno wbita w lód ulatwiala wydobycie si z wody.



71 Bieglimy jak najszybciej przez gstwin dobrze kryjcych nas zaroli. Potem pozdejmowalimy nasze wywatowane spodnie, bluzy i futrzane kamizelki, by je wy z wody. Wloywszy je z powrotem na siebie, by wyschly na naszych cialach, energicznym krokiem ruszylimy w stron jeziora.


Pónym popoludniem zatrzymalimy si na narad. Zdrowy rozsdek podpowiadal, e jeli bdziemy si trzyma zbyt blisko brzegów jeziora, zostaniemy odkryci przez ludno osad rybackich lub uprzemyslowionych miasteczek - tu jeszcze rozsianych z rzadka, ale coraz liczniejszych w pobliu kolei transsyberyjskiej. Postanowilimy jednomylnie, by i równolegle do brzegu jeziora, ale w dostatecznej od niego odlegloci, trzymajc si jak najdalej od wszelkich osiedli. Ruszylimy wic na pólnocny wschód, wiedzc, e niedlugo bdziemy znów musieli przekroczy szos. Po blisko dziesiciu kilometrach dojrzelimy lini drzew oznaczajcych brzegi nastpnej rzeki. Idcy z prawa Zaro polecil, bymy si zatrzymali. Wytajc wzrok w kierunku wskazanym przez Zar, dostrzeglem, e co si porusza midzy drzewami nad rzek. Moglo to by zwierz, mógl by czlowiek. Na odleglo kilkuset metrów i w wietle gasncego dnia trudno bylo rozstrzygn. Zbliylem si do Zary i zapytalem, co o tym myli.


- Czlowiek czy zwierz - nie wiem, co to jest - odpowiedzial. - W kadym razie zachowuje si tak, jakby nas widzial i stara si ukry przed nami.


Inni podczolgali si ju do nas.


- Jeli to jest czlowiek - szepnl Makowski - to trzeba go dobrze rbn w leb i wrzuci do rzeki. Nie moemy ryzykowa, e kto nas wyda.


Rozsypalimy si znowu - Smith i Zaro po mojej lewej rce, Paluchowicz, Makowski, Marcinkovas i Kolemenos po prawej. Pochyleni, posuwalimy si naprzód od krzaka do krzaka, a dojrzelimy, e drzewa s oddalone od rzeki o okolo pidziesit metrów. Poprzez galzie widzielimy wod. Na jakie dziesi metrów przed pierwszym pasem drzew zatrzymalem si i nadsluchiwalem. Pozostali, lustrujc bacznie zarola, zbliyli si do mnie. Nagle jaka posta, która kryla si dotd bez ruchu za jednym z pni, rzucila si glow w dól w kp krzaków. Trwalo to sekund, ale zdylem dojrze spodnie i cikie buty. Zerwawszy si na równe nogi, skoczylimy naprzód.


Uderzyl nas mieszny widok sterczcej z krzaków pary butów na gumowych podeszwach, z wojlokowymi cholewkami. Chwyciwszy je, szarpnlem z calej sily, by wycign na wiatlo dzienne ich wlaciciela, i po chwili lealem rozcignity na ziemi z par butów w rkach. Tu nade mn, dyszc ciko, klczal Kolemenos, wpatrzony w dwie nieprawdopodobnie male stopy owinite bialymi szmatkami. Z glbi krzaków dala si slysze rozdzierajce lkanie. Wci gotowi na wszystko, zdyszani, spojrzelimy po sobie w naglym zaklopotaniu.


- To musi by kobieta - kto szepnl zduszonym glosem. Kolemenos zanurzyl ramiona w zarolach i uniósl co delikatnie. Stloczylimy si wszyscy wokól niego. Tak, byla to dziewczyna, drobna dziewczynka o przeraonych, okrglych oczach, z których lzy ciekly strumyczkami po umorusanej twarzy. Przed chwil bylimy band desperatów, gotowych popelni zabójstwo, teraz stalimy zaklopotani i pelni skruchy jak chlopcy schwytani na jakiej grubiaskiej psocie. Dziewczyna spojrzala na mnie przez Izy i zaraz spucila oczy.


- Prosz si nas nie ba - powiedzialem po rosyjsku. Spojrzala na mnie, po czym znowu powiodla wzrokiem po surowych, zaronitych twarzach mych towarzyszy i rozplakala si na dobre. Trudno jej si bylo dziwi, bo przecie musielimy wyglda jak wataha najgorszych zloczyców.


- No, przesta plaka, dziecko - powiedzial Paluchowicz. Wci przeraona dziewczyna, próbowala opanowa placz.




72 - Nie skrzywdzimy ci - staralem si j pocieszy. - My te mamy siostry, narzeczone...


Moi towarzysze potakiwali skwapliwie.


Cale jej ubranie bylo za due i za cikie. Drobn figur przytlaczala wielka, dluga, wywatowana fufajka. Z grubych, take wywatowanych spodni sterczala para niedorzecznie malych, szczuplych w kostkach stóp. Zarówno fufajka, jak i spodnie byly uszyte z takiego samego zgrzebnego materialu i mialy ten sam ponury czarny kolor, co nasze odzienie. Pod rozpit kurtk dziewczyny wida bylo znoszon i poplamion fioletow sukienk, wpuszczon w spodnie. Szyj zawinla jak szalikiem rkawami zielonego swetra czy bluzy. Spod futrzanej, mocno sfatygowanej i nadjedzonej przez mole czapki wystawaly kosmyki kasztanowych wlosów. Niebieskie oczy byly nabrzmiale lzami. Wygldala jak pensjonarka przebrana za doroslego mczyzn. Wydawala si zupelnie bezradna, a my ogarnici alem i wspólczuciem stalimy wokól niej, nie mogc wymówi slowa.


Podniosla rk, w której zauwaylem maly krzyyk, rkawem bluzy otarla twarz z lez i spojrzala znów na mnie. Stala w niegu prawie boso, a ja wci trzymalem jej buty. Nachylilem si wic, by pomóc jej obu nogi.


Odezwala si wreszcie dziwn mieszanin polskiego i rosyjskiego.


- Zgubilam drog do kolchozu, w którym pracuj. Jestem Polk i zostalam tu zeslana.


Temu wyznaniu towarzyszylo wylknione spojrzenie. Paluchowicz i Makowski skoczyli ku niej i w przejciu zaczli mówi jeden przez drugiego. Zdolala chyba zrozumie, e jestemy Polakami, e zbieglimy z lagru i e z naszej strony nic jej nie grozi. Nagle rzucila mi si w ramiona i znów wybuchnla placzem.


- Bóg jest dla mnie milosierny! Bóg jest dla mnie milosierny! powtarzala.


Paluchowicz i Makowski niezgrabnie próbowali gladzi j po glowie.


Byla to wzruszajca scena. Zbyt wzruszajca i zbyt halaliwa dla jedynego sporód nas, który zachowal zimn krew. Smith stal z boku, bacznie obserwujc okolic. W pewnej chwili skarcil nas po rosyjsku:


- Skoczcie ju z tym! Zapomnielicie, gdzie jestemy? Musimy si jak najszybciej ukry.


Rozproszywszy si, ruszylimy w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca.




73 XII. Krystyna przylcza si do nas


Nazywala si Krystyna Polaska i miala siedemnacie lat. Pocila od dwóch dni i byla niemilosiernie glodna. Poczstowalimy j wic wygrzebanymi z worków resztkami prowiantu. Jadla w napiciu, jak zaglodzony zwierzak, sipic od czasu do czasu nosem i ocierajc go rkawem. Przykucnlimy wokól i jak urzeczeni ledzilimy kady jej ruch. Tylko Smith trzymal si nieco na uboczu. Te jej si przygldal, ale bardziej sceptycznie ni my. Skoczyla wreszcie je i zaczla nam opowiada o sobie.


- Nie zabldzilam w drodze do kolchozu, tylko ucieklam. Uciekam od wielu dni - wyznala i dodala po chwili:


- Jestecie, panowie, pierwszymi przyzwoitymi ludmi, których spotkalam od czasu opuszczenia domu.


- Z jakich stron Polski pani pochodzi, panno Krystyno? - zapytalem.


- Z Wolynia. Mój ojciec mial gospodarstwo rolne pod Luckiem. Ale bylam tam ostatni raz w 1939 roku.


Rozmow przerwal Smith, pytajc, co zamierzamy robi. Zaczynalo si ciemnia, uwaal wic, e powinnimy jak najszybciej ruszy na pólnoc brzegiem rzeki w poszukiwaniu dogodnego miejsca do jutrzejszej przeprawy. Nie warto byto przeprawia si wieczorem, by nie spa w mokrym ubraniu.


Przeszlimy tego dnia jeszcze pi kilometrów wzdlu rzeki. W drodze zauwaylem, e dziewczyna od czasu do czasu spoglda na Smitha, ale nie odzywala si do niego. Wyczuwala najwyraniej, e ten opanowany i zamylony mczyzna jest przeciwny jej obecnoci wród nas. My, Polacy, rozmawialimy z ni przez cal drog. Smith szedl w milczeniu.


Bylo ju zupelnie ciemno, gdy znalelimy wreszcie odpowiednie miejsce na spoczynek. W szalasie zbudowanym przy zwalonym pniu wymocilimy dziewczynie poslanie z naszych worków. Zwinla si w klbek i ju spokojna usnla.


Spala jak dziecko, a my przez dlug, zimn noc zmienialimy si kolejno na stray. Spala jeszcze, gdy o brzasku Smith dotknl rk mego ramienia i dal mi znak, by odej z nim na bok. Przystpil od razu do rzeczy:


- Slav, co zrobimy z t mlod dam?


Czulem, e to pytanie padnie i nie wiedzialem, co na nie odpowiedzie.


- Moe powinnimy zapyta j, jakie ma plany - zaproponowalem bez przekonania, byle tylko unikn tematu.


Patrzc ukradkiem, zauwaylem, e Paluchowicz i Makowski ywo o czym rozmawiaj. Po chwili ruszyli w naszym kierunku. Za nimi szedl Kolemenos. Jeszcze chwila, a pozostali opucili szalas i przylczyli si do nas.


- Niech i tak bdzie - powiedzial Amerykanin. - Naradmy si w pelnym skladzie.


Zaczlimy rozmawia, wci unikajc odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy decydujemy si zabra dziewczyn w dalsz drog? Jedynym wynikiem naszej narady bylo to, e postanowilimy najpierw porozmawia z Krystyn i dopiero potem powzi jak decyzj.


Delikatnie obudzilimy j ze snu. Ziewnla, przecignla si i obdarzyla nas pelnym radoci umiechem. I my wykrzywilimy nasze brodate twarze. Zebralimy resztki jedzenia i w wietle wstajcego dnia zaczlimy w milczeniu je niadanie. Wreszcie Paluchowicz chrzknwszy kilkakrotnie z zaklopotaniem, zapytal Krystyn, jak znalazla si w miejscu, w którym j odnalelimy, i dokd zamierza i.



74 - Szlam do Irkucka - odpowiedziala - poniewa czlowiek, który zlitowal si nade mn i podwiózl mnie kolchozow ciarówk, powiedzial mi, e tam bd si mogla dosta bez biletu do jakiego pocigu idcego na zachód. Podwiózl mnie szos, a potem staralam si i dalej, próbujc obej miasto.


Wzrok jej spoczl na Amerykaninie, który odpowiedzial po wanym spojrzeniem. Zaczla niespokojnie splata palcami kosmyki wlosów wystajce spod czapki, wreszcie nerwowo nieco, ale z kobiecym wdzikiem, schowala wlosy pod czapk.


- Powinnam chyba powiedzie panom co wicej o sobie rzekla.


Uslyszelimy jeszcze jeden wariant tak dobrze znanych nam losów. Lagry i wizienia pkaly od ludzi, którzy mieli za sob podobne dowiadczenia. Miejsca i szczególy mogly si róni, ale przeycia, cierpienia, upokorzenia, strach - oraz sprawcy - to pozostawalo niezmienne.


Ojciec Krystyny, który walczyl w pierwszej wojnie wiatowej, a nastpnie w wojnie polska-bolszewickiej w 1920 roku, otrzymal w nadaniu dzialk ziemi na Wolyniu. Polascy ciko pracowali, starajc si da córce jak najlepsze wyksztalcenie. Poslali j do gimnazjum w Lucku, gdzie uczyla si jeszcze w 1939 roku.


Przyszedl wrzesie i Armia Czerwona ruszyla na Polsk. Dobrze zorganizowane podziemie komunistyczne byto gotowe do akcji. Miejscow ludno ukraisk zaczto podburza, by rozprawila si z obcymi wlacicielami ziemi, która powinna zosta nadana chlopom i robotnikom rolnym. Agitatorzy nie mieli zreszt trudnego zadania. Ukraiscy chlopi blyskawicznie zmienili si w siejc mord i zniszczenie czer. Polascy wiedzieli, e znaleli si w tragicznym poloeniu. Wiedzieli, e Ukraicy mog przyj kadej chwili. Cala sluba uciekla. Ukryli córk na strychu i czekali. ,,Cokolwiek bdzie si dzialo, zosta tam, dopóki po ciebie nie przyjdziemy" - powiedziala pani Polaska do Krystyny.


Krystyna slyszala glosy nadchodzcych Ukraiców. Slyszala pokrzykiwania mczyzn oraz uderzenia siekier i mlotów, którymi napastnicy w coraz wikszej furii rozwalali sprzty i zabudowania gospodarcze. Wydawalo jej si, e rozpoznaje glosy mczyzn z ssiedniej wsi. Uslyszala wyranie glos ojca: ,,Zabierzcie wszystko co chcecie, tylko nie niszczcie gospodarstwa i domu". Nastpila cisza, a potem szmer rozmów, który stawal si coraz gloniejszy, w miar jak tlum zblial si do ich domu. Krystyna nie slyszala glosu matki, ale byla pewna, e stoi ona przy baku ojca. Kto zaczl przemawia - gwaltownie i nienawistnie. Uslyszala jeszcze raz glos ojca, ale zagluszyl go zaraz nagly ryk tlumu. W pewnym momencie doszedl j rozpaczliwy krzyk matki. Trzsc si, przycisnla rce do uszu. Wydawalo jej si, e siedziala na tym strychu wiele godzin, ale pewnie nie trwalo to bardzo dlugo. Mczyni odeszli. W domu panowala cisza. Poniewa rodzice nie przychodzili po ni, mylala, e moe chlopi zabrali ich ze sob. Na palcach zeszla na dól i przez opustoszale pokoje wyszla na dziedziniec. Przed domem lealy ciala rodziców. Oboje zostali zmasakrowani biciem i zaduszeni kolczastym drutem.


Przygldalem si bacznie jej wybladlej twarzy, gdy nam opowiadala o okropnociach tego slonecznego wrzeniowego poranka. Mówila beznamitnym, monotonnym glosem, jakby nie otrzsnla si jeszcze z szoku.


- Wrócilam do domu, zebralam w zawinitko troch jedzenia i zaczlam biec przed siebie.


Niewiele pamitala z tego, co dzialo si w cigu kilku nastpnych dni. W wioskach, które mijala, yczliwi ludzie karmili j i dawali schronienie na noc. Wiódl j strach przed Rosjanami byle uciec przed nimi, byle nie wpa w ich rce. Jak na ironi schwytali j, gdy przekraczala granic, cho nie wiedziala nawet, e w pobliu granicy si znajduje. Sowieckie wladze wojskowe przekazaly j sdowi cywilnemu. Zostala zeslana do pracy w kolchozie w rejonie rzeki Jenisej w Syberii Zachodniej.



75 Bardziej szczególowo opisala nam swe ycie w kolchozie, które wyrazicie utrwalilo si w jej pamici. Byla jedyn Polk wród potnych i silnych rosyjskich kobiet. Drugiego dnia przydzielono j do mlocki i do noszenia worków ze zboem. Jej delikatno i Fizyczna slabo dranily inne pracownice. Dokuczaly jej i szydzily, gdy Krystyna zmagala si z jak prac, któr one wykonywaly z latwoci. Ndzne jedzenie skladalo si glównie z chleba; dzienna racja wynosila jeden kilogram. Obolala od stóp do glów i nieszczliwa dziewczyna plakala po nocach.


Ale to nie przez kobiety postanowila uciec z kolchozu. Gospodarstwem zarzdzal kierownik, o którego wzgldy walczyly wszystkie kolchonice. Krystyna bala si go i unikala. Byl to, sdzc z jej opisu, rosly mczyzna, wysoki i mocny. Silc si na uprzejmo, mówil jej, e wyglda zupelnie inaczej ni ,,ruskie baby" i e powinna mie kogo, kto by si ni opiekowal. Po kadej takiej rozmowie Rosjanki atakowaly j ordynarnymi dowcipami i namiewaly si z jej szczuplej figury, ostrzegajc przy tym, by miala si na bacznoci.


A przyszedl dzie, kiedy jej powiedziano, e zamiast i z innymi do pracy, ma zglosi si do kierownika ,,na badanie". Od samego pocztku wida bylo o co mu chodzi. Obiecywal, e jeli bdzie dla niego mila, nie zostanie ju nigdy poslana do cikiej pracy. Krystyna w panice zaczta go blaga, by pozwolil jej i z innymi w pole. Wtedy rzucil si na ni i próbowal zgwalci. Zaczla krzycze, kopa swymi cikimi butami i drapa mu paznokciami twarz. Sila jej oporu zaskoczyla go, i zwolnil na chwil swój ucisk. Wystarczylo to, by jak oszalala wyskoczyla z pokoju i pobiegla przez obóz do swego baraku. Miotal za ni jeszcze przeklestwa, groc, e ma sposoby na to, by j zmusi do ulegloci.


W baraku czekala zmierzchu, bojc si, e w kadej chwili moe j znów zaatakowa. Ale nikt nie przyszedl. O zmroku, gdy kolchonice lada chwila powinny wróci z pracy, wyliznla si z baraku i kryjc si za zabudowaniami kolchozu, poczta ucieka. Pierwsz noc spdzila w trzcinach nad rzek. Nastpnego dnia szla dlugo wzdlu rzeki, a dotarta do szosy. Tam zatrzymala ciarówk, która jechala do daleko na wschód. Potem pomógl jej jeszcze inny szofer.


- Nie wszyscy Rosjanie s li - zakoczyla sw opowie. - Ci dwaj kierowcy wspólczuli mi i poczstowali mnie chlebem. Drugi z nich poradzil mi, bym szla do Irkucka, ale nie mógl mnie ju dalej zawie.


Powiodla po nas spojrzeniem, a wzrok jej spoczl na Smisie. - Oto, jak si tu znalazlam - powiedziala.


Amerykanin wetknl rce w kieszenie fufajki i odezwal si spokojnym glosem:


- Nie idziemy w kierunku Irkucka. Nasza droga wiedzie na poludnie, wzdlu przeciwleglego brzegu jeziora. Jakie s wic teraz pani plany?


Krystyna wygldala na zaskoczon. Spojrzala na nas blagalnym wzrokiem, lecz nie odezwalimy si ani slowem. Mielimy swoje zdanie, ale postanowilimy pozwoli Smithowi, by zalatwil spraw po swojemu. Usta dziewczyny zadraly lekko.


- Chcialabym pój z wami. Przecie nie moecie mnie tak zostawi.


Amerykanin patrzy) przez chwil ponad jej glow w stron rzeki.


- Czy pani umie plywa? - zapytal.


- Plywam bardzo dobrze - odparla Krystyna z wyran dum. - W szkole nalealam do najlepszych plywaczek.


Na zaronitej twarzy Smitha blysnl slaby umiech.


- Wybacz mi, dziecko, jeli moje pytania s zbyt obcesowe. Mylelimy po prostu, e pani ma wlasne plany. Z nami czeka pani wiele trudów. W tej chwili pozostaly nam ju tylko resztki jedzenia. Mamy przed sob jeszcze bardzo dlug i bardzo cik drog. Musi pani te pamita, e jeli zostanie pani schwytana razem z nami, to grozi pani o wiele surowsza kara,




76 ni gdyby Rosjanie zatrzymali pani sam. Jeli jednak mimo to chce pani przylczy si do nas - przyjmiemy pani.


- Dzikuj. Chcialabym tylko by z wami. Niczego wicej nie oczekuj - odparla Krystyna.


Gdy póniej znikla za zaslon krzaków, zaproponowalem, bymy sprawdzili nasze zapasy. Po oprónieniu wszystkich siedmiu worków okazalo si, e nasze obawy s uzasadnione. Pozostalo nam troch mki i soli, jaki kilogram kaszy i kilka kilogramów sczernialego misa. Do czasu zdobycia nowych zapasów ywnoci postanowilimy jada raz dziennie. Nie brakowalo nam tylko hubki. Moglimy si wic przynajmniej grza przy ogniu.


Prócz wspólnej ywnoci wyjtej z worków kady z nas mial prawdopodobnie ukryt glboko w kieszeni fufajki kromk zeschnitego chleba. Ja mialem, a jak si patem okazalo - inni te. Nie bylo w tym nic nieuczciwego. Chowanie chleba bylo dla kadego winia czym zupelnie odruchowym, byl to jeden z objawów syndromu niewoli. Wizie, posiadajc kawalek chleba, czul si bezpieczniej. Bylo w tym moe co z przesdu, który kae ludziom w normalnym yciu nosi stale przy sobie pieniek ,,na szczcie", by nigdy nie zabraklo prawdziwych pienidzy.


Póniej, gdy przyszly cisze czasy, kady z nas i tak oddal Krystynie swoj porcj.


Tego ranka zjedlimy szybko posilek, gdy zamierzalimy zaraz przekroczy rzek. Poranek zapowiadal pikny wiosenny dzie, liczylimy, e zdolamy wreszcie okry jezioro i ruszy prosto na poludnie.


Forsowanie rzeki bylo dla Krystyny nowym trudnym przeyciem. Namówilimy j, by zdjla fufajk, watowane spodnie i cikie buty. Trudno bylo jej nie wspólczu, gdy tak stala wród nas w swej splowialej sukienczynie. Z siekier za pasem, cignc za sob lin, wszedlem ostronie na zamarznity brzeg. Bez przeszkód pokonalem odmarznite koryto i wydostalem si na lód po drugiej stronie. Kolemenos przeprawi) si przez nurt, trzymajc nad glow zawinite ubranie Krystyny. J sam przywizan do liny asekurowali Paluchowicz i Makowski. Potem przeprawili si pozostali. Kto przetransportowal bez zamoczenia buty dziewczyny.


Krystyna, zsiniala z zimna, nie mogla opanowa szczkania zbami. Kolemenos podal jej ubranie.


- Nie stój tak w miejscu, dziecko... - strofowal j Amerykanin. - Czym prdzej przebierz si w suche ubranie. Dziewczyna skinla glow i znikla w pobliskich zarolach.


Po jej odejciu rozebralimy si i podskakujc i gimnastykujc si dla rozgrzewki, wykrcalimy wod z przemoczonych czci garderoby. Potem wloylimy na siebie mokre jeszcze ubrania. Po kilku minutach zjawila si Krystyna, niosc pod pach zwinit bielizn i sukienk.


- No co... zauwayl pan, e umiem plywa? - zapytala, zwracajc si do Smitha.


- Tak, zauwaylem - odparl Smith z umiechem i rzekl do mnie:


- Okazuje si, e ta mala nie sprawia nam wielu klopotów. Odbylimy tego dnia ciki marsz, zatrzymujc si tylko dla wytchnienia na bardzo krótkie wypoczynki. Krystyna szla wytrwale, nie narzekajc. Cieple majowe sloce pomoglo rozgrzanym cialom wysuszy ubrania. Musielimy tego dnia zrobi jakie pidziesit kilometrów, posuwajc si od jeziora Bajkal w kierunku pólnocno-wschodnim. W nocy spalimy bez obaw, ukryci w wysokopiennym lesie.


Trzeciego dnia, gdy oddalilimy si od jeziora, doszedlem do wniosku, e osignlimy punkt, w którym nalealo skrci na poludnie, by trafi na szlak wiodcy w odlegloci kilkudziesiciu kilometrów od brzegów jeziora. Bylo to oczywicie przypuszczenie, ale nie sadz, by moja ocena byla daleka od rzeczywistoci, z tym e o utrzymaniu kursu dokladnie równoleglego do brzegu jeziora nie moglo by mowy. Teren byl



77 górzysty, gsto zalesiony, i nasz szlak wiódl raz pod gór, raz w dól, do dolinek, którymi rzeki i strumienie splywaly do jeziora. Przez wikszo strumieni mona bylo przej w bród, cho prd byl silny i wody wezbrane roztopami. Kolemenos szedl zwykle pierwszy, badajc kijem glboko.


Z podziwem obserwowalem wytrzymalo Krystyny. Obawialem si, e wszystkich niepokoi jej wtla budowa, i czulem, e ona zdaje sobie z tego spraw. Po calodniowym mczcym marszu potrafila jednak zachowa pogod ducha, gdy my sami bylimy li i zmczeni. Traktowala nas jak starszych braci, z wyjtkiem Smitha. Midzy nim a ni wytworzyl si bardziej ojcowski stosunek. Podczas wieczornych biwaków kazala sobie opowiada o Ameryce i czsto dyszalem, jak Smith obiecywal jej, e gdy si to wszystko skoczy, zabierze j ze sob do Stanów. artowal z jej wielkich butów, mówic, e w Ameryce kupi jej wiele sukienek i pantofelki na wysokich obcasach. Dziewczyna miala si uradowana t perspektyw.


Tak przywizalimy si do Krystyny, e kady z nas oddalby za ni ycie. Budzc si rano, patrzyla czule na t ponuro wygldajc zbieranin mczyzn i mówila nam, jak si cieszy, e jestemy, i jak wród nas czuje si bezpieczna. W marszu miala si z artów Zary. Nawet on bywal czasem smutny, ale niezmordowana Krystyna umiala zawsze przywróci mu dobry humor. Patrzc na tych dwoje, trudno byto uwierzy, e jestemy grup ludzi, którym grozi glód i których czeka jeszcze przeprawa znacznie cisza od wszystkiego, co dotychczas przeszli. Jedynie Litwin Marcinkovas trzymal si zwykle na uboczu i nie zabieral nigdy glosu, chyba e go kto pytal o rad. Krystyna potrafila i obok niego calymi kilometrami, rozmawiajc z nim przyjanie i powanie. W takich wypadkach zdarzalo si co zdumiewajcego: Marcinkovas umiechal si, czasem slyszelimy nawet jego glony miech.


W Krystynie pozyskalimy te pielgniark. Kolemenos zaczl utyka, gdy z powodu otar midzy palcami stóp mial cialo wyarte a do misa. Krystyna przemyla mu rany, zrobila banda z kawalka swej sukienki i delikatnie zawinla chore miejsca. Mnie te zmieniala opatrunki na starej ranie, która znów mi si otworzyla. Zuyte szarpie prala w strumieniu, suszyla i starannie przechowywala.


Mniej wicej w polowie drogi wzdlu brzegu jeziora, kiedy zblialimy si do rzeki Bargusin, Krystyna sama potrzebowala pomocy. Zaczta pozostawa w tyle i zauwaylem, e si potyka. Zawolalem do kolegów, by si zatrzymali, i zawrócilem do niej. - Buty troch uwieraj - powiedziala.


Zdjlem jej buty, które byly dla niej za due i za cikie. Na podbiciu stóp i na pitach, w miejscach gdzie popkaly pcherze, potworzyly si otwarte rany. Kady krok musial jej sprawia ogromny ból. Wszyscy chcieli si opiekowa Krystyn, cho protestowala, mówila, e czuje si ju dobrze i moe i dalej. Jej wlasnymi szmatkami zabandaowalem jej nogi. Namówilem j równie, by pozwolila mi obci noem wojlokowe cholewki butów. Schowawszy wojlok, który mógl si przyda na wkladki do mokasynów, ruszylimy dalej. Po godzinie Krystyna zaczla jednak znowu kule, wobec czego postanowilimy zrobi jej mokasyny, a stare buty wyrzuci.


I tak z dostpnych mi materialów, wykorzystujc moje artystyczne zdolnoci, uszylem Krystynie par mokasynów. Wszyscy siedzieli wokól mnie, bacznie obserwujc kade cicie noem i kady rzemienny szew. Zrobilem podwójne podeszwy, by byly sztywniejsze i trwalsze. Od wewntrz wyloylem buty futrem sobolowym. Koledzy gratulowali mi dziela, a Krystyna w nagrod pocalowala mnie w sam rodek czola.


Uwierzylimy, e ta dziewczyna przynosi nam szczcie. Wlaciwie prawie nie zwolnilimy tempa naszego marszu z jej powodu. Dopiero po piciu dniach od czasu, gdy wzilimy kurs na poludnie, wzdlu brzegu jeziora, napotkalimy pierwsz powan przeszkod - rzek Bargusin. Klopot polegal na tym, e przy kadej wikszej rzece trzeba



78 bylo traci wiele godzin na znalezienie odpowiedniego miejsca do przeprawy. Tym razem odkrylimy, e drog zagradzaj nam trzy, sporych rozmiarów rzeki. Przeprawiwszy si przez jedn, ju po gadzinie marszu doszlimy do brzegów drugiej. Trzeci - najwiksz z nich - napotkalimy po kilku dalszych godzinach drogi. Znów wiele czasu zajlo nam znalezienie brodu. Domylalem si, e wszystkie te trzy arterie lczyly si gdzie nieco dalej na zachód i ju jako rzeka Bargusin wpadaly do jeziora wspólnym korytem. Sforsowawszy trzeci odnog, wdrapalimy si na wysoki brzeg i rozpalilimy ognisko, aby si wysuszy. Wszyscy byli nieludzko zmczeni i glodni.


Wtedy to zauwaylem, e reaguj nieco inaczej na glód ni moi towarzysze. Gdy oni po pierwszych dniach glodówki zaczynali ju cierpie bolenie, ja zwykle dopiero po omiu dniach dostawalem prawdziwych skurczów glodowych. Ale gdy przechodzily bóle, cierpialem znacznie bardziej ni inni. Tego wieczoru ugotowalimy troch kaszy - tak malo, e wlaciwie lepiej bylo nie je wcale. Nie potrafilimy myle ani mówi o niczym innym oprócz jedzenia. Padla nawet propozycja, by podej do jakiej osady i ukra ywno. Mimo e bylimy ju bliscy ostatecznoci, to jednak zdawalimy sobie spraw z ryzyka takiej eskapady. W razie pocigu kto móglby zosta schwytany, poza tym zdradzilibymy nasz obecno w okolicy - co ju narazilaby na niebezpieczestwo cal wypraw.


Kiedy dyskutowalimy, Krystyna spala jak zabita. Wachmistrz Paluchowicz spojrzal na ni czule.


- Chodmy spa - powiedzial. - Wierz, e ona przyniesie nam jutro szczcie.


- Miejmy nadziej - dorzucil przyjaciel wachmistrza, Makowski.




79 XIII. Przekraczamy tory kolei


transsyberyjskiej


Rzek Bargusin - ostatni wielk arteri wodn na naszej drodze - przeszlimy pod koniec maja. Na jej poludniowym brzegu jakby czekalo na nas syberyjskie lato. Ju od czasu, gdy osignlimy pólnocny brzeg Bajkalu, dni byly pogodne i suche. Teraz splynly na nas gorce promienie sloca, otoczyla nas ziele i kwiaty, uslyszelimy ptaki, które powrócily z dalekich stron. W cigu szeciu tygodni przeszlimy z mronych okowów rodkowosyberyjskiej zimy w cieple objcia poludniowego sloca, w krain sadów, kwitncych wini i moreli. Spanie na powietrzu przestalo by uciliwe nawet wówczas, gdy dla ostronoci nie rozpalalimy na noc ogniska. W cigu dnia zdejmowalimy nasze futrzane kamizelki, po zachodzie sloca musielimy jednak zaklada je ponownie, gdy wieczorem panowal chlód.


Przez dwa dni po sforsowaniu rzeki nie mielimy nic w ustach i myl o jedzeniu stala si obsesj. Trzeciego dnia nagle dostrzeglimy przez galzie drzew konia, krccego si niespokojnie midzy dwoma dyszlami prymitywnych sanek. Zaro i ja postanowilimy z bliska zorientowa si w sytuacji. Ko najwidoczniej poczul nas, gdy zaczl nerwowo potrzsa lbem. Poniewa bylimy zdecydowani na zjedzenie koniny - mial uzasadnione powody do niepokoju.


Na wozie lealo co, co dostrzeglimy obaj jednoczenie: stara, dwunastokalibrowa jednorurka, o lucie przywizanej do kolby miedzianym drutem. Obok leala torba skórzana, pewnie wypelniona nabojami. Przez glow przeszla mi gorczkowa myl - musimy zdoby t strzelb, nim zobaczymy j w rkach wlaciciela. Podbieglimy naprzód, chwycilem bro i luf w dól wsadzilem j za pazuch. Potem dalem znak innym, e mog podej. W ukryciu zostal tylko Smith, obejmujcy opiekuczym ramieniem Krystyn. Kolemenos próbowal bezskutecznie uspokoi sploszonego konia.


Wonica musial by blisko, gdy doslyszal, e zwierz zachowuje si niespokojnie. Czekalimy na niego w napiciu. Byl to krzepki, barczysty drwal w wieku okolo szedziesiciu lat. Mial dlug, starannie utrzyman brod i dlugie wlosy. Sposób, w jaki zbliyl si do nas, zaimponowal mi. Kiedy nas dojrzal, nie drgnl nawet, lecz szedl dalej w naszym kierunku, niosc opart na prawym ramieniu siekier, tym samym powolnym, ale zdecydowanym krokiem. Patrzyl spokojnie przed siebie. Zauwaywszy, e trzymam jego strzelb, nie okazal najmniejszych objawów lku czy zaniepokojenia. Podszedl do konia, poglaskal go po grzywie, a potem odwrócil si i wbil siekier w pie drzewa.


Spojrzal na mnie i ponad moj glow, w stron miejsca, w którym stala dziewczyna ze Smithem.


- Kim jestecie? - zapytal.


Smith, który zdecydowal si podej do sa, odpowiedzial:


- Jestemy zbiegami. Nie zrobimy ci krzywdy. Chcemy tylko je.


- Czasy si zmienily - odrzekl drwal. - Niegdy znalelibycie czekajc na was ywno i nikt o nic by nie pytal.


W jego prostym zachowaniu bylo wiele godnoci. Obejrzal nas wszystkich szczerym, otwartym spojrzeniem, potem skierowal znów wzrok na Krystyn. Mylalem, e zapyta o ni, nie powiedzial jednak ani slowa. Obszedl konia i zbliyl si do sanek, z których wycignl dlugi, wski worek.




80 - Nie musicie si mnie obawia - powiedzial, rozpltujc suply rzemienia, którym zwizany byk material. - yj samotnie, a w okolicy nie ma adnych ludzi.


Z worka wyjl prawdziwe skarby: bochenek razowca, cztery niewielkie suszone ryby i gruby pole sloniny, na którego widok lina naplynla mi do ust. Byl to pewnie prowiant, który zabral z domu, idc na caly dzie do lasu. Obserwowalimy go bacznie, jak wycignl zza pasa dlugi myliwski nó i odkroil kromk chleba i kawalek sloniny, które nastpnie wloyl z powrotem do worka. Kiwnl potem rk na stojcego najbliej Kolemenos i wrczyl mu chleb, ryby i slonin. Kolemenos stal dlugo bez ruchu, patrzc na trzyman przez siebie ywno. Przerwalem wreszcie to milczenie.


- Schowaj to do swego worka, Anastazy. Podzielimy póniej powiedzialem.


Na dwik mego glosu drwal spojrzal na mnie i na strzelb. W jego oczach malowalo si nie wypowiedziane pytanie. Zbliylem si do Smitha, eby si naradzi. Zgodzilimy si, e strzelba byla dla nas zupelnie bezuyteczna. Nie moglibymy jej uywa ze wzgldu na halas, szczególnie w gciej zaludnionych okolicach, w które zaczynalimy wkracza. Z drugiej jednak strony byloby nieostronoci pozostawi j drwalowi. Zasignwszy jeszcze opinii Makowskiego i Paluchowicza, którzy podzielali nasze obawy, e Rosjanin moe uy strzelby przeciw nam lub dla zawezwania pomocy, zwrócilem si do niego:


- Bardzo aluj, stary, ale musimy zabra twoj strzelb.


Po raz pierwszy drwal wydawal si zaniepokojony. Uniósl w gór ramiona, jakby chcial nas prosi, po czym opucil je.


- Nie bdzie dla was bezpiecznie strzela z mojej strzelby - powiedzial. - Ale rozumiem, o co wam chodzi. Najlepiej powiecie strzelb na jakim drzewie, a ja ju którego dnia j odnajd.


Zbieralimy si do drogi. Raz jeszcze spojrzal na Krystyn.


- Niech wam szczcie sprzyja - zawolal za nami. - Obycie znaleli to, czego szukacie.


Szlimy przez gadzin prawie bez slowa, rozmylajc o tym, e pozbawilimy drwala rzeczy dla niego najcenniejszej.


- No dobrze - odezwal si wreszcie Zaro. - Ale ko mu jednak zostal.


Rozemialimy si, ale nie mog powiedzie, bymy poczuli si lepiej.


Po jakich dziesiciu kilometrach zawiesilem strzelb na niskiej galzi drzewa rosncego przy malo widocznej ciece. Do kolby przywizalem kawalek jeleniej skóry.


ywnoci nie tknlimy a do wieczornego postoju. Kolemenos podzielil j na osiem porcji. Tak mala wydala si moja racja, e móglbym potkn j w minut. Ale nauczeni dowiadczeniem przezornie postanowilimy podzieli kad porcj jeszcze na trzy czci - tak, by zostalo co do jedzenia take na dwa nastpne wieczory. Krystyna przysluchiwala si rozmowie i dostosowala si do naszej decyzji. Pamitam, e tej nocy byla szczególnie blada i zmczona.


Mimo e zajci bylimy glównie poszukiwaniem ywnoci, posuwalimy si do wawo naprzód. Napotykalimy coraz wicej ladów wskazujcych, e wkraczamy w zamieszkale okolice. Zwykle wspinalimy si na pagórki i ze szczytów obserwowalimy teren. Nieraz zdarzalo nam si widzie w oddali ludzi. Zmienialimy czsto kurs, by unikn waniejszych dróg, wzdlu których biegly slupy telefoniczne. Czasem dochodzily nas glosy nawolujcych si kolchoników i warkot traktorów. Kiedy indziej slycha bylo wycie fabrycznych syren.


Marsz za dnia stawal si niebezpieczny. Kiedy nic ju nie pozostalo z ywnoci otrzymanej od drwala, odbylimy narad. Tego dnia - pamitam - Krystyna nie mogla nady za nami. Kilka razy zostawala z tylu i opóniala marsz. Omawialimy wlanie plan




81 dalszego dzialania, gdy Paluchowicz, zauwaywszy, e dziewczyny nie ma w pobliu, zapytal, czy co jest z ni nie w porzdku.


- Wszystko jest w porzdku, po jednym dniu wypoczynku czulaby si znacznie lepiej - odpowiedzialem. - Kobiety maj okresy slaboci. Zdyle o tym zapomnie?


- Nie przyszlo mi to do glowy - chrzknl Paluchowicz. - Biedne dziecko - szepnl Makowski.


- I tak bdziemy musieli wkrótce powróci do nocnych marszów - wtrcil si Smith. - Moemy wic ju teraz zmieni nasz program i da Krystynie troch wytchnienia. Slav, porozmawiaj z ni, powiedz, e pójdziemy dalej, gdy wydobrzeje.


Wyszedlem jej na przeciw i spotkalimy si w chwili, gdy wlanie wychodzila zza drzew.


- Krystyna, robimy dzie odpoczynku, a potem bdziemy maszerowali tylko noc.


- Czy to przeze mnie? - zapytala, rumienic si.


- Ale skd. Po prostu marsz noc jest bezpieczniejszy.


- Wiem, e zatrzymywalam was przez caly dzie. Tak mi przykro, ale czuj si taka zmczona.


- W ogóle si tym nie przejmuj. Odwrócila glow.


- Taki jeste dla mnie dobry, Slawku. Tak bardzo ci dzikuj. Zaprowadzilem j do naszych towarzyszy, którzy nagle stali si niezwykle rozmowni i starali si j rozweseli. Krystyna usiadla obok Smitha i poprosila, by jej opowiedzial o Amerykankach. Smith umiechnl si i zaczl opowiada, a ona sluchala, oparlszy podbródek na kolanach.


Nasz nowy system byl calkiem przyjemny. Spalimy w cieple slonecznego dnia, a podczas chlodnych nocy maszerowalimy przy wietle ksiyca.


W czasie jednej z takich ksiycowych nocy glód zmusil nas do pierwszego rabunku. Ze wzniesienia obserwowalimy migocce w dole wiatelka wioski. W pewnym momencie dobiegl nas wyrany kwik wini.


Zaro mlasnl lakomie jzykiem.


- Moja matka robila wietn grochówk na wiskim ogonie. Kolemenos dotknl mego ramienia i rzekl:


- Warto by poszuka tego wieprzka.


Rozwaylimy szans. Bylo jasne, e musimy zdoby co do jedzenia. Tylko Smith pocztkowo oponowal, ale ustpil. Na myliwsk wypraw po wieprza ruszyli: Kolemenos z siekier, ja z noem i Marcinkovas do pomocy. Pozostali mieli obej wie w kierunku widocznej na widnokrgu w odlegloci kilku kilometrów kpy drzew i tam czeka na nas. Bylo oczywiste, e jeli uslysz jakie zamieszanie we wsi, wskazujce, e zostalimy odkryci - maj ucieka jak najszybciej.


Olbrzymi Lotysz i ja szlimy przodem. Marcinkovas trzymal si kilka metrów za nami. Idc w kierunku, z którego zdawalo nam si, e doslyszelimy kwik wieprza, natrafilimy tu na skraju wioski na sad. Wród mlodych drzewek owocowych rosla gsta trawa.


U wejcia do sadu zostawilimy na stray Marcinkovasa, a sami zaczlimy si czolga w stron drewnianego zabudowania, wygldajcego na stodol.


- Czuj wieprzka - szepnl mi w ucho Kolemenos. Przed nami wylonil si stos drewien narbanych na opal.


- Nie potr ich czasem - szepnl Kolemenos - bo wszystko runie z hukiem.


Spojrzelimy na dach, czy nie ma komina, by si upewni, e nie jest to mieszkalna chata.


Podczolgalem si naprzód i przywarlszy do drewnianej ciany, przyloylem ucho. W rodku slycha bylo wyranie chrzkanie wini wierccej si niespokojnie w slomie.



82 Kolemenos wyskoczyl z ukrycia i podbiegl do mnie. Zaczlimy bezskutecznie szuka wejcia.


- Drzwi musz by po drugiej stronie - szepnlem.


Niestety byto to strona wychodzca na wie z owietlonymi oknami chalup.


Znalazlem drzwi. Nienaoliwione zgrzytnly straszliwie, gdy pocc si, zaczlem je leciutko otwiera. Wliznlem si do rodka, a Kolemenos przecisnl si za mn. Ruszylem w kierunku przeciwleglej ciany, przez któr slyszalem wini. Kierujc si w ciemnociach tylko dotykiem, natrafilem na drzwiczki prowadzce do odgrodzonej czci budynku. Skoczylem naprzód. Wieprz chrzknl i zaczl mnie obwchiwa, dotyka ryjem mojej nogi. Kolemenos potnymi ramionami objl lagodnie zwierz, próbujc oceni jego wag.


- Za ciki. Nie uniesiemy - zawyrokowal.


Mielimy tylko jedno wyjcie - namówi wieprza, by poszedl z nami dobrowolnie.


- Musisz si z nim zaprzyjani - szepnlem. - Polechtaj go po brzuchu, a potem id za nim i popychaj. Tylko delikatnie. Zabralimy si obaj do roboty. Gdy zaczl chrzka z zadowolenia, wzilem go za ucho i pocignlem do drzwi. Kolemenos z tylu zachcal go do drogi. Minlo kilkanacie sekund, w cigu których wstrzymalimy oddechy. Wieprz drgnl wreszcie i ruszylimy w stron drzwi, a przez nie do sadu, szepczc wieprzowi w ucho czule slówka. Na skraju sadu spotkal nas blady ze zdenerwowania Marcinkovas. Dalem mu znak, by szedl za nami, oslaniajc nasz odwrót.


Szczcie sprzyja tylko ludziom zdecydowanym na wszystko. W odlegloci stu metrów od miejsca, w którym mielimy spotka naszych towarzyszy, Kolemenos zabil wieprza jednym uderzeniem siekiery. Musz przyzna, e przez chwil al mi si zrobilo tak przyjaznego i ufnego stworzenia. Czas naglil, trzeba bylo szybko sprawi wini i rozdzieli miso.


Wszystko to odbyto si w niewielkiej odlegloci od wsi, której mieszkacy mogli nastpnego dnia znale z latwoci nasze lady. Trzeba wic bylo przej moliwie najwikszy odcinek przed witem. Wlokc si z trudem przez kilka godzin, o wschodzie sloca trafilimy na skaliste wzgórze, na którym poczlimy szuka kryjówki. Wydawalo si ju, e nie znajdziemy nic odpowiedniego, gdy nagle kto odkryl wilgotn jaskini o wskim wejciu, dobrze zaslonitym karlowatymi drzewami.


W pelni sloca mona bylo dokladnie obejrze otaczajc nas równin. Od strony, z której przyszlimy, zamykalo j pasmo wzgórz. Nigdzie nie wida byto ladów ycia, postanowilimy jednak zachowa ostrono. Zloywszy w glbi jaskini wypchane misem worki, z niepokojem zastanawialimy si, co zrobi z tak wielkim zapasem ywnoci. W cieple czerwcowego sloca miso zepsuloby si bardzo szybko. Wiedzielimy wic, e trzeba je bezzwlocznie upiec. Rozpalenie ogniska pocigala za sob wielkie ryzyko - ale nie mielimy innego wyjcia.


Pozbierawszy jak najsuchsze galzie, rozpalilimy ogie w glbi jaskini. Krystyna obracala drewniany roen, na którym zatknite bylo miso. Topicy si tluszcz splywal do ognia, skwierczc i syczc. Cal jaskini wypelnil smakowity zapach pieczonej wieprzowiny i aromat palcych si galzi. W pewnym momencie zaczlimy si niepokoi o Marcinkovasa i Zar, którzy poszli z blaszank szuka wody i nie wracali do dlugo. Zjawili si wreszcie zmczeni. Po dluszych poszukiwaniach odkryli cieniutki strumyczek ledwie sczcy si ze skaty i musieli cierpliwie czeka, a napelnila si blaszanka.


Przez caly nastpny dzie na przemian gotowalimy, jedli i spali, trzymajc stale jednoosobow stra. Wczesnym popoludniem dostalem straszliwych boleci. Paluchowicz, Smith i Makowski te jczeli, trzymajc si za brzuchy. Byty to oczywiste skutki przecienia naszych odzwyczajonych od trawienia oldków tlust i niedopieczon wieprzowin. W mniejszym lub wikszym stopniu cierpieli wszyscy. Pod wieczór, gdy bóle



83 ustaly, zmusilimy si do dalszego jedzenia! Kto - nie pamitam kto - wpadl na pomysl, e najlepiej zabezpieczymy miso przed zepsuciem, gdy je uwdzimy. Jeszcze przed zapadniciem zmroku przykrylimy plonce ognisko stosem galzek jalowca. Gsty dym wyciskal nam lzy z oczu i powodowal ataki kaszlu. Przez kilka godzin wdzilimy platy misa, a nabralo brzowego koloru. Zapakowawszy miso do worków, ruszylimy w drog. Tu przed opuszczeniem jaskini dostalem znowu skurczów oldka. Powtarzaly si one jeszcze przez wiele godzin.


Wedlug moich oblicze od granicy dzielil nas jaki tydzie marszu. Czujc, e si zblia przelomowy moment, zaczlimy stosowa przesadne rodki ostronoci. Przed przekraczaniem otwartych przestrzeni lub jednej z licznych rzeczek badalimy najpierw dokladnie teren, chocia trudno byloby komukolwiek dostrzec nas w ciemnociach nocy. Miotem wci uczucie, e poruszamy si wród nieprzyjaciól, na których wczeniej czy póniej musimy si natkn. Bardziej ni granicy balem si przekraczania torów kolei transsyberyjskiej. Zblialimy si do niej coraz bardziej i z oddali slycha bylo stlumiony huk przejedajcych pocigów. Smith podzielal moje obawy.


- Linia kolejowa jest na pewno dokladnie patrolowana - zauwayl z niepokojem.


- Przejdziemy noc - odpowiedzialem.


Za dnia nie latwo bylo o sen. Stray nie wystawialimy, bo czuwali wszyscy. Jedna Krystyna nie troszczyla si o nic, darzc nas absolutnym zaufaniem. Przyjemnie byto na ni patrze, jak spala spokojnie, podczas gdy my zamartwialimy si nadchodzcymi niebezpieczestwami. Raz, ubawiona, ogldala z naszego ukrycia przechodzc w oddali karawan wielbldów obladowanych baweln.


- Od reniferów do wielbldów -ciekawe, jakie jeszcze czekaj mnie atrakcje? - powiedzial Zaro.


Którego czerwcowego ranka stanlimy na wzniesieniu, z którego dojrzelimy wreszcie lini kolei transsyberyjskiej. Wzdlu torów wida byto przed nami male wioski oddalone od siebie o kilka kilometrów. Na skraju kadej wsi stal budynek drónika. Od naszej, pólnocnej strony tory oslanial przed niegiem pas drzew oraz plotki. Przez caly dzie obserwowalimy tory i jadce w obie strony pocigi. Okolo poludnia przejechal w drodze na zachód pocig Czerwonego Krzya. Po jakiej godzinie, znów w tym samym kierunku, przeszedl, sapic, dlugi sklad towarowy. W podnieceniu pokazywalimy sobie ustawione na platformie wagonów dziala. Niektórzy, zmczeni stal obserwacj, zapadali od czasu do czasu w drzemk. Obaj ze Smithem bylimy zbyt niespokojni i podenerwowani, by móc spa.


Gdy tylko si ciemnilo, ruszylimy w stron torów. Paluchowicz i Makowski jako specjalny patrol ubezpieczajcy szli na obu skrzydlach. Krystyna rodkiem, pod opiek Smitha. Kolemenos, Marcinkovas, Zaro i ja, w sporych odstpach, przed nimi. Dotarlimy po godzinie marszu do drzew rosncych wzdlu toru i przykucnlimy, czekajc na idcych po obu flankach Paluchowicza i Makowskiego. Dolczyli do nas, nie zauwaywszy po drodze nic podejrzanego.


- W porzdku - powiedzialem. - Pójd naprzód z Marcinkovasem, a wy za nami, a do skraju drzew. Tam czekajcie na sygnal.


Przejcie plotu nie przedstawialo adnych trudnoci. Po drugiej stronie byl rów. Wyczolgalimy si z niego na tor i zaczlimy nasluchiwa. Wokól panowala glucha cisza. Przyloywszy ucho do najbliszej szyny, te nie doslyszalem adnych dwików. Wyprostowalem si wówczas na chwil i rk dalem znak reszcie. Poloylem si potem obok Litwina i w napiciu czekalem ich przybycia. Wytajc sluch, slyszalem jak biegn i wydawalo mi si, e robi nieznony halas. Pierwsza przykucnla przy mnie Krystyna.


-Jak tam? - zapytala szeptem.


- Wszystko w porzdku - odpowiedzialem.



84 Rozejrzawszy si dokola, stwierdzilem, e wszyscy s na miejscu. Jeszcze jedno spojrzenie w przód poprzez blyszczce szyny i dalem znak rk.


- Ruszamy - szepnlem i chwyciwszy Krystyn pod rami, przeskoczylem z ni przez tory.


- Kry si - zawolal kto nagle, gdy po przejciu torów przebieglimy ile sil okolo stu metrów.


- Kry si!


Spojrzawszy przez rami, dojrzalem wiatla osobowego pocigu. Runlem na ziemi, pocigajc za sob dziewczyn. Wszyscy przywarli do trawy, gdy pocig mijal nasz hukiem. Byl to niebezpieczny moment. Gdyby dojrzal nas kto z pocigu - nie obeszloby si bez oblawy.


Po kilku godzinach marszu ranek zastal nas nad brzegiem rzeki o przejrzystej wodzie, w której milo si od ryb. Nie mielimy jednak pomyslu, jak je lapa, tote obserwowalimy je tylko niczym w akwarium. W przeciwiestwie do wód splywajcych do jeziora Bajkal ta rzeka miala slaby prd i ciepl wod. Przeplynlimy z przyjemnoci na drugi brzeg. Teren po drugiej stronie rzeki byl plaski, ale stwarzal dobr oslon. Przecinaly go liczne plytkie strumienie. Nad jednym z nich wlanie, po dwóch dniach od przekroczenia toru kolejowego, Krystyna nagle zdecydowali: - Musimy upra nasze rzeczy.


Zgodzilimy si, e pomysl jest dobry. Brodzc w strumieniu, Krystyna odeszla, by si ukry przed naszym wzrokiem. Rozebralimy si do naga i zaczlo si pranie. Bylimy niemoliwie zawszeni. Wiedzialem, e nie pozbd si wszystkich wszy, ale trzymajc ubranie pod rwcy prd strumienia, staralem si przynajmniej zmniejszy t armi pasoytów, ywicych si mn od tak dawna. Po wymoczeniu, tluklimy nasze ubrania kamieniami i deptali, starajc si wygnie z nich jak najwicej brudu. Gdy suszyly si w slocu, rozcignlimy si w wysokiej trawie. Po jakich dwóch godzinach dal si slysze ostrzegawczy glos Krystyny. Zerwawszy si w przeraeniu, zaczlimy popiesznie wciga spodnie.


Krystyna wygldala tak, jakby si wyszorowala szczotk. Twarz jej lnila czystoci. Uloyli te swe kasztanowe wlosy i zaplotla je w warkocze. Patrzc wyniole i poruszajc si jak wytworna dama na przyjciu, pozdrowila nas uroczystym:


- Witam panów.


Koczc nasz toalet, zareagowalimy miechem na to powitanie. Smith nazbieral jakich róowych kwiatów i zrobil z nich bukiecik.


- Wygldasz licznie, moje dziecko - powiedzial, wrczajc je Krystynie.


Odpowiedziala radosnym miechem. Byl to chyba jeden z jej najszczliwszych dni.


W pobliu granicy natknlimy si na dwóch Buriatów. Spotkania z nimi nie mona bylo unikn. Dostrzeglimy si wzajemnie z odlegloci nie wikszej ni pidziesit metrów. Nie pozostalo wic nic innego, jak i obojtnie w ich stron. Jeden z nich byl mczyzn w rednim wieku, jeli w ogóle mona okreli wiek Mongola, drugi byt niewtpliwie mlody. Najprawdopodobniej byli to ojciec i syn. Umiechajc si i kiwajc glowami, czekali, a si zbliymy do nich. Gdymy si zatrzymali, powitali nas uklonem.


Rozmowa byla ozdobiona wyszukanymi uprzejmociami, przy czym ja staralem si naladowa ich w tym wzgldzie. Zapytali nas, czy nam nogi dopisaly w naszej wdrówce. Odpowiedzialem, e nasze nogi sprawowaly si dobrze, i z kolei zapytalem o ich nogi. Starszy przepytywal nas szczególowo.


- Skd idziecie?


- Z pólnocy, z Jakucka.


- A gdzie was droga prowadzi?


- Nasza droga prowadzi daleko, na poludnie.



85 Stary spojrzal chytrze spod swych pomarszczonych powiek. - Pewnie idziecie si modli do Lhasy?


Pomylalem, e to rzeczywicie doskonaly pomysl. - Tak - odpowiedzialem.


Ale ciekawo starego nie byla jeszcze zaspokojona. Ogldal nas badawczo.


- A co robi z wami kobieta?


- Nasza droga prowadzi przez miejscowo, w której mieszka jej rodzina. Obiecalimy, e j tam odprowadzimy.


Obaj spojrzeli na nasz umiechem, jakby pochwalajc to, e opiekujemy si samotn dziewczyn. Pogrzebali w glbokich kieszeniach i wyjli orzeszki, którymi zaczli nas czstowa.


Kolejno wymienilimy znów yczenia, aby nasze nogi zaniosly nas pewnie i bezpiecznie do miejsca przeznaczenia. Odwrócili si potem i ruszyli w swoj drog. Postanowi3imy czeka, a znikn nam z oczu, ale nie uszli daleko, gdy stary nagle zawrócil, zbliyl si do Krystyny i wrczyl jej peln gar orzeszków. Poegnal si potem jeszcze raz z ni i z nami. Gdy si wreszcie obaj oddalili, ruszylimy szybkim krokiem. Granica byla blisko i nie moglimy pozwoli sobie na nadmierne ryzyko.




86 XIV. ,,Ósemka" wkracza do Mongolii


Pierwszy etap ucieczki zakoczyl si w drugim tygodniu czerwca, gdy przekroczylimy sowiecko-mongolsk granic. Dzie ten zapisal mi si w pamici z dwóch powodów: granic przeszlimy nadspodziewanie latwo; po drugie, opuszczalimy Buriacko- Mongolsk Autonomiczn Socjalistyczn Republik Radzieck z prawie stukilogramowym zapasem mlodych, drobnych kartofli, które wykopalimy na polu odleglym o kilka godzin marszu od granicy. Do niewoli szlimy z niczym, a wychodzilimy z Syberii niele zaopatrzeni.


Stanlimy na granicy pónym popoludniem. Nadcignly cikie, czarne chmury i ciemnilo si przedwczenie. Z dala dochodzily pomruki burzy. Poza tym panowala zupelna cisza. Bylo gorco i duszno. Lini graniczn wyznaczaly trzymetrowe slupy, pomalowane na czerwono, z przytwierdzonymi na szczycie okrglymi tablicami, na których widnialo godlo ZSRR - sierp i mlot, obramowane klosami zboa, oraz gwiazda. Slupy byly tak rozmieszczone, e stojc przy którym z nich, widzialo si zawsze, bez wzgldu na uksztaltowanie terenu, przynajmniej jeden poprzedni i jeden nastpny. Obszedlem slup, by zobaczy, co jest na drugiej stronie tablicy. Ale nie bylo tam nic.


- Jak tam w Mongolii? - zapytal Zaro. Skoczyl w moj stron, a reszta za nim. Zaczlimy taczy z radoci, klepa si po plecach, cign za brody i ciska sobie rce. Krystyna pocalowala kadego po kolei, a potem, wzruszona, rozplakala si z radoci. Smith, jak zwykle czujny, ostentacyjnie zarzucil sobie swój worek kartofli na plecy i ruszyl naprzód. Wci jeszcze miejc si i dokazujc, podylimy za nim.


- Oddalmy si std jak najszybciej - powiedzial. - Nie wiemy, jak daleko sigaj tu faktyczne wplywy rosyjskie. Nie wiemy, gdzie jestemy i dokd idziemy.


Szlimy szybko, a worki obijaly si nam o plecy. Pozostawione w tyle slupy graniczne wkrótce znikly w oddali i w ciemnociach. Amerykanin sprowokowal mnie do przeprowadzenia starannych oblicze. Ustalilem, e w cigu szedziesiciu kilku dni przebylimy dwa tysice kilometrów - stanowilo to nie lada wyczyn. Moje rachunki przerwal Paluchowicz.


- Jak daleko mamy jeszcze i? - zapytal.


- Sdz, e dwie trzecie drogi jest jeszcze przed nami - odpowiedzialem.


Paluchowicz nie odezwal si, ale czulem, e nie byl zachwycony.


Po raz pierwszy zaczlimy si wszyscy powanie zastanawia, dokd wlaciwie idziemy. Dotychczas kierowalimy si jedn myl: byle uciec z Syberii. Gdy bylimy jeszcze w lagrze, bez wielkiego przekonania mówilem o Afganistanie. Wydawal mi si on bezpiecznym, poloonym na uboczu krajem, gdzie wpuszczono by nas bez zadawania zbyt wielu pyta. Teraz jednak zaczlimy si zwraca mylami ku Indiom. Mam wraenie, e naprowadzila nas na to nasza wczorajsza rozmowa z dwoma Mongolami. ,,Zhasa"! Slowo to moglo okaza si bardzo przydatne w kraju, którego jzyka nie znalimy. Jego dwik mógl by zrozumiany i wywola w odpowiedzi gest rki wskazujcy kierunek. W tym pierwszym okresie mówilimy oczywicie glównie o Tybecie. Indie wydawaly si jeszcze zbyt odlegle, by si nad nimi zastanawia.


Smith mial racj, nie wiedzielimy, gdzie jestemy. Nie mielimy map, nie byto te kogo zapyta, nawet gdybymy chcieli. Poslugujc si mapami, próbowalem w ostatnich latach wytyczy w przyblieniu nasz ówczesny szlak. Bld w moich obliczeniach moe siga okolo stu pidziesiciu kilometrów. Z tym zastrzeeniem gotów jestem twierdzi, e weszlimy do Mongolii u stóp gór Chentej. Trawersujc ten lacuch, musielimy zboczy



87 bardziej na zachód, tak e w kocu obeszlimy jedyne wiksze miasta w tym rejonie Urg (obecnie Ulan Bator) od zachodu.


Moj teori potwierdza uksztaltowanie powierzchni, rozmieszczenie terenów uprawnych oraz napotykane przez nas liczne rzeki, którymi plynly wyladowane sampany. Lodzie musialy plyn do Urgi, miasta lecego u zbiegu trzech rzek, z których kada ma wiele doplywów.


W cigu dwóch godzin od przekroczenia granicy pilimy si nieustannie pod gór, a pot zalewal nam oczy. Caly czas slyszelimy odglosy nadcigajcej burzy, grzmoty rozlegaly si coraz bliej. Podmuchy cieplego wiatru, wiejcego z rónych kierunków, stawaly si coraz gwaltowniejsze. Okolo pólnocy piorun uderzyl gdzie zupelnie blisko z takim hukiem, jakby cala bateria cikich dzial data jednoczenie ognia. Burza wreszcie nas dosigla. W tej samej chwili, gdy blyskawica rozdzierala niebo, rozlegal si ogluszajcy huk eksplozji. Bylimy w samym centrum. Spadly pierwsze, wielkie i cikie krople deszczu, a my gorczkowo szukalimy jakiego schronienia, cho w wietle blyskawic wida bylo tylko gole, skaliste zbocza. Zapadla taka ciemno, e posuwalimy si niemal po omacku. Wkrótce runla ulewa o niespotykanej sile. Mimo wiatru deszcz bil prawie prostopadle. Moje ubranie przemoklo w cigu minuty, a za kolnierz splywaly mi potoki wody. Byla to najgorsza burza, jak kiedykolwiek przeylem.


Przetrwalimy noc w plytkiej szczelinie midzy dwiema gladkimi skalami. Siedzielimy skuleni, starajc si osloni Krystyn - mokr, dygocc z zimna i oszolomion potg ywiolu.


Ledwo zaczlo wita, ruszylimy naprzód. Deszcz lal caly czas, lal przez caly dzie, nastpn noc i caly drugi dzie. Wydawalo si, e ulewa nie skoczy si nigdy. Ale pod wieczór drugiego dnia deszcz ustal tak nagle, jak si pojawil, doslownie jakby kto zakrcil w niebie kurek. Rano pokazalo si gorce sloce, zmieniajc calkowicie otaczajcy nas krajobraz - góry parowaly. Nalealo wysuszy odzie i ustali poloenie.


Kontynuacja wspinaczki nie wymagala wielkiego wysilku, chocia worki wyladowane kartoflami nie ulatwialy marszu. Nikt jednak nie narzekal z tego powodu. Czwartego dnia osignlimy kulminacj, z której roztaczal si widok na pasmo cignce si na wschód i na zachód od nas i opadajce na poludnie.


Nasz szlak przechodzi) przez trzy slabo wyksztalcone, splaszczone wierzcholki, tworzce rozlegly plaskowy o nierównej powierzchni. Bylo zbyt mokro, eby rozpali ogie, wic poywialimy si tylko orzeszkami i podsuszonymi rydzami o kapeluszach wielkoci spodków. Grzyby te dobrze znalem z dziecistwa. Moi towarzysze pocztkowo odnosili si nieufnie do tych rdzawych, misistych ,,muchomorów", które rosly czsto na murszejcych klodach drzew, ale z czasem zmienili zdanie. Odtd w sprawie jadalnych i trujcych grzybów wszyscy polegali na mojej opinii.


Idc poludniow krawdzi plaskowyu, dostrzeglimy w dole, na wschodzie, biale, plaskie dachy domów jakiej wioski. Na ocienionych drzewami pastwiskach pasly si zwierzta, które wygldaly na kozy, oraz kilka wielbldów, latwych do rozpoznania nawet z tak duej odlegloci. Marcinkovas, Paluchowicz i Makowski nalegali, aby zej do wioski i nawiza kontakt z mieszkacami. Kategorycznie sprzeciwil si temu Smith, uwaajc, i jestemy zbyt blisko sowieckiej granicy. Rozgorzala dyskusja. Mimo e oponenci Smitha pomagali sobie yw gestykulacj, ostatecznie zwyciyly rzeczowe argumenty i cierpliwo Amerykanina.


Góry Chentej pokonalimy w cigu omiu dni. Pamitam ostatni etap tej wdrówki, poniewa znalelimy wreszcie drzewo nadajce si na opal. Rozpaliwszy ogie, zjedlimy resztki naszej cuchncej ju wieprzowiny. Na skraju ogniska poloylimy plaski kamie i upieklimy na nim ziemniaki. Bylo to wyborne danie. Na deser zjedlimy pozostale orzeszki.



88 Gdy schodzilimy z chlodnych gór na równin, wydalo nam si, e wstpujemy do rozpalonego pieca. Pozdejmowalimy wywatowane fufajki i zostalimy tylko w kamizelkach uszytych w obozie. Krystyna oddala bluz Kolemenosowi, a sama szla w swej splowialej sukience, wycitej pad szyj. Ziemia byla twarda jak beton i pokryta czerwonawym pylem. Nasze gole ramiona zaróowily si szybko na slocu. Póniej pojawily si pcherze, jeszcze póniej zeszla z nich skóra - a w kocu nabraly brzowego koloru.


Codziennie zmuszalimy si do przejcia 30, a czasem nawet 45 kilometrów, co bylo duym wysilkiem, który w dodatku zdawal si nie mie koca. Midzy palcami nóg oraz na stopach porobily si nam glbokie rany, gdy drobne, ostre ziarenka piasku dostawaly si do mokasynów i ocieraly skór. Opatrywanie nóg stolo si jedn z najwaniejszych czynnoci. Blogoslawilimy zapobiegliwo Paluchowicza - czlowieka, który od pocztku mial najwiksze klopoty ze stopami. Otó kiedy pieklimy wieprza, jeszcze w syberyjskiej jaskini, Paluchowicz zbieral wytapiajcy si tluszcz do niewielkiego plaskiego naczynia, przypominajcego polówk orzecha kokosowego, które zrobil, wydrywszy kawalek drewna. Tluszczem tym smarowalimy oszczdnie nasze poranione stopy.


Teren, na który wkroczylimy, pocity byt sieci rzek. Do pierwszej z nich dotarlimy dopiera po dwóch dniach uciliwego marszu przez spieczon slocem równin. Byla to dua rzeka, co najmniej stumetrowej szerokoci. Plynla w korytarzu zieleni. Brzegi porastala bujna soczysta trawa, a z wody strzelaly smukle trzciny o wlastych, podobnych do bambusa lodygach. Kiedy wreszcie osignlimy rzek - a od czasu, gdy j zobaczylimy z oddali, nogi niosly nas szybciej - poloylimy si na brzuchach na brzegu i w takiej pozycji pilimy wod. Potem nastpilo moczenie zbolalych stóp i kpiel, podczas której szorowalimy nasze ciala mikkim piaskiem z dna rzeki. Odwieeni, upieklimy ziemniaki, a po posilku wycignlimy si na trawie z uczuciem blogiego odprenia.


Po jakiej godzinie na rzece pojawila si donka, której dziób i rufa wznosily si wysoko nad wod. rodkow cz lodzi ocienial lichy baldachim. W czci dziobowej, przed baldachimem, leal w poprzek lodzi do gruby kolek, wystajcy z obu stron poza burty na dlugo moe póltora metra. Do koców erdzi przywizane byly wizki patyków, zwisajce kilka centymetrów nad poziomem wody. Jak si potem zorientowalem, urzdzenie to mialo na celu podtrzymywanie równowagi lodzi. Zalog stanowil Chiczyk. Stojc, odpychal si co jaki czas od dna rzeki dlug tyczk. Odziany byl w charakterystyczny stokowy kapelusz, lniane portki i poszarpan koszul z rkawami oderwanymi na wysokoci lokci. Widok ten byl dla nas tak niezwykly, e zaczlimy macha rkami w jego stron. Chiczyk, umiechajc si, take nas pozdrowil. W cigu nastpnych czterech godzin przeplynlo jeszcze kilka donek. Wszystkie poruszane byly na pych, cho jedna miala maszt, na który mona bylo wcign agiel.


Widzielimy póniej wiele donek na innych rzekach Mongolii Zewntrznej. Ale plywali nimi zawsze Chiczycy. Nigdy natomiast nie spotkalimy Chiczyków na drogach. Ldem podróowali tylko Mongolowie.


Kilka kilometrów po przeprawieniu si przez rzek zetknlimy si po raz pierwszy bezporednio z tubylcami. Nie posuwalimy si adn wytyczon drog - szlimy na przelaj, uwzgldniajc uksztaltowanie terenu. Dojrzawszy ze wzniesienia jaki charakterystyczny punkt, kierowalimy si do niego tak, by unikn wikszych pagórków. Po jakim czasie nasz szlak przecinal drog bit, biegnc ze wschodu na zachód. Na drodze tej zobaczylimy posuwajc si powoli z zachodu grup ludzi. Bylo jasne, e bdziemy musieli si spotka. Wdrowcy take nas spostrzegli i gdy bylimy jakie pidziesit metrów od drogi, zatrzymali si, wyranie na nas czekajc. Slyszelimy, jak z oywieniem rozmawiaj. Gwar ustal w momencie, gdy stanlimy przed nimi. Umiechnici, zaczli si klania, ogldajc nas jednoczenie badawczo.



89 Bylo ich kilkunastu. Prowadzili ze sob wielblda, dwa muly i dwa osly. Zwierzta byly osiodlane i niosly tylko niewielki baga. Na wielbldzie siedzial starzec o rozwianej siwej brodzie. Wygldal jak patriarcha prowadzcy liczn rodzin. Wszyscy nosili mongolskie, spiczaste czapki, skórzane lub z tkanego rcznie materialu, z podniesionymi w gór nausznikami. Na nogach mieli wysokie buty z dobrej, mikkiej skóry. Buty starca odrónialy si zielonym kolorem i bogatym, jedwabnym lub welnianym haftem wyszytym na cholewkach. Dlugie, lune nakrycia sigaly lydek. Spod chalatów wida bylo szerokie skórzane albo plecione pasy. Nie moglem poj, dlaczego s tak cieplo ubrani w tym upale.


Wszyscy mieli zatknite za pasami noe przerónych ksztaltów. Jeden mial nawet duy skladany nó w rogowej oprawie, zawieszony na srebrnym lacuszku. Starzec, jak na patriarch przystalo, byl posiadaczem szczególnie piknego noa o szerokim, lekko zakrzywionym ostrzu, dlugoci co najmniej pól metra. Zdobiona mosidzem pochwa polyskiwala w slocu.


Gdy skoczyla si wzajemna wymiana uklonów, siwobrody zszedl z wielblda. Sklonilimy si znowu. Odpowiedzial uklonem i przemówil do nas w swoim jzyku.


- Moe mówi po rosyjsku, spróbuj - szepnl mi do ucha Smith. Siwobrody doslyszal i zwrócil si w moj stron.


- Oby twoje nogi sluyly ci jak najlepiej w drodze - powitalem go po rosyjsku.


Nastpila dluga cisza.


Odpowiedzial mi wreszcie lamanym rosyjskim, z trudnoci szukajc slów.


- Mówi wicej, prosz. Ja ty rozumie. Ale ja nie mówi. Dawno dobrze mówi. Wiele lat.


Zaczlem mówi bardzo powoli. Starzec sluchal z uwag. Powiedzialem, e idziemy na poludnie (co byto oczywiste) i e przed kilkoma godzinami przeszlimy du rzek. Nie wiedzialem, co mu wicej powiedzie. Gdy urwalem, zapadla cisza. Pomylalem, e rozmowa skoczyla si ostatecznie, ale stary najwidoczniej nie zaspokoil jeszcze swej ciekawoci. Dobierajc mozolnie slowa, zadawal pytania. Dalsza rozmowa miala taki, mniej wicej, przebieg:


- Nie macie wielbldów?


- Jestemy za biedni, by mie wielbldy. - Mulów nie macie?


- Nie, nie mamy mulów. - Oslów te nie macie? - Ani oslów.


Umieciwszy nas w ten sposób na najniszym szczeblu hierarchii spolecznej, zaczl zadawa pytania dotyczce naszej podróy. Padlo slowo ,,hasa". Wskazujc rk w stron poludnia, wymienil nazwy wielu miejscowoci. Wszystkie te informacje byly dla nas jednak bez wartoci, gdy nie mielimy mapy, a zreszt trudno bylo zrozumie, o czym mówil.


Na zakoczenie swego wywodu powiedzial, e czeka nas dluga podró i e sloce wzejdzie jeszcze wiele razy, nim dojdziemy do celu.


Pytanie, które mu nie dawalo spokoju, nastpilo na kocu. Ju od pewnego czasu przygldal si Krystynie. Jej wlosy wyjanialy na slocu, a cera stala si bardziej smagla. Krystyna odpowiadala Mongolowi szczerym, otwartym spojrzeniem swych niebieskich oczu. Starzec zapytal mnie, ile lat ma dziewczyna, czy jest z kim z nas spokrewniona i dokd j prowadzimy. Odpowiedzialem to samo, co spotkanym poprzednia tubylcom.


Ta powolna litania pyta trwala ponad pól godziny. Rozmowa sprawiala starcowi wyran przyjemno. Mam wraenie, e chcial zaimponowa swym mlodszym towarzyszom znajomoci obcego jzyka. Zwracajc si do nich w ich wlasnej mowie, powiedzial co, co przyjli z umiechem. Zaczli zaraz grzeba w jukach, z których po chwili wyjli ywno. Staruszek rozdzielil j midzy nas, dbajc skrupulatnie o to, by kady dostal równ porcj. Zauwaywszy w pewnym momencie, e potnemu Kolemenosowi dal jedn fig wicej ni pozostalym, odebral mu j grzecznie, ale zdecydowanie. Rozdal nam orzechy,



90 suszon ryb, na wpól ugotowan, napcznial kasz, suchary i niewielkie placki owsiane. Uklonilimy si, a ja w imieniu wszystkich zloylem mu podzikowanie w najbardziej wyszukanych slowach, na jakie moglem si zdoby. Mylalem, e na tym skoczylo si nasze spotkanie, ale Mongolowie stali bez ruchu, czekajc na znak patriarchy, który bynajmniej nie kwapil si do rozstania z nami.


Poinformowal nas, nie pytany, e jad na ,,wielki jarmark", na zakupy. Po czym podszedl do swego wielblda, pokrcil si przy nim chwil i powrócil, palc li tytoniowy zwinity w ksztalt cygara i zwizany w rodku wlóknem jakiej roliny. Padal mi paczk sprasowanych lici tytoniu. Podzikowalem i chcialem j schowa do kieszeni bluzy przewieszanej przez rami, ale stary powstrzymal mnie ruchem rki.


- Pali, prosz - powiedzial.


Zaczlem mu tlumaczy, e nie umiem pali jego sposobem i e nie mam papieru na skrcenie papierosa. Kiwnl glow, podszedl znów do swego obladowanego wielblda i za chwil zjawil si z podwójnym arkuszem gazety.


- To dla was. Pali.


Spojrzawszy na gazet, zauwaylem, e byla to ,,Czerwona Gwiazda" z pocztków maja. Stojcy obok mnie Amerykanin te zauwayl dat.


- Slav, uwaaj - szepnl, jak gdybym potrzebowal tego rodzaju ostrzeenia.


Oddarlem ostronie kawalek niezadrukowanego papieru, roztarlem li tytoniowy w dloniach i skrcilem papierosa. Wyjlem nastpnie z kieszeni odrobin hubki, gwód stalowy i krzemie. Trzymajc hubk blisko kamienia dwoma palcami lewej rki, gwodziem uderzylem w krzemie. Hubka chwycila iskr od pierwszego uderzenia. Rozdmuchalem j w plomyk i zapalilem papierosa. Mongolowie przygldali si, podziwiajc moj zrczno.


- Jak nazywacie ten sposób rozpalania ognia? - zapytal patriarcha.


- W niektórych czciach Rosji nazywa si to ,,czakalo bakalo" - odpowiedzialem.


Dwik tej nazwy ubawil go i powtórzyl j dwukrotnie. Palilimy razem - ja mego skrta, Mongol swoje cygaro. Gdy ogie zbliyl si do opaski wlókna, przesunl j dalej. Skoczylimy wreszcie palenie i nadszedl czas, by si rozsta.


Nasz gospodarz signl praw rk do lewego biodra, co wyjl zza pasa, po czym przyloyl ucho do trzymanego w dloni przedmiotu. Wycignlem ciekawie szyj - trzymal zegarek, duy srebrny zegarek, srebrnym lacuszkiem przyczepiony do pasa. Wyczul natychmiast nasze zainteresowanie. Skupilimy si wokól niego, ogldajc zegarek. Pozwolil mi laskawie go dotkn. Byl to stary zegarek, nakrcany kluczykiem. Mial z pidziesit lat, a w kadym razie byl zrobiony grubo przed rewolucj przez carskiego zegarmistrza, który ju pewnie dawno nie yl. Dziwnie pracuje pami ludzka. Trudno wytlumaczy dlaczego, ale wyryte na tarczy tego zegarka nazwisko zegarmistrza ,,Pawel Bure" utkwilo mi na zawsze w pamici.


- Wiele lat temu - tlumaczyl staruszek - gdy Rosjanie bili si midzy sob, niektórzy z nich uciekli do naszego kraju. Wyjanilo to wszystko - nie tylko pochodzenie zegarka, który pewno stanowil dar, zaplot za uslug lub zostal na co wymieniony, ale równie znajomo jzyka rosyjskiego starego Mongola.


Rozstalimy si po wymianie wielu uprzejmoci i wzajemnych ycze, by nam dopisywaly nogi. Bylo to moe najbardziej interesujce spotkanie w Mongolii. Przekonalimy si jednak, e ci ludzie, niezalenie od tego, z jakiej wywodzili si warstwy spolecznej, wykazywali zawsze t sam uprzejmo, ufno, hojno i gocinno. Kady pomagal nam stosownie do swych moliwoci, ale pomoc ta byla szczera i czyniona z yczliwoci.




91 Inn sympatyczn cech tubylców byla ich naiwna ciekawo. Niestety nieznajomo jzyka uniemoliwiala rozmow podczas póniejszych naszych spotka z Mongolami. Przekonalimy si tylko, e lepsze efekty od porozumiewania si wylcznie na migi daje mówienie we wlasnym jzyku i jednoczesne ilustrowanie wypowiadanych treci odpowiednimi gestami.


Gdy tylko oddalila si karawana Mongolów, rzucilimy si na ,,Czerwon Gwiazd". Nie bylo w niej wiele wiadomoci, ale przeczytalimy j od deski do deski. Bylo to pierwsze slowo drukowane od czasu skrawków starych gazet, które dawano nam w obozie do skrcania papierosów. Z ,,Czerwonej Gwiazdy" nie dowiedzielimy si tego, co nas najbardziej interesowalo i co od samego pocztku przepowiadal kady jeniec w rkach sowieckich - czy ju wybuchla wojna rosyjsko-niemiecka? Gazeta byla pelna nudnych informacji z kraju: echa obchodów pierwszomajowych i zobowizania przekroczenia norm produkcyjnych w rolnictwie i przemyle. Jedna notatka wychwala si rozwiewa nasze nadzieje na wojn midzy dwoma mocarstwami - donosila o wielkich transportach pszenicy z Rosji do Niemiec.


Po przeczytaniu gazety, pocilimy j na paski. Równie kicie tytoniu pokroilimy noem na równe porcje. Kady dostal swój przydzial machorki i ,,Czerwonej Gwiazdy". Kolo siódmej wieczorem dotarlimy do strumienia, nad którym postanowilimy obozowa. Rozpalilimy ognisko, zjedlimy wieczorny posilek, po którym kady rozkoszowal si dymem papierosa.


Pod koniec drugiego tygodnia pobytu w Mongolii zmienilimy rygory marszu, których skrupulatnie przestrzegalimy podczas naszej ucieczki przez Syberi. Wystawianie stray na noc stalo si zbdne. Opucil nas nieustanny lk przed schwytaniem, nie musielimy unika miejscowej ludnoci. Moglimy prosi o ywno i zarabia na ywno prac. Ale nadal ulegalimy przymusowi ciglego posuwania si naprzód - marsz stal si nasz potrzeb, drug natur, wewntrzn koniecznoci. Z uporem, krok po kroku pokonywalimy kadego dnia kolejne kilometry. Ruszalimy przed witem, kiedy jeszcze byl chlód, a koczylimy dobrze po zachodzie sloca. Tyle e w godzinach poludniowych nie maszerowalimy, robilimy przerw, chronilimy si przed najwiksz spiekot, zgodnie ze zwyczajem panujcym w krajach o gorcym klimacie - odpoczywalimy.


Przemierzalimy pagórkowaty teren o kopulastych wzgórzach. Staralimy si obchodzi wiksze wzniesienia, a wspinalimy si na nie, kiedy nie bylo ju innej drogi. Stoki wzgórz porastaly wrzosy, zwykle obficiej od pólnocy. Drzew spotykalo si niewiele, najwicej w pobliu wiosek oraz wzdlu rzek i strumieni. Natomiast róne gatunki krzewów plenily si wszdzie, szczególnie pospolita byla dzika róa i jaka odmiana berberysu o soczystych, owalnych, czerwonych owocach. Kraj zaludniony byl rzadko. Wioski, zawsze poloone blisko wody, oddzielaly znaczne przestrzenie. Ziemi uprawnej niemal nie spotykalimy.


Gdy wspilimy si na wierzcholek wzgórza, pierwsz spraw byto wypatrzenie rzeki. Cala nasza podró przez Mongoli Zewntrzn polegala w gruncie rzeczy na Forsownych marszach w upale od jednej rzeki do drugiej. Rzeki i strumienie koily nasze poranione stopy, gasily pragnienie i umoliwialy chlodn kpiel. Na splawnych rzekach mona te bylo od czasu do czasu zdoby jakie poywienie. Pamitam dobrze te przypadki, gdy przydarzyly si nam ledwie kilka razy.


Po raz pierwszy poszczcilo si nam, gdy napotkalimy wyladowan donk, która utknla na mielinie. Chiczyk na pokladzie odpychal si tyczk od dna, zakladajc j to z jednej, to z drugiej burty. Lód drgala nieco, czasem przechylala si na lew lub na praw stron - ale stala w miejscu.




92 - Pomómy mu - zaproponowal Kolemenos. Weszlimy do wody i dotarlimy do lodzi uwizionej w odlegloci okolo dziesiciu metrów od brzegu. Chiczyk podal nam zapasow tyczk. Podsunlimy j pod dziób i dwignlimy do góry, podczas gdy on pracowal swoj tyczk. Krystyna obserwowala z brzegu nasze wysilki. Po kilku minutach zdolalimy zepchn donk z mielizny na glbsz wod. Uradowany Chiczyk zaczl nas bombardowa ladunkiem swej lodzi - melonami wielkoci pilki footbolowej.


Midzy nami a czekajc na brzegu Krystyn cignl si pas blota. W okresach deszczu, kiedy rzeka przybierala, teren ten znajdowal si pod wod. Górna warstwa blota, wysuszona slocem, tworzyla tward, popkan skorup, która jednak zalamywala si pod ciarem czlowieka. Tote aby wej do wody lub wyj z niej, trzeba bylo tytla si w brunatnej mazi. Zaro, który stal wlanie w blocie i rzucil melon Krystynie, krzyknl nagle wnieboglosy. Nim zdyl wyjani nam, co si stalo, ja sam poczulem, e co si rusza pod moimi stopami. Pochylilem si i zaczlem szuka rkami w blocie. Dwa razy co olizlego wysunlo mi si z rki. Dopiero za trzecim razem wycignlem wijcego si gwaltownie liza, ryb przypominajc wgorza.


- Czy mona to je? - zapytal Amerykanin. - Oczywicie - odparlem.


Tak rozpoczta si pólgodzinna blotna zabawa - gdy wszyscy rzucili si na poszukiwanie lizów - zakoczona wykwintn kolacj. lizy, podobnie jak wgorze, s bardzo ywotne, i aby je oprawi, trzeba bylo im najpierw poodcina lby. Po oplukaniu z mulu, mialy kolor aksamitnie czarny. Upieklimy je na rozpalonych w ognisku kamieniach. Pamitam, e byly slodkawe i e ich jdrne, poywne miso niczym nie przypominalo ryby. Na deser jedlimy soczyste melony. Marcinkovas wpadl na genialny pomysl, by zachowa wydrone polówki melonów i uywa ich jako naczy do picia wody. Pomysl byt rzeczywicie doskonaly, lecz nastpnego dnia skóra owoców popkala i Marcinkovas musial je wyrzuci.




93 XV. Zycie wród przyjaznych Mongolów


Pokonywalimy regularnie okolo 30 kilometrów dziennie. Od czasu do czasu robilimy jednak dlusze postoje. Nieraz trzeba bylo zatrzyma si na kilka godzin, by naprawi mokasyny, opatrzy poranione stopy lub po prostu zarobi na ywno, któr nie zawsze dawano nam z litoci.


W drugim miesicu podróy przez Mongoli trafilimy do wioski zloonej z ubogich domostw. Dla Europejczyka uderzajcy byl brak plotów i w ogóle jakichkolwiek granic midzy obejciami. Wie prowadzila pewnie wspóln gospodark, i platy byly zbdne. Podeszlimy do zbudowanego z kamienia domu o plaskim dachu. Na twardo ubitym klepisku przed domem stal slup, wokól którego chodzil powoli wól. Zblialo si poludnie i mielimy ju za sob okolo pitnastu kilometrów marszu. Bylimy nieco glodni i nieco spragnieni, ale bynajmniej w nie najgorszej formie. Idc, machalimy z fantazj naszymi podrónymi kosturami. Podeszlimy blisko, by obejrze wola i zobaczy, jak wykonuje prac. Midzy zwierzciem a chat znajdowaly si cztery osoby: siedzcy w kucki gospodarz, który uniósl wlanie leniwie czapk, by si podrapa po lysej glowie; zdrowo wygldajcy czternasto- czy pitnastoletni chlopak, który kijem przynaglal wola; oraz dwie kobiety, z których jedna mogla by matk, a druga babk chlopca. Kobiety nie zwrócily na nas najmniejszej uwagi, ale mczyzna wstal i podszedl do nas wraz z chlopcem. Wymienilimy uklony, po czym Mongol zaczl nam co dlugo i rozwlekle opowiada. Z rozmowy nic jednak nie wyszlo, poza umiechami, wic rozsiedlimy si wszyscy na klepisku. Wól, korzystajc z tego, e chlopak przestal go pilnowa, zrobil sobie przerw. Wiedzialem ju jednak na czym polegala jego praca - mlócil yto. Byl przywizany splecionym z sitowia powrozem do slupa stojcego na rodku klepiska. Na obwodzie kola zataczanego przez zwierz lealy snopki zboa, uloone na zewntrz. Gdy wól deptal snopki, z klosów wysypywalo si ziarno, które nastpnie zbieraly kobiety.


Obejrzalem si na Kolemenosa i powiedzialem:


- Trudno o patent na wolniejsz mlock. Pomómy im. Kolemenos kiwnl glow.


- Poka mi tylko jak.


Dla próby zaczlimy uderza kijami w jeden ze snopków. Posypalo si dobrze wysuszone ziarno. Spojrzalem na gospodarza. Umiechnity przygldal si nam uwanie.


- Wymlócimy mu yto jak zloto. Nie zajmie nam to wiele czasu - zaproponowalem moim towarzyszom.


Zgodzilimy si wszyscy i z kijami zamiast cepów stanlimy kotem. Krystyna take. Chlopak, miejc si, wyprzgl i odprowadzil wola. Po skoczonej mlocce gospodarz powiedzial co do obu kobiet. Wysluchaly go i poszly do wntrza domu. Stal kolo mnie, przesypalem zboe z jednej dloni na drug i podalem mu gruby wieche wymlóconych klosów. Przecignl po nich rk i potrzsnl, a kiedy przekonal si, e nie zostalo tam ani jedno ziarno, pokiwal glow z uznaniem i zadowoleniem.


Na migi zapytalem go, czy ma sita, na którym mona by oddzieli ziarno od plew. Zrozumial i posial do domu chlopca, który po chwili wrócil z przetakiem o siatce zrobionej z koskiego wlosia. Oczyszczone ziarno zsypywalimy najpierw do koszy, a z koszy do worków. Zarzucilem na plecy pierwszy napelniony worek i, prowadzony przez chlopca, zanioslem go do domu. Mój przewodnik, który te przydwigal jeden wór, wysypal ziarno do wysokiej drewnianej kadzi, o ksztalcie zblionym do beczki, z elaznymi okuciami. Zrobilem to samo i rozejrzalem si wokól.




94 Wntrze wygldalo ciekawie. Dwie trzecie stanowilo cz mieszkaln, reszta - mona powiedzie - cz magazynow. Nie bylo adnych cian czy przegród, w ogóle nie bylo tu zbyt wielu tak zwanych zdobyczy cywilizacji. Jedna z kobiet mella zboe w prymitywnych arnach. Na metrowej wysokoci lawie byly posadowione jeden na drugim dwa okrgle, plaskie, gladkie i dobrze przylegajce do siebie kamienie. Górny kamie mial na rodku przewiercony otwór, do którego wsypywalo si ziarno, a bliej skraju, na powierzchni kamienia znajdowalo si wglbienie, w którym tkwil jeden koniec dlugiej, bambusowej tyczki. Drugi koniec tyczki wchodzil do otworu w belce zamocowanej nad arnami pod sufitem. Mongolka obracala za pomoc bambusowego ramienia górny kamie i w ten sposób mella ziarna. Druga kobieta zajta byla rozpalaniem ognia na kamiennym palenisku usytuowanym w centrum chaty. Sdzc po zapachu, na podpalk uywala wysuszonego zwierzcego lajna. Nie bylo komina, klby dymu uchodzily przez zwykly otwór w dachu.


Na drewnianym kolku wbitym w cian wisialo kilka baranic uywanych w zimie. Z sufitu zwisaly wizki czego, co wygldalo na suszone ziola. Na ziemi obok trzech kadzi staly dwa wysokie gliniane dzbany, zwone na górze. Jeden byl przykryty niewielkim kawalkiem materialu. Jak si potem dowiedzialem, trzymano w nim mleko, a w drugim wod.


Gdy ju wszyscy wyprónili worki, gospodarz gdzie si ulotnil, pozostawiajc z nami chlopca.


- Te baby co tam gotuj - powiedzialem po rosyjsku do moich towarzyszy.


Milosnym wzrokiem obserwowalimy dym wzbijajcy si w gór z paleniska. Minlo jeszcze z pól godziny, gdy doslyszelimy charakterystyczny skrzyp kól i nienaoliwionych osi. Przez drzwi ujrzelimy naszego gospodarza, który prowadzil wola zaprzonego do czterokolowego wozu. Wóz a po niebo byl wyladowany snopkami.


Cisz przerwal Smith:


- Panowie, niele sobie z nas zakpiono. Zdaje si, e musimy jeszcze troch popracowa, nim dostaniemy co na zb.


Zaro poderwal si pierwszy na nogi.


- Chodmy wszyscy. Zobaczycie, e pójdzie nam to raz dwa. Chwycil Krystyn za rk i poprowadzil nas do wozu. Pracowalimy a do pónego popoludnia. Im dluej mlócilimy, tym szlo nam lepiej, zwlaszcza e udoskonalilimy metod. Majc za sob dowiadczenie w gospodarskich zajciach, bylem przyjemnie zaskoczony rezultatem naszej pracy. To samo mona powiedzie o starym Mongole, który uszczliwiony asystowal przy odnoszeniu kadego worka wypelnionego zebranym na klepisku ziarnem.


Przyszly wreszcie kobiety, niosc nasz pensj. Jedna opierala na biodrze plytki koszyk z owsianymi plackami. Druga, starsza, dwigala jeden z glinianych dzbanów, które zauwaylem w domu. Dzban byl pelen serwatki. Chlopak, paradujc na przedzie, niósl trzy szklanki, które z bliska okazaly si butelkami precyzyjnie pozbawionymi szyjek. Przypuszczam, e najpierw rozgrzano miejsce odcicia, a nastpnie zadzialano zimn wod. Placki, jeszcze cieple, byly doskonale i sycce, ale pierwszy lyk serwatki mial smak nafty, któr pewnie trzymano w butelkach. Powrócilimy wic do naszego wspólnego blaszanego garnczka.


W tym okresie straszliwie brakowalo mi soli. Smak soli nil mi si po nocach. Pomylalem wic, e nic nie strac, jeli poprosz o ni naszego gospodarza. Prob wyrazilem oczywicie na migi. Wskazalem najpierw palcem na niego, potem na siebie, palcami prawej rki dotknlem lewej dloni, robic gest, jakbym nabieral szczypt soli. Palce unioslem do ust, skrzywilem si lekko, po czym z umiechem mlasnlem jzykiem. Zrozumial mnie natychmiast. Dal mi znak, bym wszedl z nim do chaty. Dlugo pertraktowal



95 tam z kobietami, a wreszcie starsza z nich uniosla szczeln pokrywk drewnianego pudelka, w którym znajdowaly si due, brzowe krysztalki soli. Z ostronoci, wskazujc na to z jak cenn substancj mamy do czynienia, odsypala troch soli - mniej ni zmieciloby si do pudelka od zapalek - a nastpnie zawinla j w skrawek materialu, z jakiego uszyte byly worki. Sklonilem si i z umiechem podzikowalem wszystkim za ten cenny podarunek.


Kiedy póniej szlimy drog wiodc przez wiosk, moj uwag zwrócila dziwna studnia, a raczej dziwny mechanizm slucy do wycigania z niej wody. Studnia mula ksztalt kwadratu, byla obudowana drewnem, odkryta, a z góry odchodzil od niej drewniany kanal irygacyjny. Walek do nawijania liny byt osadzony midzy dwiema grubymi deskami umocowanymi po dwu przeciwleglych bokach drewnianego ocembrowania. Przy walku nie bylo jednak adnej korby. Jeden koniec liny przerzuconej przez walek znikal w glbinach studni, drugi przytwierdzony zostal do wysokiego na trzy metry okrglego slupa, znajdujcego si kilka metrów od studni. Pionowy slup musial by glboko wpuszczony w ziemi i jako uloyskowany, gdy mógl si obraca. Na wysokoci mniej wicej metra i dwudziestu centymetrów, znacznie poniej miejsca zamocowania liny, przez slup przechodzila poprzeczna belka. Calo tworzyla kierat, w którym sil napdow stanowil, jak zwykle, wól, od czasu do czasu zastpowany przez inn popularn w Mongolii sil robocz - kobiety.


Wszystko to wydalo mi si raczej do skomplikowanym sposobem wydobywania wiadra ze studni. Trzeba jednak pamita, e wiadro bylo dwa razy wiksze i duo cisze ni wiadra europejskie. Zrobiono je z drewna i wzmocniono cikimi okuciami. Wyobraam sobie, e nawet puste nielatwe byloby do udwignicia.


Znajdowalimy si u stóp gór. Wokól kwitly cale kobierce dzikich azalii, wabic przeróne gatunki barwnych motyli. Niektóre z nich byly olbrzymie i uderzajca pikne. Zatrzymalimy si zachwyceni, eby im si przyjrze. Zaro chcial zmieni si w lowc motyli, ale na prob Krystyny dal spokój. Obóz rozbilimy w cieniu kilku drzewek, które z daleka wygldaly jak mlode dby, a w rzeczywistoci byly to chyba drzewa kamforowe.


Rolinno zaczla stawa si coraz rzadsza i tylko wrzosy pokrywaly zbocza wzgórz. Zblialimy si do pustyni. Nie mielimy pojcia ani o jej charakterze, ani o wielkoci. Gdyby kto nas ostrzegl przed czekajcymi nas okropnociami, moe przynajmniej przygotowalibymy si lepiej na t wdrówk. Ale slowo ,,Gobi" bylo dla nas wtedy tylko jeszcze jedn geograficzn nazw. Szlimy wci niespokojnie naprzód, wiedzc tyle, e sloce musi wschodzi po naszej lewej stronie, a zachodzi po prawej.


Ostatni lad ycia ludzkiego, jaki sobie przypominam, to dwóch chiskich rybaków na rzece o wirowatym dnie i brzegach gsto poronitych wierzbami. Do rzeki tej dotarlimy szczliwie akurat kolo poludnia, ale rybaków dostrzeglimy moe godzin póniej. Jeden z nich brodzil przy naszym brzegu, drugi wzdlu przeciwnego. Czasem szli zanurzeni po pas, czasem jeden lub drugi Chiczyk z trudem mógl utrzyma podbródek nad poziomem wody. Kady z nich trzymal bambusowy kij w jednej rce, a drug cignl przerzucane przez rami dwie liny. Posuwajc si z prdem, zbliali si do nas powoli. Zaciekawieni przypatrywalimy si im, stojc na plycinie przy brzegu.


Obaj cignli niewód zarzucony przez cal szeroko rzeki. Niewód skladal si z dwóch skrzydel, kade dlugoci okolo dwudziestu metrów. W rodku oba skrzydla lczyly si z sieci w ksztalcie olbrzymiego leja. Zarówno skrzydla, jak i rodkowa sie utrzymywaly si na powierzchni dziki owalnym drewnianym plywakom. Caly ten sprzt nie dawal rybom wielkich szans. Obaj Chiczycy uderzali bambusami w powierzchni wody, by wyploszy ryby z nadbrzenych szuwarów. Ratowaly si tylko te, którym udalo si przeskoczy przez niewód. Chiczycy zatrzymali si w pobliu miejsca, z którego ich obserwowalimy. Rybak z drugiego brzegu przeszedl na stron swego towarzysza, zamykajc szeroki otwór leja. Gdy



96 obaj stanli w plytkiej wodzie, zauwaylem, e niewód jest obciony kamieniami. Dolem i gór sieci przecignite byly liny. Jeden z rybaków uchwycil cztery koce liny, podczas gdy drugi poczl brodzi w kierunku czego, co wygldalo jak olbrzymich rozmiarów cygaro zrobione z bambusa, które obracajc si i podskakujc z prdem, splywalo za sieci w dól rzeki. Jak przekonalimy si póniej, byl to plywajcy magazyn, do którego przez klap wrzucano zlowione ryby.


Na migi pokazalimy Chiczykom, e chcielibymy im pomóc, a oni zgodzili si. W okach sieci tkwily dziesitki niewielkich ryb. Chiczyk stojcy bliej wypltal jedn z nich i rzucil trzepoczc si na brzeg. Spojrzal na nasi wskazal na sie. Za jego przykladem zaczlimy oczyszcza sie z ryb, kawalków drewna, zielska i lici.


Chiczycy wycignli teraz z wody rodkow cz niewodu. Caly lej srebrzyl si drgajcymi i podskakujcymi rybami. Zrcznie i szybko zaczlimy wyciga wiksze sztuki i wrzuca je do plywajcego magazynu. Gdy skoczylimy, w sieci pozostalo kilkanacie kilogramów drobnicy. Chiczycy, którzy zwykle wyrzucali j z powrotem do wody, dali nam gestami do zrozumienia, e moemy sobie t zdobycz zabra. Niektóre ryby wywinly si z naszych niewprawnych palców. Wikszo jednak wyldowala na poronitym traw brzegu. Rybacy znów zarzucili sie i ruszyli dalej w dól rzeki.


Zdobylimy zapas jedzenia wystarczajcy na wiele dni. Postanowilimy wic naje si do syta, a reszt wysuszy w slocu na plaskich kamieniach i zabra w dalsz drog. Krystyna i Zaro zajli si rozpalaniem ogniska, ja patroszylem ryby, którym Kolemenos odcinal glowy siekier, trzymajc j za obuch. Pozostali plukali oczyszczone ryby w rzece. Wkrótce rozszedl si w powietrzu smakowity zapach pieczonych ryb. Byto wród nich co najmniej pi gatunków, ale ja rozpoznalem tylko okonie.


Cho nieraz w Rosji jedlimy suszone ryby, to jednak nigdy nikt z nas sam ich nie suszyl. Oczyszczone i pozbawione oci ryby podsuszalimy nad ogniem i wdzilimy w dymie. Po kilku godzinach okazalo si, e musimy zosta nad rzek na noc, by dokoczy prac. Nastpnego dnia podsuszone ryby uloylimy w slocu. Musielimy czuwa przy nich i fufajkami odpdza zlatujce si muchy. Gdy uznalimy, e ryby s wysuszone, podzielilimy je midzy siebie i kady schowal sw porcj do worka. Wiele zawdziczalimy póniej tej udanej technologii przetwórczej. Nasze suszonki jedlimy jeszcze na pustyni Gobi.


Znacznie mniej przyjemne spotkanie przeylimy dwa dni póniej. Bylo to po poludniu i sloce na blkitnym niebie zaczynalo ju si sklania ku zachodowi. Pierwszy zauwayl j Marcinkovas. W dali pojawila si wielka, brzowa, szybko poruszajca si w nasz stron chmura. Nikt nie wiedzial, co to jest. Chmura najbardziej przypominala tuman pylu gnany wiatrem i bylbym sklonny uzna, e nadciga burza piaskowa. Lecz w powietrzu panowala zupelna cisza. Tymczasem chmura zbliala si do nas, rosnc w oczach.


- Szaracza! - zawolal nagle Smith. - Zostamy tu, gdzie jestemy.


Naloylimy fufajki i usiedlimy na spieczonej slocem ziemi, nakrywajc workami glowy. Nagle nastpilo prawdziwe zamienie sloca, kiedy nadlecialy miliony owadów. Skuleni i pochyleni do ziemi slyszelimy, jak uderzaly o nasze ubrania. Pelno ich bylo wszdzie, wokól nas, nad nami i pod nami. Powietrze pulsowalo jak ywe od uderze skrzydelek niezliczonych owadów.


- Bogu dziki, e przynajmniej nie s misoerne - uslyszalem glos Zary.


- Nie bylbym tego taki pewny - odpowiedzial Amerykanin. One r wszystko.


Krystyna poruszyla si z niepokojem.


- artowalem - popiesznie powiedzial Smith.


Nalot trwal dobre dwie godziny. Wreszcie szaracza poleciala dalej i znów wyszlo sloce. Tylko ziemia wokól nas zaslana byla ofiarami tej wielkiej migracji. Niektóre z nich



97 yly i poruszaly si jeszcze. Dziesitki owadów strzsalimy z naszych ubra. Powlazily wszdzie - do kieszeni, w rkawy, w nogawki spodni. Jedyn pociech bylo to, e nie dostaly si do naszych worków z drogocenn zawartoci.


Najwiksz trudno sprawia mi przypomnienie sobie, jakie odlegloci przebywalimy podczas naszej wdrówki i jak dlugo trwaly jej kolejne etapy. Etap mongolski jest pod tym wzgldem szczególnie trudny, gdy nie znalimy jzyka tubylców. Jeli nawet Mongolowie wymieniali jakie nazwy rzek, gór czy miejscowoci, to przecie nie mielimy jak zapisa tych trudnych dla nas dwików, by póniej pomogly nam w odtworzeniu szczególów. Sdz, e podró przez zaludnion Mongoli Zewntrzn do pustkowi Mongolii Wewntrznej mogla nam zaj od szeciu do omiu tygodni.


Pamitam, e wejcie na pustyni Gobi nie wizalo si z adn gwaltown zmian. Dwukrotnie zdawalo nam si, e ju na niej jestemy, kiedy rozcigaly si przed nami rozlegle piaszczyste tereny. A potem wylanial si kolejny lacuch wzgórz. U stóp drugiego lacucha natrafilimy na plytki strumyk, sczcy si wród piachów. Spdzilimy nad nim noc i o wicie ruszylimy dalej. Od tego czasu dlugo, bardzo dlugo nie pilimy wieej wody.


Nastpnego dnia wieczorem przecilimy szlak karawan, biegncy prostopadle do naszej drogi. Natknlimy si na czterech Mongolów, obozujcych przy szlaku. Siedzieli wokól zawieszonego nad ogniskiem, na metalowym trójnogu, kociolka, z którego wydobywala si para. Wszyscy byli mniej wicej w tym samym wieku, midzy trzydziestk a czterdziestk, ale starszestwo jednego z nich mona byto odgadn po starowieckiej strzelbie, któr trzymal przy sobie. Byl to wspanialy egzemplarz, o bardzo dlugiej lufie, przymocowanej do czarnego drewnianego loa blyszczcymi, mosinymi piercieniami. Gdy wlaciciel strzelby wstal na nasze powitanie, okazalo si, e nie jest wyszy od swej broni. Wymienilimy zwykle uprzejmoci, cho tym razem aden z Mongolów nie mówil po rosyjsku, po czym wskazali nam miejsce po drugiej stronie ogniska.


Byli to biedniejsi podrónicy ni ci, których spotkalimy poprzednio. Ich podniszczona odzie byla starannie pocerowana i polatana. Mieli tylko jednego mula, który dwigal niezbdne w podróy zapasy, midzy innymi dwa worki na wod, zrobione, przypuszczam, z wielbldzich oldków. Mongolowie dolali wody do kociolka, a my próbowalimy bezskutecznie gestami i umiechami okaza posiadaczowi strzelby rado z tego spotkania. On zwracal si glównie do Smitha, pewnie w uznaniu dla jego siwej brody. Smith wygldal na najstarszego, a wic wedlug Mongola musial by przywódc naszej wyprawy.


Amerykanin wymówil wreszcie magiczne slowa ,,Zhasa". Mongol zastanowil si przez chwil, po czym wskazal kierunek, w którym zmierzalimy. Nastpnie wyjl ze swego chalata niewielki przedmiot w ksztalcie walca na dlugiej lince. Z walca, niczym z mechanicznej tamy mierniczej, rozwinl odcinek jedwabnej wstki. Dojrzalem, e wstka na calej dlugoci pokryta jest znakami, które byty obramowane ramkami, po kilka w jednej ramce. Przypominalo to troch klatki na blonie filmowej. Mongol pogryl si na kilka minut w kontemplacji, po czym zwinl wstk. Wszystko to przyjlimy jako modlitw za pomylno naszej pielgrzymki do Lhasy. Smith uklonem wyrazil nasz wdziczno.


Mongol, który zajmowal si kociolkiem, wzil cegielk czarnej prasowanej herbaty, odlamal kawalek i wrzucil do wody. Gdy zaczl miesza wywar dlug drewnian lyk, przyjemny zapach uderzyl nasze nozdrza. Wyjl nastpnie z drewnianego sloika co, co wygldalo na miód, ale póniej okazalo si maslem. Dodal do herbaty cal lyk tluszczu i dlugo jeszcze mieszal warzchwi.


Mczyni wycignli ze swych juków dwa kubki. Wygldaly tak dziwnie, e postanowilem je obejrze jeszcze przed wypiciem herbaty. Byly zrobione z wypolerowanych do polysku lusek pocisków artyleryjskich. Obrócilem je do góry dnem w poszukiwaniu



98 napisu na podstawie, ale byl tak zamazany, e nie moglem go odczyta. Mongolom wyranie pochlebilo to moje zainteresowanie ich naczyniami. alowalem, e nie moglem zapyta, gdzie je znaleli.


Ceremonia picia herbaty byla bardzo zabawna, szczególnie, e nasi gospodarze musieli odgadywa nasz wiek - tak by starsi po obu stronach pierwsi dostali herbat. Ze Smithem nie mieli trudnoci. Pierwsze dwa wypelnione wywarem kubki podano jemu i posiadaczowi strzelby. Nastpn porcj kucharz bez wahania podal Paluchowiczowi. Widzialem, jak nasz wachmistrz po pierwszym tyku skrzywil si z niesmakiem, po czym dojrzawszy ostrzegawcze znaki dawane mu przez Amerykanina, mlasnl z zadowoleniem jzykiem.


Krystyna i ja bylimy ostatni. Czekajc na nasz kolejk, dokuczalem Krystynie, e znalazla si w kraju, w którym obowizuje zasada: ,,Kobiety na kocu". Odpowiedziala, e otrzymuje sw porcj herbaty ostatnia tylko dlatego, e Mongolowie uznaj j za najmlodsz z naszego towarzystwa. Gdy tak gwarzylimy, mczyni przygldali nam si z umiechem i jestem przekonany, e daliby wiele, by móc wiedzie, o czym mówimy. Kiedy wreszcie przyszla na nas kolej, dostrzeglem w oczach moich towarzyszy podstpne umiechy. Herbata byla przyjemnie gorca, ale smakowala obrzydliwie. Patrzylimy oboje przed siebie, by nie spotka naszych spojrze i nie rozemia si. Aromat lici herbacianych ginl w przyprawiajcym o mdloci smaku zjelczalego masla, którego tluste kola plywaly po powierzchni wywaru. Wypilimy jednak jako ten napój i tylko z trudem powstrzymalem si od miechu, gdy Krystyna, by pokaza swe dobre maniery, raz czy dwa mlasnla z uznaniem jzykiem.


Mongolowie uzupelnili swe gocinne przyjcie podarunkiem zloonym z tytoniu i garci orzeszków. Poegnawszy ich, ruszylimy w nasz dalsz drog. Obejrzalem si za nimi, gdy uszlimy jakie pidziesit metrów. Zwróceni do nas plecami, szli w przeciwnym kierunku.


Przypomnialem sobie póniej tych Mongolów, którzy uznali, e nasza podro do Lhasy zasluguje na modlitw. Bez wody i z malym zapasem ywnoci zdalimy do spalonego slocem pustkowia Gobi. Nikt z nas nie zdawal sobie wówczas sprawy z tego, jakie pieklo nas czeka.




99 XVI. Pustynia Gobi: glód, pragnienie i


mier


Po dwóch dniach bez wody, w pagórkowatym, piaszczystym piecu pustyni Gobi, po raz pierwszy odczulem lk. Promienie wschodzcego zza widnokrgu sloca rozpraszaly dotkliwy chlód pustynnej nocy. wiatlo uderzalo w piaszczyste wydmy i odbijajc si od ich lagodnych wzniesie, rzucalo cie na przedzielajce je dolinki. W nasze serca zakradl si strach, który próbowalimy opanowa, zmuszajc si do forsownego marszu. Byle przej jak najwicej, nim nadejdzie olepiajca gorczka poludnia. Od czasu do czasu który z nas wspinal si na jeden z niezliczonych piaszczystych pagórków, by ujrze na horyzoncie ten sam zamarly krajobraz. Kolo poludnia wbijalimy kije w piasek i rozpocieralimy na nich bluzy, by w ten sposób zdoby troch cienia. Wszyscy bylimy zatrwoeni naszym poloeniem, ale nikt o tym nie mówil. Nie chcialem niepokoi Krystyny i jestem przekonany, e inni milczeli te ze wzgldu na ni.


Otaczal nas ar wysysajcy wilgo z cial i skuwajcy nogi cikimi okowami niemocy. Kady szedl pogrony we wlasnych mylach, unikajc rozmowy i koncentrujc caly wysilek tylko na tym, by wlec nog za nog. Zwykle szedlem pierwszy, Kolemenos z Krystyn tu za mn, a reszta kilka metrów z tylu. Przejlem teraz wyraniej kierownictwo, zmuszajc mych towarzyszy do wstawania wczenie rano i do ograniczania wypoczynków w poludnie. Pod koniec dnia, kiedy szlimy w promieniach zachodzcego sloca, znowu ogarnl mnie lk. Byl to paraliujcy lk przed mierci na tym rozpalonym pustkowiu. Instynktowny odruch nakazywal mi zawróci, wraca tam, skd przyszlimy, wraca do wady, do zieleni, do ycia. Nie uleglem mu.


Zwalilimy si pod wysok, piaszczyst wydm. Na niebie zaczly ukazywa si gwiazdy, spogldajce na nas obojtnie. Kompletnie wyczerpani, powinnimy byli zaraz usn, ale straszliwe pragnienie uniemoliwialo sen. Wci kto przewracal si z boku na bok, wstawal, chodzil dokola i potem wracal na miejsce. Po pólnocy zaproponowalem, by i dalej, korzystajc z chlodu. Nikt nie spal. Pozbierawszy si z trudem, ruszylimy dalej na poludnie. Marsz w chlodzie nocy wydawal si latwiejszy. Nad ranem poloylimy si, by wypocz.


Po tej pierwszej próbie zaprzestalimy jednak maszerowania w nocy.


- Czy potrafisz wyznacza kierunek z gwiazd? - zapytal mnie Makowski.


Inni zwrócili w moj stron zmczone twarze. Zawahalem si przez chwil.


- Nie mog mie calkowitej pewnoci - przyznalem wreszcie. - A czy kto z was potrafi? - dociekal Makowski.


Nikt si nie odzywal.


- No to nie jest wykluczone, e przez cal noc krcilimy si w kólko - oznajmil monotonnym glosem.


Zdawalem sobie spraw z wraenia, jakie wywolaly slowa Makowskiego; poczlem wic zapewnia, e nie zeszlimy z naszego kursu. Wschodzce sloce potwierdzalo, i wci idziemy na poludnie. Ale w glbi duszy wcale nie wykluczalem, e Makowski ma racj. W kadym razie zasial w nas ziarno wtpliwoci, a w naszej sytuacji nie moglimy sobie pozwoli na to, by drczyly nas nowe obawy.


Szlimy wic w tej skrzcej si slocem ciszy. Nawet najlejszy zefirek nie rozpraszal zawieszonego w powietrzu, niemal niedostrzegalnego, drobnego pylu, który




100 jednak gst warstw pokrywal nasze twarze i brody, wdzieral si midzy popkane z pragnienia wargi i do zaczerwienionych od nieznonego blasku oczu.


Po piciu dniach skoczyla si suszona ryba, a na horyzoncie wci nie wida bylo najmniejszych znaków ycia. W tym zastyglym w bezruchu bezkresnym wiecie poruszalo si tylko osiem ludzkich punkcików i nieliczne we. Jake latwo byloby poloy si i umrze. Nasze wyschnite ciala byty wystawione na pokus przedluania poludniowego wypoczynku, na oczekiwanie w pólnie, a zajdzie sloce upalnego popoludnia. Stopy piekly od gorcego piasku, który przedostawal si przez zdarte podeszwy butów. Ile razy chwytalem si na gderaniu, e trzeba wstawa i i naprzód, e tu niczego nie znajdziemy, e tak moe by jeszcze przez wiele dni. Ale w kocu musimy na co natrafi, musimy gdzie doj. Trzeba tylko wci i naprzód. Niezlomnie i naprzód.


Krystyna i Kolemenos zwykle wstawali zaraz po mnie. A potem reszta. Jak automaty parlimy przed siebie, bezmylnie, z opuszczonymi w dól glowami.


Szóstego dnia Krystyna przewrócila si i klczc spojrzala na mnie.


- To nic, Slawek, glupstwo, tylko si potknlam.


Nie czekala, a jej pomog. Podniosla si sama i szla tu przy mnie. Po poludniu, ku swemu lekkiemu zdziwieniu i irytacji stwierdzilem, e zalamaly si pode mn kolana. Nawet nie zauwaylem, kiedy upadlem. Przed chwil szedlem naprzód i nagle ocknlem si na kolanach... Jak czlowiek pogrony w modlitwie. Dwignwszy si na nogi, zobaczylem, e nikt nie zwolnil kroku. Pewnie aden z mych towarzyszy nie zauwayl nawet, e si przewrócilem. Z wielkim wysilkiem docignlem ich i zajlem swoje miejsce na czele kolumny. Innym te pltaly si nogi. Kady z nas padal od czasu do czasu na kolana i dopiero po kilku niewiarygodnych sekundach zdawal sobie spraw, e przestal si porusza. Nikt jednak nie pozostawal w tyle. Byly to oznaki slaboci i rosncego wyczerpania, które staralimy si ignorowa. Nikt z nas nie byl jeszcze gotów, by zgin, cho mier wycigala ju po nas swe dlugie szpony.


Siódmego dnia wstalo zlocistoczerwone sloce. Wleklimy si ju od godziny, bo wyruszylimy jeszcze w wyblaklym wietle witu. Spojrzalem na Krystyn i na reszt kutykajcych za mn ludzi. Pomylalem o ich duchu, o uporze, o elaznej woli, która pchala ich naprzód, cho nogi odmawialy posluszestwa.


Bez wikszej nadziei spogldalimy na Kolemenosa, który z trudem wspinal si na wysok wydm. Co rano który z nas wdrapywal si na najblisze wzniesienie, by korzystajc z pierwszego wiatla spojrze w kierunku poludnia. Kolemenos stal, przysloniwszy rkami oczy. My szlimy dalej, spodziewajc si zwyklego, pelnego beznadziei wzruszenia ramion. Ale Kolemenos stal w bezruchu, a w jego sylwetce wida bylo takie napicie, e zatrzymalimy si wszyscy. Krystyna wsparla si na mym ramieniu. Obserwowalimy go, jak wpatrywal si w niewidoczn dla nas przestrze, przecierajc sobie od czasu do czasu oczy. W pierwszej chwili chcialem go zawola, w kocu jednak zdecydowalem si take wej na wydm. Krystyna i Zaro podyli za mn. Za nimi Smith i Marcinkovas. Obaj Polacy, Makowski i Paluchowicz, oparli si ciko na swych kijach i czekali.


Zbliajc si do Kolemenosa, powtarzalem sobie, e na pewno nic si nie stalo, na pewno niczego nie dojrzal i w ogóle nie warto robi sobie zludnych nadziei. Wzniesienie bylo lagodne, a jednak serce bilo mi z wyczerpania.


Kolemenos nie powiedzial slowa. Wycignl tylko praw rk, wskazujc co w oddali. W pierwszej chwili wszystko widzialem nieostre i rozmazane. Nie moglem skupi wzroku. Przetarlem wic oczy tak jak Kolemenos i spojrzalem znowu. Na tle jasnego piasku dojrzalem jak ciemn plam. W porannej mgielce trudno bylo okreli jej ksztalt i odleglo, ale w pustynnym krajobrazie wygldala obco. Patrzylimy wic podnieceni,



101 zastanawiajc si, co to moe by. Dolczyli do nas zdyszani Makowski i Paluchowicz. Spojrzawszy we wskazanym kierunku, te dostrzegli niezwykly ksztalt.


- A moe to jakie zwierz? - zapytal Paluchowicz.


- Zwierz, nie zwierz, w kadym razie nie piasek - odpowiedzial Smith. - Najlepiej chodmy zbada.


Droga zajta nam dwie godziny. Wiele razy tracilimy z oczu ukryt midzy wydmami tajemnicz plam. I czciej ni bylo potrzeba wspinalimy si na wydmy, eby znów j zobaczy, poniewa balimy si, e moe znikn, jeli na dluej stracimy z ni kontakt. W miar jak nabierala okrelonych ksztaltów, budzily si w nas nadzieje, które wkrótce mialy okaza si rzeczywistoci. Tak, to byly drzewa. Kpa prawdziwych, ywych drzew, która na tle otaczajcych j piasków wygldala jak plama atramentu na bialym obrusie.


- Gdzie s drzewa, tam jest woda - zawolal Smith.


- Oaza! - krzyknl kto i slowo to powtarzalimy wielokrotnie. - To cud - szepnla Krystyna. - Pan Bóg zmilowal si nad nami. Gdybymy tylko mogli, z pewnoci przebieglibymy ten ostatni kilometr. Ale nie mielimy sil, by biec, przypieszylimy tylko kroku, dobywajc resztki energii ze zbolalych cial. Na kilkaset metrów przed oaz dostrzeglimy lady karawany, prowadzce ze wschodu na zachód. Im bardziej zblialimy si do drzew, tym wydawaly si nam wysze. Byly to palmy, rosnce wokól owalnego zaglbienia, które - nie mialem co do tego wtpliwoci musialo by wypelnione wod. Na skraju oazy pitrzyl si stos zardzewialych blaszanek, które wygldaly jak puszki po sucharach. Nierealny sklad zlomu w rodku pustyni Gobi. Kilkanacie drzew otaczalo pólkolem glównie poludniowe brzegi jeziorka, rzucajc na nie cie przez wiksz cz dnia. Powierzchnia cudownie chlodnej wody zamarla w kompletnym bezruchu. Brzegi obramowane byly wielkimi kamieniami, które w mniej gorcej porze roku pokrywala pewnie woda. Caly teren nie zajmowal wicej ni pól hektara.


Zaro wycignl kubek, ale tym razem dostojne picie z krcego i kolejno napelnianego naczynia nie wchodzilo w gr. Któ wytrzymalby oczekiwanie na swoj kolej. Pokladlimy si na brzegu i jak zwierzta chleptalimy lapczywie wod. Polewalimy ni karki. Chlodzilimy rozgrzane twarze. Kto ostrzegal, eby nie pi zbyt duo na puste oldki. Usiedlimy na kamieniach i namoczonymi kawalkami worków ostronie mylimy nasze odparzone i poranione stopy. Du ulg przynosilo zawinicie stóp na kilka minut w mokry worek. Potem splukiwalimy z glów i cial tygodniow warstw kurzu i brudu. Samo poczucie bliskoci wody ju wprowadzalo nas w ekstatyczny stan. Z otchlani lku weszlimy w wiat ycia, nadziei i otuchy. Woda podzialala jak szampan. Stalimy si oywieni, weseli i rozmowni.


Zastanawialimy si, kto i kiedy przywiózl tu te kamienie i zasadzil drzewa, czynic to cudowne miejsce widocznym z daleka dla umczonych wdrowców.


Nie od razu dowiedzielimy si, jak bardzo sprzyjala nam fortuna. Dopiero po krótkim wypoczynku odkrylimy na poludniowo-wschodniej stronie jeziorka cieply jeszcze popiól ogniska i wiee lady wielbldów, nalecych do duej karawany, która najprawdopodobniej opucila oaz tego samego dnia o wicie. Ludzie, którzy niedawno siedzieli przy tym ognisku, piekli i jedli miso. W popiele znalelimy koci dwóch zwierzt. Jedno z nich bylo sporych rozmiarów, a drugie male. Biesiadnicy odcinali miso od koci noami, ale tu i ówdzie pozostaly smakowite, zupelnie wiee kski. Podzielilimy midzy siebie koci i zaczlimy je ogryza, radujc si naszym szczciem. Jedynym noem poslugiwal si - jak zwykle - Paluchowicz. Wyczycilimy koci z najdrobniejszych wlókienek misa, a potem rozlupalimy je siekier, by wyssa z wntrza szpik.




102 W poludnie poloylimy si blisko wody, ukryci w cieniu palm. Kolemenos, który zawsze umial wypoczywa, nakryl sobie oczy czapk i podloywszy lokie pod glow, poczl chrapa.


Usnlem chyba zaraz po nim. nily mi si palce promienie sloca i bezkresna pustynia. Obudzilem si przeraony. Chwycilem kubek i zbieglem po kamieniach do jeziorka. Zaczerpnlem wody i wypilem duszkiem. Po chwili wstal Smith, przecignl si i dolczyl do mnie. Wkrótce wszyscy byli na nogach.


- Pójd obejrze ten mietnik. Moe znajd jak kank. Warto by w czym wzi wody na drog - powiedzial oddalajc si Zaro.


W jaki sposób te odpadki cywilizacji znalazly si w samym sercu pustyni Gobi, pozostanie chyba na zawsze tajemnic. Puszki musialy lee ju do dlugo na tym zagadkowym zlomowisku, gdy mimo suchego klimatu, byly doszcztnie przearte przez rdz. adna nie nadawala si do uytku, cho skrupulatnie i metodycznie przejrzelimy caly stos. Pod puszkami natrafilimy na czciowo zaglbiony w ziemi zwój grubego, zardzewialego drutu. Zaro wydobyl go na powierzchni. Zwój byl spity w kilku miejscach ptelkami z cieszego drutu, które rozpadaly si przy dotkniciu. Naloylem gar piasku na skrawek worka i przetarlem nim drut. Pod do cienk powlok rdzy zablysla zdrowa, mocna stal.


Z puszek zbudowalimy na noc schronienie. Znalelimy te do patyków na ognisko. Nie moglem usn tej nocy. Drczylo mnie pytanie, jak dlugo powinnimy tu zosta? Wreszcie zapadlem w glboki sen, nie podjwszy adnej decyzji. Gdy obudzilem si, jak zwykle na pustyni - godzin przed wschodem sloca, Zaro dlubal ju co przy zwoju, starajc si go rozkrci.


Nie bardzo wiedzc po co, zaczlimy wszyscy pracowa nad tym drutem, czyszczc go piaskiem i myjc w wodzie. Czulimy, e moe on si nam jeszcze do czego przyda. Kady kawalek metalu byl cenny. Taszczenie ze sob calego zwoju nie mialo sensu. Postanowilimy wic poci drut na metrowe kawalki, a na ich kocach zagi haczyki, pozwalajce spi drut w kolo. Obrcz tak mona bylo nie, choby zawieszon na szyi. Stal byla twarda i wygicie kocówek za pomoc siekiery i dwóch kamieni nie poszlo latwo. Czyszczenie, krojenie i wyginanie drutu dawalo nam poczucie wykonywania jakiej praktycznej, poytecznej pracy. Przyjemnie bylo pracowa znów rkami, potwierdzi ich zrczno i przydatno. Za tym wszystkim kryla si oczywicie typowa dla kadego winia satysfakcja z posiadania czegokolwiek, choby byl to kawalek porzuconego przez innych, zardzewialego drutu. Na koniec Zaro z kim jeszcze zrobili kilka pólmetrowych szpikulców. Jeden koniec wyklepali i zaostrzyli, a drugi wygili w hak, na którym mona bylo powiesi szpikulec za paskiem.


Trzeba bylo wreszcie rozstrzygn, kiedy ruszamy w dalsz drog. Stalimy wobec dwóch problemów nie do rozwizania. W oazie mielimy wod, ale nie mielimy poywienia. Z kolei nie moglimy zabra ze sob wody, bo poza blaszanym kubkiem, nie mielimy adnych naczy ani pojemników - po prostu nie bylo w czym jej nie. Makowski dowodzil, e jeli zostaniemy jeszcze par dni, z pewnoci nadejdzie jaka karawana, która zaopatrzy nas w ywno. Dopiero wtedy powinnimy ruszy dalej. Ja chcialem opuci oaz jak najszybciej.


- Wlanie rozminlimy si z karawan - tlumaczylem - i mog uplyn tygodnie, nim przyjdzie nastpna. Czekajc o glodzie, bdziemy slabn z kadym dniem, a wreszcie dalszy marsz okae si niemoliwy. Karawana, która zawinie do oazy, znajdzie tylko nasze trupy.


Ju wkrótce przyszlo mi alowa mojego oporu, cho wci sdz, e mialem racj. Tego jednak nie mona byto rozstrzygn wówczas, ani nie mona rozstrzygn dzisiaj.



103 Sytuacja nasza byla grona i trzeba bylo decydowa szybko. Decyzja zapadla tego wieczoru. Ruszylimy nastpnego dnia przed witem.


Gdy pojawilo si sloce, bylimy ju w drodze. Jeszcze przez pól dnia, kiedy spogldalimy za siebie, widzielimy drzewa oazy. Ucieszylem si, gdy wreszcie znikly nam z oczu. Zaro niósl kubek, podtrzymujc go jedn rk, a drug przyslaniajc wierzchni otwór. Napelnil go tu przed odejciem, gdy ju wszyscy nasycilimy si wod. Podczas poludniowego postoju okazalo si, e potowa zawartoci wylala si lub wyparowala po drodze. Zaro skaryl si te, e od niesienia drtwiej mu rce. Postanowilimy wic pozby si tej resztki wody. Wypilimy j z naboestwem, pocigajc male tyki z przekazywanego z rk do rk kubka.


Wkrótce znalelimy si w tym samym poloeniu, co przed odnalezieniem oazy. W gorszym jeszcze, bo teraz braklo tych resztek suszonej ryby, która przedtem dodawala nam sil. Przez pierwsze trzy dni odnosilem wraenie, e posuwamy si naprzód zdumiewajco szybko. Czwartego dnia poczlimy nagle odczuwa skutki upalu. Zaczlo si znowu potykanie i przewracanie, tempo marszu spadlo. Usta mielimy tak suche, e nie moglimy rozmawia i porozumiewalimy si tylko krótkimi, urywanymi zdaniami. Pamitam slowa Makowskiego:


- Pieklo nie moe by gortsze od tej przekltej pustyni. Pitego dnia Krystyna upadla na kolana. Odwrócilem si powoli w jej stron, czekajc, a wstanie, jak poprzednio, sama. Pozostala jednak w bezruchu, tylko jej glowa pochylila si na piersi. Zawrócilem jednoczenie z Kolemenosem, ale nim zdolalimy si do niej zbliy, zlamala si w biodrach i upadla twarz w piasek. Obrócilimy j na plecy. Byla nieprzytomna. Rozpilem jej bluz i mówic co, poczlem lagodnie potrzsa jej glow. Po chwili odzyskala wiadomo. Spojrzala na otaczajce j zatrwoone twarze, usiadla i umiechnla si popkanymi wargami. - Czuj si znacznie lepiej. Musialam si potkn o co. Pojcia nie mam, jak to si stalo.


- Nie martw si - powiedzialem. - Odpoczniemy tu troch i szybko powrócisz do sil. Nachylila si ku mnie i lekko pogladzila mnie po rce.


-Ju si nie bd przewraca. Obiecuj.


Siedziala przez chwil bez ruchu, po czym nachylila si i zaczla si drapa po kostkach. Machinalnie spojrzalem na jej nogi. '. Byly spuchnite. W miejscu, gdzie nad butem koczyly si wskie, wywatowane nogawki, wida bylo napcznial skór.


- Czy co ci uksilo? - zapytalem. - Nie. Ale dlaczego pytasz?


- Masz spuchnite nogi.


Podcignla nogawki spodni i pokrcila stopami.


- Masz racj. Nigdy przedtem tego nie zauwaylam.


Szlimy tego dnia jeszcze ze dwie godziny. Krystyna wygldala na wypoczt. A potem nagle ugily si pod ni nogi i znów i padla twarz w piasek, tak szybko, e nawet nie zdyla wycign ramion, by oslabi upadek.


Obrócilimy j znowu, wytarlimy piasek, który dostal si do -. ust i do nosa, i poloylimy j w cieniu rozpostartych na kijach '. fufajek. Leala z zamknitymi oczami, ciko i chrapliwie oddychajc przez usta. Spojrzalem na jej nogi. Byly blade i tak spuchnite w kostkach, e a przykro bylo patrze. Rozcilem noem nogawki. Wodna opuchlizna szla od kostek a po kolana. Gdy dotknlem lydki, lad moich palców pozostal przez kilka sekund j na napitej skórze. Pocieszalimy si, e nic jej nie bdzie, e po prostu dostala ', udaru. Lecz w glbi mej duszy rósl lk. Krystyna leala nieprzytomna prawie godzin, ale gdy odzyskala wiadomo byla calkiem wesola.


- Ale macie ze mn klopot - powiedziala. - Co si ze mn wlaciwie dzieje?


Wszyscy krztalimy si koto niej, starajc si jej pomóc.



104 - Chodmy ju - rzekla nagle, wstajc. - Do tego marnowania czasu.


Szedlem tu obok niej. W pewnej chwili zatrzymala si i schyliwszy glow, spojrzala na nogi. Widocznie zauwayla po raz , pierwszy rozcite nogawki.


- Spójrz Stawku, jak mi nogi zgrubialy. - Czy ci bol?


- Nie. Wcale nie bol. Pewnie spuchly od tego ciglego chodzenia.


Bylo to pitego dnia po poludniu. Przez kilka godzin szla równo midzy mn a Kolemenosem, potykajc si tylko z rzadka. O zachodzie sloca zatrzymalimy si na spoczynek. Siedziala razem z nami, nic nie mówila, tylko czsto spogldala na swe nogi. Udawalimy, e nie dostrzegamy niczego.


Nadeszla niespokojna noc. Z wyjtkiem Kolemenosa wszyscy byli zbyt przejci, by spa. Krystyna leala bez ruchu, ale czulem, e nie pi. Ssalem kamyk w ustach. Bolaly mnie zby, dzisla i spuchnite wargi. Przed oczami wci pojawial mi si wyrany obraz plyncej wody i lód. W glowie czulem ucisk, a cialem mym co jaki czas wstrzsaly konwulsyjne dreszcze. Bylem obolaly od stóp do glowy.


Szósty dzie zaczl si rzekim chlodem i przez pierwsze dwie godziny szlo si calkiem przyjemnie, jeli w ogóle mona przyjemnie porusza si po pustyni. Wkrótce jednak z bezchmurnego nieba znów polal si ar.


Wzilem Krystyn pod rk. - Czy moesz i dalej?


- Chyba mog - odparla.


Pi minut póniej przewrócila si bezwladnie. Znów opiekowalimy si ni, czekajc, a otworzy oczy. Wydawalo si, e oddycha normalnie - po prostu jak zmczone dziecko. Odstpilimy nieco na bok.


- Krystyna jest bardzo opuchnita - powiedzialem. - Co moe znaczy ta opuchlizna?


Nikt si nie odezwal Powrócilimy do niej i czekalimy, a odzyska przytomno. Poczlem wachlowa jej twarz czapk, by ulatwi oddech.


W pewnym momencie podniosla wreszcie glow i umiechnla si.


- Znowu wam sprawiam klopot - szepnla. Zaprzeczalimy, krcc glowami.


- Tym razem powinnicie mnie ju zostawi.


Kolemenos padl przy niej na kolana.


- Nie mów glupstw jak jaka smarkata. Nie zostawimy ci nigdy.


Odpoczywala jeszcze przez pól godziny. Gdy spróbowala wsta, opierajc si na lokciach, upadla znowu twarz w piasek. Po naradzie z Kolemenosem postanowilimy j podnie.


- Teraz bd mogla i - powiedziala. - Musicie tylko by blisko mnie.


Lekko podtrzymywana przez nas pod rce szla nadspodziewanie dobrze. Gdy uszlimy jakie pól kilometra, poczulem, e zaczyna si pochyla do przodu. Wyprostowala si jednak po chwili i dzielnie szla dalej. Nie slyszelimy z jej ust adnej skargi ani proby. Przewrócila si jednak znowu; nastpilo to tak nagle, e nawet nie zdolalimy jej podtrzyma. Byla zupelnie wyczerpana, nawet jej bohaterska wola nie mogla z udrczonego ciala wykrzesa wicej sil. Dwignlimy j jeszcze raz i pól niosc, pól wlokc po piasku - ruszylimy dalej. Po dwóch kilometrach nie mialem ju sily. Zatrzymalem si, dyszc ciko. Nie moglem zlapa tchu.


- Trzymaj si przy mnie, Slawek - powiedzial Kolemenos. Bd j niósl.


Wzil j rzeczywicie na rce, zachwial si, ale zaraz odzyskal równowag i powlókl si naprzód. Szedl przez kilka minut, a przystanl, by odpocz.


- Zostaw mnie - szepnla Krystyna. - Niepotrzebnie tracisz sily.


Spojrzal na ni, lecz nie mógl wydoby z siebie slowa. Zbudowalimy jakie schronienie przed slocem i postanowilimy przeczeka kilka najgorszych godzin upalu. Krystyna leala bez ruchu. Nie miala do sily, by drgn nawet. Jej nogi wygldaly coraz



105 gorzej. Opuchlizna sigala ju ponad kolana. Kolemenos rozcignl si na wznak i wypoczywal. Wiedzial, co go czeka.


Gdy sloce poczlo zachodzi, Kolemenos powstal, nachylil si nad Krystyn, uniósl j w ramionach i ruszyl naprzód. Kroczylem tu obok niego. Reszta te szla w pobliu. Kolejne piset metrów i znów Kolemenos ostronie kladzie Krystyn na piachu. Chwila przerwy. Podnosi j, opiera jej glow na swym ramieniu i rusza dalej. Nigdy w yciu nie zobacz nic równie wspanialego, jak stojcy wci przed mymi oczami obraz tego jasnobrodego olbrzyma, nioscego w swych potnych ramionach Krystyn. Pokonywalimy kilometr po kilometrze. Ta mka trwala kilka godzin. W pewnym momencie Krystyna pogladzila go lekko po policzku.


- Poló mnie na ziemi. Po prostu poló mnie na ziemi - poprosila.


Pomoglem mu i razem zloylimy j delikatnie na piasku. W kcikach ust Krystyny bldzil leciutki umiech. Nachylilimy si niespokojnie nad ni. Po kolei patrzyla na nasze twarze, jakby chciala co powiedzie. Patrzyla na nas jasnym spojrzeniem swych niebieskich oczu. Bil od niej jaki glboki, wewntrzny spokój. Po chwili opucila powieki.


- Biedne dziecko - westchnl wachmistrz Paluchowicz. - Musi by bardzo zmczona.


Stalimy wokól niej przez kilka minut bezradni, nie wiedzc, jak jej pomóc. Wymienilem spojrzenia z Kolemenosem, którego ramiona draly jeszcze z wysilku. Potem popatrzylem znów na Krystyn i mój wzrok padl na jej pier. W ulamku sekundy klczalem przy niej z uchem przyloonym do jej serca. Nie slycha bylo bicia. Nie moglem uwierzy. Odwrócilem glow i przyloylem drugie ucho. Unióslszy si nieco, chwycilem drobny przegub jej rki. Nie bylo pulsu. Wszyscy spogldali na mnie w napiciu. Pucilem rk Krystyny. Mikko opadla na piasek.


Amerykanin zaczl co mówi gardlowym szeptem. Chcialem mu odpowiedzie, ale nie moglem wydoby z siebie glosu. Zamiast tego z oczu poplynly slone lzy. Plakalem. Nie ja jeden. W tym zapomnianym przez Boga miejscu zaczlimy plaka wszyscy, nie wstydzc si naszych lez. Utracilimy kogo dla nas najdroszego. Krystyna nie yla.


Sdz dzi, e siedzc tak wokól jej zwlok, na pustyni, bylimy bliscy obldu. Posypaly si oskarenia o to, kto ponosi win za jej mier. Makowski, który wczeniej chcial, bymy zostali w oazie, zaatakowal mnie osobicie.


T wzajemn wymian oskare przerwal swym chlodnym glosem Smith.


- Panowie, to wszystko nie ma sensu. Myl, e Krystyna byla z nami szczliwa. Pochowajmy j teraz po chrzecijasku.


U podnóa wysokiej wydmy wykopalimy dól w piasku, odkladajc na bok znalezione w trakcie kopania niewielkie kamienie. W tym dole zloylimy cialo Krystyny. Krzyyk, który zawsze nosila, blyszczal na jej piersiach.


Trzymajc czapki w rkach, stanlimy wokól jej grobu. Kady zmówil modlitw we wlasnym jzyku. Nakrylem twarz Krystyny oddartym kawalkiem worka, w którym nosila sw ywno, i lzy znów wypelnily mi oczy. Przysypalimy j potem piaskiem i pokrylimy grób kamykami.


Kolemenos wzil kij Krystyny, odrbal kawalek i za pomoc rzemienia zrobil krzy.




106 XVII. Miso wy i mul


O niczym innym nie moglimy myle, tylko o mierci Krystyny. Szlimy naprzód z przyzwyczajenia, bolesnego przyzwyczajenia. Posuwalimy si bezmylnie. Rozarzone sloce stpialo umysl, który stawal si niezdolny do normalnego mylenia. Czasami wydawalo mi si, e Krystyna jest wci z nami, e idzie ze mn prawie rami w rami. To zludzenie trwa moglo godzinami. Czasem stawalo si ono tak silne, e musialem odwróci glow, by si upewni, a wówczas powracal gorzki, na wskro przeszywajcy ból.


Dopiero nowa tragedia przygluszyla nieco w naszych mylach wspomnienie o Krystynie. W dziwny sposób oslabila jednoczenie to poczucie winy, które wywolala u mnie jej mier.


Ósmego dnia po opuszczeniu oazy Makowski runl nagle jak city twarz w piasek. Nie wycignl nawet rk, by zamortyzowa upadek. Na wpól przytomny leal tak przez jedn czy dwie minuty. Przyjrzawszy mu si, zrozumielimy wszystko. Spod mokasynów wystawaly spuchnite, obrzkle nogi. Wymienilimy spojrzenia, nie odzywajc si slowem. Obrócilimy go na plecy i zaczlimy wachlowa mu twarz workami. Do szybko odzyskal przytomno. Wstal, wstrzsnl glow na boki, ujl swój kij i powlókl si naprzód. Potykal si, ale wci szedl, cho wida bylo, jak monstrualnie puchn mu nogi i staj si coraz bardziej bezwladne.


Makowski wytrwal dluej ni Krystyna. Dziewitego dnia w cigu dwóch godzin przewrócil si ze sze razy. Wreszcie nie mógl ju wsta o wlasnych silach, cho jeszcze próbowal rozpaczliwym wysilkiem ramion unie si na kolana. Zawolal cicho Kolemenosa. Pochylilimy si nad nim obaj.


- Jak mi pomoecie wsta, bd mógl i dalej.


Kolemenos wzil Makowskiego za jedno rami, ja za drugie i postawilimy go na nogi. Slabym ruchem odsunl nasze rce i stal, chwiejc si. Wzruszenie chwycilo mnie za gardlo, gdym patrzyl, jak zataczajc si niczym pijany i podpierajc kijem, próbowal z uporem i naprzód. Stalimy w miejscu, obserwujc go z uczuciem beznadziejnoci.


- Nie pozwólmy, by si znów przewrócil - powiedzial Kolemenos.


Dogonilimy go bez trudu. Anastazy zabral mu kij. Wzilimy Makowskiego w rodek i przerzucilimy sobie przez ramiona jego rce. Glowa hutala mu si to w jedn, to w drug stron. Próbowal nawet umiecha si do nas. Szedl, ale coraz slabiej poruszal nogami. Pod koniec dnia stal si ciarem, którego dalej dwiga ju nie moglimy.


Tej nocy spal spokojnie i rankiem dziesitego dnia nie tylko e yl jeszcze, ale wydawalo si, e nabral sil. Ruszyl ze wszystkimi. Nogi wlókl z trudem, ale szedl sam. Przez pierwsze pól godziny nie potykal si, potem jednak zaczl pada raz po raz, a musielimy przyj mu z pomoc. Gdy zatrzymalimy si na poludniow przerw, zwisal z naszych ramion jak worek, prawie nie poruszajc ju nogami. Smith i Paluchowicz pomogli nam uloy go delikatnie na plecach. Osloniwszy mu glow przed slocem, usiedlimy obok. Leal bez ruchu i tylko w oczach wida bylo lad ycia.


Po chwili przymknl je i sdzilem, e ju nie yje, ale wci oddychal leciutko. Potem znów otworzyl oczy, blysnl bialkami i skonal. Bez adnych spazmów, drgawek, bez adnych zewntrznych oznak mierci. Jak Krystyna - przed odejciem nie powiedzial do nas ani slowa.


Tak zamknla si karta sluby Zygmunta Makowskiego, trzydziestosiedmioletniego kapitana Korpusu Ochrony Pogranicza. Gdzie w Polsce pozostala jego ona. Chcialbym, by dowiedziala si kiedy, jak dzielnego miala ma. Pochowalimy go na pustyni Gobi.



107 Pierwszy grób, jaki wykopalimy, okazal si za plytki. Trzeba wic bylo wycign zwloki i kopa znowu. Twarz kapitana przykrylimy jego workiem, który niósl przez trzy tysice kilometrów i w którym ju dawno nie byto adnego jedzenia. Zasypalimy mogil i uformowalimy kopczyk z piasku. Kolemenos zrobil jeszcze jeden drewniany krzy. Zmówiwszy modlitw za dusz Makowskiego, ruszylimy w dalsz drog.


Z wysilkiem staralem si liczy dni, próbowalem równie przypomnie sobie, czy kiedykolwiek czytalem o tym, jak dlugo czlowiek moe utrzyma si przy yciu bez jedzenia i wody. Bolala mnie rozpalona glowa, myli przeslanial najczarniejszy kir rozpaczy. Czulem, e jestemy ludmi skazanymi na nieuniknion zaglad. Nasz trud i nasz ból nie zda si na nic, gdy zmierzamy ku nicoci. U progu kadego pozbawionego nadziei dnia powracala uparcie myl - na kogo teraz kolej. Wycieczeni i odwodnieni bylimy karykaturami ludzi, ludzkimi wrakami, wlokcymi si donikd. Wydawalo si, e piasek coraz glbiej zapada si pod nogami i coraz silniejszy opór stawia naszym obolalym stopom. Potknwszy si, kady próbowal powsta jak najszybciej. Ju calkiem otwarcie badalimy nasze kostki, szukajc z trwog opuchlizny - pierwszego dotknicia mierci.


W cieniu mierci jeszcze bardziej ni przedtem zbliylimy si do siebie. Nikt nie przyznawal si do rozpaczy, nikt nie mówil o lku. Jedyn myl, któr wyraalimy slowami bylo to, e wkrótce musi si znale jaka woda. Z ni wizaly si wszystkie nasze nadzieje. Za kadym widniejcym w dali wzniesieniem gorcego piasku wyobraalem sobie wski strumyk wody. A kiedy po mozolnym marszu znajdowalimy tam tylko wypalony piach, taki sam jak wszdzie, znów spogldalimy na now wydm, podtrzymujc nadziej.


W dwa dni po mierci Makowskiego nadszedl kres naszej wytrzymaloci. Myl, e bylo to okolo dwunastego dnia od czasu opuszczenia oazy. Szlimy tego dnia wicej ni sze godzin. Posuwalimy si dwójkami, przy czym nikt nie dobieral sobie towarzysza. Czlowiek, z którym si szlo w parze, byl przyjacielem. Trzymalimy si pod rce, pomagajc sobie nawzajem. Jedynym przejawem ycia wokól nas byty we, których nieruchome glowy wystawaly z glbokich dziur wykopanych w piasku. Zastanawialem si, co one jadly. Nie okazywaly adnego lku przed nami, a my bynajmniej nie zajmowalimy si nimi. Raz dostrzeglimy szczura. Wydawalo si jednak, e we s jedynymi panami pustyni.


Pod koniec tego dwunastego dnia szedlem rami w rami z Zar. Smith i Paluchowicz pomagali sobie wzajemnie. Trzeci par stanowili Marcinkovas i Kolemenos. W rodku nocy obudzilem si z nieodpartym przymusem, by natychmiast i dalej. Wyranie czulem, e jeli cud nie nastpi w cigu dwudziestu czterech godzin - nie bdzie dla nas ratunku. Przeczekalem noc i jakie dwie godziny przed witem zaczlem potrzsa Kolemenosa i Paluchowicza. Marcinkovas, Zaro i Amerykanin nie spali ju. Zachrypialem co do nich przez wyschnite, bolce gardlo i wstalem. Nikt si nie sprzeciwial i wszyscy ruszyli za mn naprzód. Na wpól zbudzony Paluchowicz potykal si pocztkowo na sztywnych jeszcze nogach, wkrótce jednak uformowalimy dwójki. Szlimy na poludnie, ale w cigu tych godzin przed witem latwo moglo si wydawa, e krymy w kólko po naszych wczorajszych ladach. W pierwszych promieniach wschodzcego sloca, okazala si jednak, e idziemy we wlaciwym kierunku. Zataczalimy si idc, ale wydaje mi si, e tego dnia uszlimy wiele kilometrów, nim upal zmusil nas do wypoczynku. Budowa naszego wtlego baldachimu zdawala si zbdnym wysilkiem, wykonalimy jednak jeszcze i t prac, wiedzc, e oslona przed slocem jest warunkiem przeycia.


Mczylimy si na postoju przez trzy godziny. Dyszelimy, wdychajc otwartymi ustami - zatkanymi spuchnitym i pokrytym kurzem jzykiem - gorce powietrze pustyni. Wokól zbolalych dzisel poruszalem lekko kamyk, by wywola cho kropl liny, któr móglbym polkn. Znajdowalem si u kresu sit, trzymalem si resztkami woli przeycia.




108 Podniesienie si z ziemi stanowilo nadludzki wysilek. Bylimy niebezpiecznie slabi i coraz blisi mierci.


We wszystkich moich snach o wodzie zawsze pojawialy si powabne jeziorka i szemrzce strumienie. A woda, która uratowala nasze ycie, byla na wpól wysuszonym blotem na dnie kanalu o szerokoci nie przekraczajcej dwóch metrów. Kiedy pokonalimy ostatnie wzniesienie, nawet nie zauwaylimy jej. Szukalimy wody, a znalelimy tylko Lepki mul, który mordercza pustynia te starala si przed nami ukry. Najpierw weszlimy w ,,wod", a dopiero póniej j zobaczylimy. Padlimy na ziemi, zanurzajc twarze w blocie. Ssalimy bloto i wbijalimy w nie rce. Przez kilka minut zachowywalimy si jak oblkani, na przemian ssc i wypluwajc wyssan ziemi.


Smith pierwszy wpadl na wlaciwy pomysl. Zerwal z pleców swój worek i wgniótl jego róg w bloto. Odczekawszy kilka minut, poczl ssa nasiknity wilgoci material. Poszlimy wszyscy za jego przykladem. Ilo zdobytej w ten sposób wody byla nieskoczenie mala w porównaniu z palcym nas od trzynastu dni pragnieniem - byla jednak zawsze czym i oywila nasze nadzieje. Po raz pierwszy od bardzo wielu dni zaczlimy znów rozmawia i wymienia pogldy na nasz sytuacj. Postanowilimy i wzdlu koryta kanalu, zakladajc, e jeeli w miejscu, na które trafilimy, jest wilgo, to gdzie dalej musi by prawdziwa woda.


Koryto zwalo si, a wreszcie przemienilo si w wski rów, w którym znalelimy wród Mota pierwsze malekie kalue wody. Wciskajc w bloto splecione dlonie, moglimy po raz pierwszy pi, naprawd pi, odczuwa wod splywajc cieniutkim strumyczkiem przez spieczone gardlo. W stanie ekstazy sczylimy wod, polykajc wraz z ni piasek i bloto. Pewnie dobrze si stalo, e nie moglimy pi duymi haustami. Po kadym lyku trzeba bylo czeka kilka minut nim malekie wglbienie napelni si znów podchodzc z blota wod. Moje popkane, spuchnite i krwawice wargi palily pod jej dotkniciem. Przed kadym lykiem trzymalem wod w ustach, pluczc ni jzyk, podranione dzisla i bolce zby.


Przez dwie godziny leelimy wyczerpani w pobliu rowu. Potem pilimy znowu. Pónym popoludniem Zaro zdjl mokasyny i usiadl, zaglbiwszy stopy w chlodnym blocie. Na jego spieczonych wargach pojawil si blogi umiech. Zachceni zasiedlimy wraz z nim kotem. Byla to rzeczywicie cudowna ulga po tych niekoczcych si dniach, w cigu których trzeba bylo wlec w palcym piasku popkane i pokryte pcherzami stopy. Czulem, jak woda powoli wypelnia zaglbienia wygniecione w blocie moimi stopami. Byt to balsam, który wydawal si lagodzi nawet ból w kociach. Od czasu do czasu unosilem stopy, by móc znów odczuwa rozkosz zanurzania ich w blocie.


Rozsiadlszy si wygodnie po raz pierwszy od czasu opuszczenia odleglej oazy, zaczlimy rozmawia o naszej wci jeszcze ponurej przyszloci i o naszych planach. Stalimy w obliczu mierci glodowej, a nasze sily zostaly wyczerpane. To byl pierwszy fakt, z którym musielimy si liczy. Poza tym, mimo tej zeslanej przez Boga wstki wilgoci, bylimy wci na pustyni, która cignla si gdzie tylko oko moglo sign. Postanowilimy wic spdzi w tym rowie noc i nastpny dzie. Noc przespa, a za dnia ruszy wzdlu zaglbienia w poszukiwaniu ródla wody. Gdzie jest wada - rozumowalimy -tam musi by jakie ycie, czyli co do jedzenia.


Wczesnym rankiem zrzucilimy na kup fufajki i podzieliwszy si na dwie trójki, ruszylimy w przeciwnych kierunkach. Przeszlimy z Kolemenosem i Smithem póltora kilometra i nie znalelimy niczego. Od czasu do czasu mul znikal, tak jak gdyby woda kryla si pod ziemi. Póniej pojawialy si ju tylko lady wilgoci. Jeli plynla gdzie woda, to musiala ona pochodzi z niedostpnego dla nas, podskórnego ródla. Dwa niezwykle zdrowo wygldajce we stanowily jedyne ycie, na jakie zdolalimy natrafi. Zniechceni



109 powrócilimy do miejsca, w którym mielimy spotka naszych towarzyszy. Zaro, Marcinkovas i Paluchowicz nie pojawiali si tak dlugo, i zaczlimy wierzy w pomylno ich wyprawy. Dojrzelimy ich wreszcie. Zaro z daleka rozloyl bezradnie rce. Oni te wracali z niczym.


- Nie powiodlo si - powiedzial Marcinkovas. - Mymy te niczego nie znaleli - odparlem.


Napilimy si wic znowu brzowej, mtnej wody i moczc nogi w blocie, obserwowalimy sloce, wznoszce si coraz wyej na niebie.


- Tylko my i we na calej przekltej pustyni - odezwal si wreszcie Kolemenos. - Ani one nas zje nie mog, ani my ich. - To twierdzenie jest tylko w polowie prawdziwe - powiedzial


Smith. - Nie jest bynajmniej rzecz niespotykan, by ludzie jedli miso wy.


Uslyszawszy to, oywilimy si natychmiast. Smith pogladzil w zamyleniu sw szpakowat brod.


- Amerykascy Indianie jedz we. Widzialem turystów, którzy dali si skusi na potrawy z wa, ale ja sam nigdy ich nie próbowalem. Pewnie decyduje tu odruchowy wstrt, jaki wikszo ludzi odczuwa do gadów.


Siedzielimy w ciszy, zastanawiajc si nad jego slowami.


- No có, panowie - rzekl Smith. - Wyglda na to, e we s nasz jedyn szans. Czlowiek umierajcy z glodu zje wszystko. Ten pomysl pocigal nas i odpychal zarazem. Omawialimy go przez jaki czas, ale sdz, e wszyscy byli zdecydowani na eksperyment. Nie bylo innego wyjcia.


- Do chwytania wy potrzebne s specjalne, rozdwojone na kocach kije. Nasze si nadaj - martwil si Marcinkovas.


- To jest glupstwo - odparlem. - Wystarczy rozszczepi koniec kostura i zaklinowa go kamykiem.


- Wemy si do roboty - powiedzial powstajc Kolemenos. Wybralimy kije Zary i Paluchowicza. Kolemenos rozszczepil koce siekierk, obwizal rzemieniem drzewo tu nad pkniciem i wetknl kamyki midzy rozsunite koce. Nasza bro lowiecka prezentowala si obiecujco.


- A jak rozpoznamy, które we s jadowite, a które nie, i czy si nie otrujemy jadem? - zglosil wtpliwo Paluchowicz.


- Nie ma si czego obawia - uspokajal Amerykanin. - Gruczoly jadowe znajduj si tylko w glowie gada. Odcinajc glow, odcinamy trucizn.


Nie wystarczylo jednak schwyta wa, trzeba go byto take upiec. Przeszukawszy nasze worki, znalelimy jeszcze sporo hubki. Zaro wycignl porcj zeschnitego zwierzcego lajna i z cal powag dolczyl j do naszego zapasu opalu. W innej sytuacji na pewno bymy si rozemiali. Ale umiech przez spieczone wargi kosztowalby zbyt wiele.


- Uzbieralem w oazie - wyjanil Zaro. - Przeczuwalem, e kiedy si przyda.


Szkoda, e wszyscy nie poszli wówczas za jego przykladem. Suszony nawóz zwierzcy pali si powoli, wytwarzajc wysok temperatur. Na zniesione wirujcym po pustyni wiatrem kupki wyschnitego w slocu zwierzcego lajna natrafialimy nieraz w czasie naszej wdrówki. Nigdy jednak nie przyszlo nam do glowy, by si zatrzyma i je zbiera. Odtd jednak szukanie tego opalu stalo si zajciem prawie równie wanym jak polowanie na we.


Obaj ze Smithem zabralimy si do przygotowania ognia, podczas gdy pozostali wyruszyli na polowanie. Usunlimy wierzchni, sypk warstw piasku, nastpnie piasek gruboziarnisty, a : doskrobalimy si do dolnego zloa wiru. Poszukiwalimy cienkiego, plaskiego kamienia, który móglby posluy do pieczenia wy. Odpowiedni kamie



110 znalelimy dopiero po godzinie. Na ' pobliskich wydmach wida bylo sylwetki naszych towarzyszy, cierpliwie wypatrujcych gadów. Przez kilka godzin nikt nie dojrzal nawet ladu wy. Tak to zwykle bywa. Gdymy si nimi nie interesowali, spotykalimy je na kadym kroku. Przygotowalimy podpalk. Rozgrzany w piekielnym slocu plaski kamie jeszcze przed rozpaleniem ognia wydawal mi si dostatecznie gorcy, by usmay na nim jajecznic.


Pierwszy powrócil ze spuszczon glow Marcinkovas.


- We musialy si dowiedzie o naszych zamiarach - powiedzial zmczonym glosem.


Przez pól godziny siedzielimy w ciszy wokól nierozpalonego ogniska. Nagle rozlegl si glony krzyk Zary. Nie bylo go wida z naszego miejsca, ale dostrzeglimy Kolemenosa i Paluchowicza biegncych w tamt stron. Spojrzelimy po sobie i take ruszylimy za nimi.


W odlegloci kilkudziesiciu metrów od obozu Zaro upolowal swojego pierwszego wa. Przygwodzil go do piasku, wbijajc rozwidlony kij tu za glow gada. Musial wyta wszystkie sily, by utrzyma w miejscu prce si cielsko. Nie moglimy nawet oceni rozmiarów wa, gdy na powierzchni widoczny byl y praktycznie tylko leb; reszta ciala pozostawala zakopana w piachu. Mimo wysilków Zary w powoli, ale systematycznie zaglbial si coraz bardziej w piasku. Bylimy wyczerpani, oslabieni, powolni i niezdarni. Dreptalimy bez adnego poytku wokól Zary, przeszkadzajc sobie nawzajem. Wreszcie Paluchowicz schwycil swój kij i wbil go tu za widelkami Zary. Ja zdjlem rzemie, którym bylem opasany, zrobilem ptl, zarzucilem j na leb wa i zaczlem cign. Moje wysilki nie przynosily adnego rezultatu. Niespodziewanie Kolemenos rozstrzygnl walk, odrbujc wowi leb jednym uderzeniem siekiery. Wycignlem wci wijce si cialo na powierzchni. Czarny z wierzchu, brzowo-kremowy na brzuchu i prawie bialy pod szyj w mial ponad metr dlugoci i grubo rki mczyzny w przegubie.


- Oto wasz obiad, chlopcy - powiedzial Zaro, przybierajc poz króla polowania.


Bezglowy w drgal jeszcze, gdy nielimy go do ogniska. Poloylem go na moim worku i wedlug instrukcji Amerykanina zabralem si do zdejmowania skóry. Pocztki nie byly latwe. Smith twierdzil, e skór z wa mona cign w jednym kawalku, ale ja nie mialem jej za co uchwyci przy glowie. Zrobilem wic noem cicie dlugoci kilku centymetrów i nie bez trudnoci zaczlem wyciga wa z jego cile przylegajcego opakowania. Nigdy przedtem nie widzialem wa bez skóry. Miso mial bialawe, ale nim zdolalimy odpowiednio rozgrza kamie, ciemnialo nieco na slocu. Pokroilimy miso wzdlu i oczycilimy je. Jeszcze mona bylo wyczu drgania, gdy zwinite paski ukladalimy na rozpalonym kamieniu. W skwierczal przyjemnie na ogniu, a my nie moglimy oderwa od niego oczu. Krople tluszczu skapujce do ognia zapalaly si jak fajerwerki. Po jakim czasie obrócilimy miso, by przypieklo si z drugiej strony. Gdy wydalo nam si, e jest ju gotowe, wyjlimy za pomoc kijów kamie z ogniska i poloylimy na piasku, eby nasze pieczyste przestyglo.


Upieczony w trafil wreszcie na mój worek rozloony w pobliu dogasajcego ognia. Rozsiedlimy si wokól, ale jaka nikt nie kwapil si do krojenia; spogldalimy tylko na siebie. Wreszcie nie wytrzymal Kolemenos.


- Jestem diabelnie glodny - powiedzial po prostu i signl po miso. Zabralimy si do wa wszyscy jednoczenie. Bezzbny Paluchowicz wycignl do mnie rk, bym mu podal nó. Jedlimy. Wkrótce z wa pozostaly tylko kosteczki. Miso mial jdrne i sycce. Sdzilem, e bdzie ono mialo jaki silny, odraajcy posmak. W rzeczywistoci okazalo si delikatne, prawie bez smaku i zapachu. Przypominalo mi nieco ugotowan, nieprzyprawion ryb.


- Szkoda, e wczeniej nie pomylalem o wach - powiedzial Smith.




111 Napiwszy si znów blotnistej wody, przygldalimy si slocu schodzcemu z zenitu. Wiedzielimy, e trzeba bdzie znów ruszy, a tak nie chcialo si nam opuszcza tej cennej kropli wilgoci, by i w cignc si przed nami, nieznan, spieczon slocem pustyni. Lealem na piasku i sluchalem, jak w moim oldku co bulgocze i syczy. Zmagal si on widocznie z nieznan mu, barbarzysk potraw. Marzylem o papierosie. Mialem co prawda jeszcze kawalek gazety, ale resztki tytoniu wypalilem ju dawno.


Nikt nie chcial zaczyna rozmowy o dalszej wdrówce - mówilimy wic o innych sprawach. Po raz pierwszy zaczlimy swobodnie mówi o mierci Krystyny i Makowskiego. Dlaczego mier zabrala ich, a nas zostawila w spokoju, pozwalajc nam zachowa resztk sit na dalsz drog? Nie bylo odpowiedzi na to pytanie. Mówilimy o nich dwojgu ze smutkiem i ze wzruszeniem. Sadz, e cala ta rozmowa byla pewnego rodzaju holdem zloonym dwojgu nieobecnym przyjaciolom i zdjla z naszych serc cz wielkiego ciaru.


Zdalem sobie spraw z tego, e przygldam si moim piciu towarzyszom i staram si ich oceni z punktu widzenia naszych szans przetrwania. Kademu z nas co dolegalo. Kolemenos zdjl wlanie mokasyny i na jego stopach wida bylo jtrzce si rany i ywe miso w miejscach, gdzie wiele razy tworzyly si i pkaly pcherze. A nogi Kolemenosa wcale nie byly w gorszym stanie ni innych. Nasze twarze byly tak zmienione, e nawet najblisi mieliby trudnoci z rozpoznaniem nas. Zostaly tylko czaszki obcignite skór, z groteskowo spuchnitymi i popkanymi wargami; doly w policzkach i brwi zwisajce nad glboko wpadnitymi, czerwonymi oczami. Wszyscy cierpielimy na daleko posunity szkorbut. Jedynie Paluchowicz nie doznawal tego przykrego uczucia, jakie wywoluj zby ruszajce si w obolalych dzislach. Kolemenos wyrwal ju palcami dwa zby Maricinkovasowi. Z prymitywnej dentystyki Anastazego mieli wkrótce skorzysta i inni.


Robactwo, szkorbut i sloce wyniszczyly nam skór. Nasze ubrania rody si od wszy, mnocych si stale dziki ich plugawej rozrodczoci. ywily si nami i rosly do nieprzyzwoitych rozmiarów. Drapalimy wci swdzce nieznonie ciala, zdzierajc paznokciami skór. Od brudnych paznokci i przepoconej odziey tworzyly si w zadrapanych miejscach zakaenia. Schwytane wszy zabijalem z okrutn przyjemnoci.


Nikt nie kwapil si, by da sygnal do wymarszu, a wreszcie Zaro i Kolemenos powstali jednoczenie. Powoli zebralimy si wszyscy. Poprawilimy drut na szyjach i zaloylimy na plecy worki. Do swego worka wloylem zdobyty z trudem plaski kamie, pelnicy rol plyty kuchennej. Smith starannie pozbieral resztki opalu. Kolemenos, krzywic si, wcignl na stopy mokasyny. Napilimy si jeszcze wody i pónym popoludniem ruszylimy w dalsz drog.


Wiele kilometrów przeszlimy tego dnia, nim zgasla sloce i gwiazdy zablysly na Fioletowoczarnym niebie. Noc spdzilimy skuleni blisko siebie i jeszcze przed witem wznowilimy marsz.


Pól godziny póniej Paluchowicz stanl i zlapal si za brzuch, jczc. W cigu godziny wszystkich chwycily gwaltowne, skrcajce bóle. Oslabieni biegunk, zatrzymujc si cigle, nie przeszlimy do pónego popoludnia nawet dziesiciu kilometrów. Dopiero pod wieczór ataki zaczly ustpowa.


Zastanawialimy si, co bylo przyczyn niestrawnoci - miso wa czy brudna woda?


- Mogla to by brudna woda - zawyrokowal Smith. - Najprawdopodobniej jednak nasze puste oldki zareagowaly w ten sposób na nagle obcienie ich zarówno misem, jak i wod.


- Mam sposób na to, by si dowiedzie, co nam zaszkodzilo owiadczyl Kolemenos. - Zjedzmy jeszcze jednego wa. Wci jestem glodny.


Marcinkovas wzruszyl ramionami. - Albo we, albo nic.



112 - Niech Bóg ma nas w swojej opiece - jknl Paluchowicz, którego znów chwycily bóle.




113 XVIII. Na drugim brzegu pustyni Gobi


Nie ulega wtpliwoci, e we z pustyni Gobi uratowaly nas przed mierci. Nastpnego dnia upolowalimy dwa w cigu kilku minut. Jeden z nich przypominal zwyklego wa spotykanego w Europie, drugi mial srebrnoszar skór, któr na grzbiecie zdobily szerokie czerwone pasy, obramowane po bokach dwiema cienkimi liniami tej samej barwy. Pamitajc, jak trudno bylo mi cign skór z pierwszego wa, któremu Kolemenos odcil glow - te dwa zabilimy kijami. Gdy je obdzieralem ze skóry, Zaro przytrzymywal ich lby swym rozwidlonym kosturem.


Kolorowe we mniej przypadly nam do gustu ni pierwsza zdobycz. Byly ciesze i niesmaczne. A moe to kolory wplynly na nasze poczucie smaku. Nasz pierwszy w - gruby czarny konsystencj i barw misa przypominal nieco wgorza. Odtd szukalimy przedstawicieli tego wlanie gatunku i cieszylimy si zawsze, ilekro zdolalimy jednego z nich upolowa.


Tluszczu, który wytapial si podczas pieczenia, uywalimy jako balsamu na spuchnite wargi, obolale powieki i odparzone stopy. Przynosil nam ulg, przynajmniej na kilka godzin.


Dwa dni po opuszczeniu blotnistego rowu odwiedzili nas pierwsi gocie. Najpierw pojawilo si kilka kruków, które leniwie zataczaly kola nad naszymi glowami. Pozostawaly z nami przez caly ranek. Odlecialy nagle kolo poludnia, gdy zaczynalimy przygotowywa si do odpoczynku. Zastanawialimy si, co je sklonilo do odlotu, gdy nagle dwa wielkie cienie przesunly si po piasku. Na wysokoci okolo szeciu metrów nad nami ujrzelimy par wspanialych orlów o dlugich szyjach. Pod sloce ich upierzenie wydawalo si czarne. Przelecialy nad nami kilkakrotnie i potem, rozpostarlszy swe olbrzymie skrzydla, sfrunly na szczyt piaszczystego pagórka odleglego o dwadziecia metrów. Obserwowaly nas stamtd uwanie.


- Czego one chc? - kto zapytal.


- Pewnie dostrzegly stado kruków i szukaj czego do jedzenia - odpad Smith.


- Ja si tam nie dam zje - powiedzial Zaro.


- Nie martw si - uspokoilem go - nas nie zaatakuj.


Zaro zaczl krzycze na orfy, udajc, e rzuca w nie kamieniami. Nie zwrócily wcale uwagi na jego ruchy, zachowujc pogardliw wyszo. Wyskrobawszy z piasku dwa kamienie, Zaro wymierzyl dokladnie i cisnl jeden z nich w stron orlów. Kamie upadl w odlegloci metra od nich, wzbijajc w gór tuman pylu. Jeden ptak podskoczyl lekko, dragi nawet nie drgnl. Nastpny rzucony kamie padl do daleko od celu i orly zupelnie go zlekcewayly. Same wybraly moment odlotu w chwili, gdy rozbieralimy nasz oslon przed slocem. Wzbiwszy si wysoko, towarzyszyly nam jeszcze przez godzin, po czym zawrócily na poludnie i znikly.


- Orly yj w górach - zauwayl Amerykanin. - Moe niedlugo ju skoczy si ta pustynia.


Lecz na razie rozcigaly si przed nami niezmierzone piaski, a na horyzoncie nie bylo wida najmniejszego ladu gór.


- Ale te potrafi pokonywa olbrzymie odlegloci - odpowiedzialem.


Przez trzy czy cztery dni cierpielimy wci jeszcze na bóle oldka, którym towarzyszyla biegunka. Potem bóle ustpily, lecz wrócila straszliwe pragnienie. Wlokc si naprzód, nieraz calymi dniami nie widzielimy nawet ladu wy. A raptem, ni std ni zowd, znajdowalimy dwa we na raz, wygrzewajce si na slocu. Pieklimy je



114 natychmiast po schwytaniu. Którego dnia mielimy prawdziw uczt, upolowalimy w cigu pól godziny dwa z gatunku naszych ulubionych ,,duych czarnych".


Dni plynly naprzód. Znów odwiedzily nas kruki i orly. Nauczylimy si wyznacza kierunek za pomoc dwóch jasnych gwiazd, i wdrowalimy czasem take noc. Ponownie ogarnla nas obsesja wody.


Stracilem rachub dni. W moich snach pojawialy si we, których nie moglem zabi, cho tluklem je kijem bez opamitania. Byly niemiertelne. Syczc, pelzaly na mnie ze wszystkich stron. Najgorszy jednak byl sen, w którym blkalem si samotnie po pustyni, nawolujc moich towarzyszy, cho wiedzialem, e nikt ju nie yje. Obudzilem si, drc z lku i zimna, by stwierdzi z radoci, e Smith, Kolemenos, Zaro, Marcinkovas i Paluchowicz pi i oddychaj obok mnie.


Teren prawie niedostrzegalnie zaczynal si zmienia. Odcie piasku stawal si ciemniejszy. Ziarnka byly wiksze i ostrzejsze; wydmy - coraz wysze. ar lal si wci z bezchmurnego nieba, ale zdarzaly si dni przynoszce z poludnia wietrzyk, muskajcy nas leciutkim chlodem. Noce byly teraz naprawd zimne i nabieralem pewnoci, e stopniowo zaczynamy wydostawa si z tej olbrzymiej patelni.


Po tygodniu, moe omiu dniach, od opuszczenia rowu z podnieceniem i rosnc nadziej odkrylimy zmiany na horyzoncie. Dzie byl niezwykle przejrzysty. W dali na wschodzie, w odlegloci okolo osiemdziesiciu kilometrów, zarysowal si przed nami lacuch gór - jakby niebieskawa mgielka lub wijcy si dym papierosa. Wprost przed nami te wida byto jakie wzniesienia, ale wygldaly one na pagórki w porównaniu z tym, co dostrzeglimy, patrzc w kierunku wschodnim. Kiepsko orientowalimy si w geografii Azji rodkowej. Uznawszy, e ten lacuch gór na wschodzie musi by Himalajami, które jako zdolalimy obej od zachodu, doszlimy do wniosku, e znajdujemy si na pograniczu Indii. Dopiero póniej mielimy si dowiedzie, e od Himalajów dziel nas cignce si z pólnocy na poludnie poszarpane, górzyste bezdroa Tybetu.


Szlimy jeszcze przez dwa wyczerpujce dni, nim stanlimy na twardym, skalistym gruncie, lekko przysypanym piaskiem. Oslabieni do ostatnich granic, leelimy tam, patrzc za siebie, na lady pozostawione przez nas na piasku. Nie wygldaly one jak lady stóp, ale raczej jak smugi zarysowane na niegu przez narty. Przed nami pil si stopniowo w gór lacuch nagich, zamarlych gór. Mylalem tylko o tym, e za najbliszym wzniesieniem moe by woda. Po dwóch godzinach odpoczynku zaczlimy si wspina pod gór. Wczeniej zdjlimy mokasyny, by z nich wytrzepa piasek i oczyci stopy. Tak wyszlimy z pustyni Gobi.


Za wzniesieniem znalelimy nowe pustkowie. O zmroku spucilimy si do kamienistej doliny. Zamierzalimy i dalej, ale Marcinkovas potknl si i rozbil sobie kolano. Rano pokazywal nam wielkiego siniaka. Skaryl si na sztywno w nodze, ale mógl i. Co jaki czas gimnastykowal stluczon koczyn i ból wkrótce mu przeszedl. Zaczlimy si znów wspina, posuwajc si w zupelnym milczeniu, bo brakowalo nam tchu, a zreszt samo poruszanie ustami sprawialo nieopisany ból. Przebrnlimy przez lekk porann mgielk i na nastpny szczyt wdrapalimy si dopiero po kilku godzinach. Dojrzelimy z niego znów na wschodzie zarys wysokich gór. Na wprost przed nami, gdzie tylko oko zdolalo sign, cignly si nieprzerwane lacuchy pagórków. Dolina u naszych stóp wygldala jak uslana piaskiem, postanowilimy wic zej w dól jeszcze przed zmierzchem, by poszuka wy.


Niewiele brakowalo, a przegapilibymy wod. Zauwayl j Zaro, który szedl na kocu. Nagle uslyszelimy jego krzyk:


- Woda!




115 Kolemenos i ja szukalimy wlanie drogi w dól, bylimy jakie dwadziecia metrów poniej Zary, gdy to jedno cudowne slowo zatrzymalo nas w miejscu. Poczlimy si szybko wspina z powrotem. Po skale sczyla si srebrzysta struka wody. Idc jej ladem, odkrylimy ródelko - szczelin w skale, tak wsk, e Ledwie zmiecilyby si w niej palce dloni. Znalelimy miejsce, z którego krople mogly spada do naszej obtluczonej blaszanki. Czekalimy niecierpliwie dobre dziesi minut, wpatrzeni w garnuszek napelniajcy si musujc, czyst i lodowato zimn wod.


- Przecie ty te minle to miejsce - co si stalo, e zawrócil? - spytalem Zary.


- Co kazalo mi odwróci glow. Musialem poczu zapach wody - odpowiedzial zupelnie powanie.


Dwik kropel wody spadajcych do garnuszka wydawal si najpikniejsz muzyk. Gdy kubek wypelnil si wreszcie, Zaro signl po niego. Rce tak mu draly, e rozlal troch wody. Podal kubek Smithowi, naladujc glbokim uklonem etykiet Mongolów, którzy zawsze najpierw obsluguj najstarszych wiekiem. Kady wypijal lyk i przekazywal kubek nastpnemu. aden nektar staroytnych bogów nie mógl smakowa tak wspaniale. Napelnialimy kubek wielokrotnie. Potem postawilimy go pod tym yciodajnym ródlem, by kady mógl napi si, kiedy zechce.


Zblialo si poludnie. Zamierzalimy pozosta w pobliu ródla przez nastpn dob, ale wród tych wzgórz nie bylo nic do jedzenia, a glód doskwieral nam coraz bardziej. Postanowilem zej do piaszczystej doliny w poszukiwaniu wy, a Zaro zgodzil si i ze mn. Wzilimy rozwidlone kije i ruszylimy w dól, ogldajc si od czasu do czasu za siebie, by zapamita drog do naszych towarzyszy siedzcych przy ródelku.


Zejcie do spieczonej slocem piaszczystej doliny zajlo ponad godzin. Metrowej dlugoci w, który na nasz widok ukryl si pod skal, rozbudzil natychmiast nasze nadzieje. A jednak a do pónego popoludnia nie natrafilimy na adne inne lady ycia. Nie mogc nic znale razem, rozeszlimy si w przeciwnych kierunkach. Zniechcony, chcialem ju zawróci, gdy nagle uslyszalem triumfalny okrzyk Zary. Podbieglem w jego stron i ujrzalem go stojcego nad wielkim, czarnym wem, który wil si i trzepotal rozpaczliwie, przygnieciony widelkami do piasku. Zatluklem wa kijem, po czym objlem Zar ramieniem, gratulujc mu sukcesu. Byl on zawsze wród nas pierwszym lowc wy.


Zaro zarzucil sobie zdobycz na szyj jak wieniec triumfalny i poczlimy si wspina znów w gór. Gdy dotarlimy do ródla, bylimy tak spoceni i wyczerpani, e Kolemenos zastpil mnie w mojej zwyklej pracy oblepiania wa ze skóry. Wykorzystujc reszt patyków i uzbieranego przez Zar w oazie wielbldziego lajna, Paluchowicz rozpalil ogie. Nie starczylo tego ognia na calkowite upieczenie misa, ale bylimy zbyt glodni, by grymasi. Jedlimy i pili a do zachodu sloca. W nocy nie spalimy dobrze, gdy bylo bardzo zimno.


Nastpnego dnia znów bylimy w drodze. Tym razem nikt nie dostal kurczów oldka, z czego wynikalo, e poprzednie bóle zawdziczalimy glównie brudnej wodzie. Zeszlimy w dól pochyloci i poprzez piaszczyst dolin dotarlimy a do cigncych si przed nami wzgórz. W sumie zrobilimy ponad dwadziecia kilometrów. Ze szczytu znów badalimy teren. Na wprost rysowaly si jakie olbrzymie wzniesienia, postanowilimy wic i latwiejszym szlakiem, kierujc si mniej wicej 10° na wschód. Pod wieczór nadzieje nasze obudzily pierwsze lady rolinnoci: gdzieniegdzie pojawila si ostra, klujca trawa, która z trudem szukala miejsca dla swych korzeni midzy pkniciami w skale. Wyrwawszy kpk, podawalimy j sobie z rk do rak i ogldalimy tak uwanie, jakby nikt z nas nie widzial nigdy trawy.


Dzie po dniu, zmczeni, wleklimy si naprzód. Nasze poywienie ju od trzech tygodni stanowily wylcznie chwytane od czasu do czasu we. Noce byly tak zimne, e



116 kamienie na wzgórzach pokrywaly si szronem. Wci na próno szukalimy ladów jakich zwierzt, spotykalimy natomiast ptaki. Czasem byla to para unoszcych si w górze sokolów, czasem rozplotkowane sroki, no i nasi dawni znajomi - kruki. Kpy twardej jak drut górskiej trawy stawaly si coraz gciejsze i coraz bardziej zielone. Wkrótce pojawily si male krzaki i rosnce samotnie karlowate drzewa - idealny opat na ogniska, które rozpalalimy teraz co wieczór. Gdy napotkalimy pierwsze strumienie, skoczyly si sny o wodzie. Odtd rzadko kiedy spdzalimy bez niej dluej ni dzie.


Pewnego dnia, kiedy zdobylimy szczyt dlugiego lacucha wzgórz, w dole odslonil si przed nami widok, w który trudno bylo uwierzy - rozlegla dolina wyslana soczyst traw. Jeszcze bardziej podniecil nas widok stada moe ze stu owiec, które wygldaly jak rozsypane biale okruszki. Schodzilimy, a chwilami wrcz zsuwalimy si w dól, szybko, na zlamanie karku, ponaglani pragnieniem, by jak najprdzej postawi stop na dnie doliny. Slyszelimy ju beczenie owiec. Gdy bylimy od nich w odlegloci pól kilometra, zjawily si nagle dwa psy o dlugiej sierci i umaszczeniu podobnym do owczarków collie. Zaczly biega wokól stada, starajc si nie dopuci nas do owiec.


- Nie bójcie si - zawolal Zaro. - Nic im nie zrobimy. Pokacie tylko, gdzie jest wasz pan.


Psy spogldaly na niego gronie.


- Musz tylko podej blisko owiec, by raz dobrze machn t poczciw siekierk - mruknl Kolemenos.


- Poczekaj, Anastazy. Czemu si niecierpliwisz? - uspokoilem go. - Przecie wida, e pasterz wyslal psy ze wzgldu na nas. Odejdmy std nieco, a rcz, e psy same zaprowadz nas do niego.


Zaczlimy si ostentacyjnie oddala. Przez kilka minut owczarki obserwowaly nas badawczo. Potem najwyraniej zadowolone z tego, e zdolaly nas odstraszy, pobiegly w kierunku zbocza po drugiej stronie doliny. Wiodc za nimi wzrokiem, dojrzalem w odlegloci dwóch kilometrów wzbijajc si w gór cienk nitk dymu.


- Ogie w poludnie moe oznacza tylko jedno - jedzenie powiedzial Marcinkovas glosem pelnym nadziei.


Ogie plonl w miejscu oslonitym od wiatru wystajcymi z ziemi skalami, o które opieral si maleki schron, zbudowany w ksztalcie kopca z kamieni uloonych jeden na drugim. Przy ogniu siedzial stary, siwobrody czlowiek, a obok niego warowaly dwa psy z wywieszonymi ozorami. Gdy zbliylimy si do niego, powiedzial co do psów, które zerwaly si natychmiast i pobiegly z powrotem przez dolin do stada owiec. Ze stajcego na ognisku, okopconego kociolka unosily si klby pary. Postpiwszy naprzód, Amerykanin sklonil si nisko. Stary pasterz powstal i odklonil si z umiechem, po czym zloyl kolejno kademu z nas uklon.


Z kwadratowej, ogorzalej od wiatrów twarzy wystawaly mocno zaznaczone koci policzkowe. Na glowie nosil ciepl czapk z koziej skóry. Nauszniki, na modl Mongolów z pólnocy, podwinl w gór. Ubrany byl w rozpit, ale przewizan postronkiem baranic, sigajc za kolana, spod której wystawaly grubo wywatowane owcz weln spodnie. Na nogach mial wojlokowe buty na grubych skórzanych podeszwach. W drewnianej, obitej skór pochwie tkwil dlugi - jak póniej zobaczylem - obosieczny nó o kocianej rkojeci. Witajc nas, powstal z rozloonej przy ogniu niewyprawionej skóry baraniej. Opieral si na póltorametrowej lasce, której dolny koniec zaopatrzony byl w metalowy szpikulec, a górny rozwidlal si w ksztalcie litery V Nie ulegalo wtpliwoci, e wita nas przyjanie i e cieszy si z przybycia nieoczekiwanych goci.


Zaczl mówi z oywieniem i dopiero po jakich dwu minutach zorientowal si, e nie rozumiemy ani slowa. Z kolei ja odezwalem si do niego po rosyjsku, ale wyraz jego



117 twarzy wiadczyl dobitnie, e nie wlada tym jzykiem. Szkoda, bo biedak musial tskni do rozmowy z kim i do wymiany wiadomoci. Domylilem si, e mówil o tym, i widzial nas nadchodzcych z oddali i przygotowal posilek na nasze powitanie. Gestem zaprosil nas, bymy zasiedli wokól ognia i powrócil do przerwanej czynnoci mieszania w kociolku. Zajrzalem do jego schronu. Bylo w nim do miejsca akurat na jedn osob. Na podlodze leala upleciona z tyka mata do spania.


Dzierc w rku wielk drewnian lyk, raz jeszcze spróbowal podj rozmow. Staral si mówi powoli i wyranie, ale nic to nam nie pomoglo. Przez chwil panowala cisza. Smith odchrzknl i odezwal si po rosyjsku.


- My - powiedzial, zataczajc wokól rk - idziemy do Lhasy. Do Lhasy.


Oczy pasterza blysnly, jak gdyby zrozumial.


- Lhasa. Lhasa - powtórzyl Smith, wskazujc rk na poludnie. Pasterz wycignl zza pazuchy zamknity w plaskiej, kolistej puszce rulon pergaminu, na którym wypisane byly modlitwy. Postrzpione brzegi pergaminu wskazywaly, e uywal go czsto. Wycignl rk w stron sloca i zaczl ni zatacza kola.


- Chce nam pokaza, za ile dni dotrzemy do Lhasy - szepnlem.


- Krci rk jak wiatrak - zauwayl Zaro. - Musi by diabelnie daleko.


Sklonilimy si, dzikujc mu za informacj. Wyjl z kieszeni woreczek dobrej, prawie bialej soli i wsypawszy jej nieco do kociolka, dal nam znak, bymy te zajrzeli do rodka. W naczyniu gotowala si gsta, szara kasza. Nasz gospodarz zamieszal znowu lyk, nabral na ni troch kaszy, dmuchnl, mlasnl wargami i wreszcie spróbowal, po czym wysunl jzyk i oblizal sobie usta. Zamial si przy tym tak radonie, e wszyscy zarazilimy si jego humorem i zaczlimy si mia beztroska - po raz pierwszy od wielu miesicy.


Teraz rozpoczl si prawdziwy rytual. Stary pasterz wycignl ze swego schowka jaki przedmiot ukryty w bialym plóciennym worku. Spogldal na nas jak magik, który przed dokonaniem wielkiej sztuki, stara si wzmóc napicie widzów. Myl, e okazalimy dostatecznie duo podziwu, gdy z worka wycignl wreszcie na wiatlo dzienne piknie wykonan i wspaniale utrzyman misk, wydron w drewnie, które kolorem przypominalo orzech. Chuchnl na ni, przetarl rkawem i podal nam. Miska byla tak misternie wykoczona, e rzeczywicie kady rzemielnik móglby by z niej dumny. Oddalimy mu j, wypowiadajc slowa podziwu.


Napelniwszy wreszcie misk kasz, postawil j na rozcignitej skórze baraniej i zniknl w swym schronie. Po chwili zjawil si znów, niosc wielki gliniany dzban o wskiej szyjce, pelen owczego mleka. Dolal troch mleka do miski i nie próbujc ustali, który z nas jest najstarszy, podal j siedzcemu najbliej Zorze. Zaro zjadl kopiast lyk kaszy, cmoknl z uznaniem i chcial poda naczynie dalej. Nasz gospodarz powstrzymal jednak lagodnie jego rami, wskazujc mu, by zjadl tat porcj.


Zaro rozprawil si z poczstunkiem szybko i entuzjastycznie. - Boe, jak to cudownie smakuje! - zawolal.


Ja bylem nastpny. Potrawa skladala si glównie z pczaku, który ugotowany byl jednak z jakim tluszczem. Zimne wiee mleko ochlodzilo nieco kasz, moglem wic pore j do szybko. Czulem, jak lagodne cieplo splywa do mego umczonego oldka. Na zakoczenie te mlasnlem wargami. Odbilo mi si glono, gdy oddawalem pust misk.


Gospodarz najpierw nakarmil nas wszystkich, a dopiero potem sam zabral si do jedzenia. Paroma kwaterkami mleka rozcieczyl póniej reszt kaszy w kociolku, i kady dostal jeszcze po jednej porcji.


Nie bez trudu zdjl z ognia pozbawiony palka do wieszania kociolek i ku naszej nieopisanej uciesze wydobyl z kieszeni skórzany woreczek wypelniony tytoniem. Kademu odmierzyl racj wystarczajc na dwa - trzy papierosy. Z worków powycigalimy nasz



118 strzeony jak skarb papier gazetowy. Gdy zapalilimy od arzcych si glowni papierosy, opanowalo nas uczucie szczcia i wdzicznoci dla owczarza za jego wspanial gocinno. A on - niech go Bóg blogoslawi - rozsiadl si, skrzyowawszy nogi, i umiechal si do nas radonie.


Po pólgodzinie, nie przyjwszy naszej pomocy, poszedl do pobliskiego strumienia, by umy sw cenn misk. Dorzucil drzewa do ognia i zaparzyl herbat. Nawet nam smakowala tym razem ta tybetaska herbata, cho po jej powierzchni plywaly tluste kola zjelczalego masla.


Czulem, e powinnimy si czym odwdziczy naszemu staruszkowi.


- Zróbmy mu z drutu rczk do kociolka - powiedzialem do Kolemenosa.


Wszyscy przyznali, e to wietny pomysl. Praca zajla nam pól godziny. Nasz gospodarz byl uradowany.


Zastanawialimy si, jak by jeszcze wywiadczy mu przyslug. Kto zaproponowal, by nazbiera chrustu na opal. Po godzinie wrócilimy z calymi narczami, a Kolemenos przyniósl zrbane siekier drzewko. Pasterz koczyl wlanie ostrzenie noa na plaskim kamieniu. Zaprosil nas, bymy usiedli, i oddalil si w towarzystwie swych psów.


Powrócil wkrótce; prowadzil za sob mlodego barana, trzymajc go za weln midzy rogami. Psy kryly wokól w widocznym podnieceniu. Zarnl barana z wpraw rzenika i oskórowal go z szybkoci, która wprawila mnie w kompleksy. Powiartowal potem zwierz, natarl sol jedn przedni i jedn tyln wiartk i zawiesil je w swej kamiennej chacie. Glow i cz wntrznoci rzucil psom.


Polówka barana upiekla si na drewnianym ronie, i znów najedlimy si do syta. Dalimy mu na migi do zrozumienia, e chcemy pozosta na noc. Zgodzil si na to chtnie. Rozloywszy si wokól ogniska, cala nasza szóstka przespala noc przy ploncym ogniu.


Rano pasterz nie wiadomo skd wydobyl owsiane placki. Kady dostal po trzy i napilimy si znów herbaty. Gdy zaczlimy si zbiera do drogi, nie chcc naduywa jego gocinnoci, ku naszemu zdumieniu zabral si do pieczenia reszty barana. Oddal nam potem upieczone miso i doloyl jeszcze troch tytoniu.


Opucilimy pasterza wczesnym popoludniem, nazbierawszy mu przedtem drzewa na opal. Nie wiedzielimy, jak mu dzikowa za jego nieocenion dobro. Kady klepnl go z umiechem po ramieniu. Zdolal, zdaje si, zrozumie, e pozyskal szeciu naprawd wdzicznych przyjaciól.


Rozstajc si wreszcie, sklonilimy si nisko, patrzc mu zgodnie z etykiet - prosto w oczy. Odklonil si nam z cal powag. Ruszylimy naprzód. Gdy obejrzalem si, siedzial ze swymi psami tylem do nas. Nie odwrócil glowy.




119 XIX. ,,Szóstka" wkracza do Tybetu


Myl, e starego pasterza napotkalimy jeszcze przed wkroczeniem do Tybetu. Po opuszczeniu pustyni, trafilimy do chiskiej prowincji Kansu, która od pólnocnego wschodu graniczy z Tybetem. Bylo to w pocztkach padziernika 1941 roku i by dotrze do stóp Himalajów czekaly nas jeszcze trzy miesice wdrówki, dwa i pól tysica kilometrów trudnego terenu. Staralimy si zawsze robi okolo trzydziestu kilometrów dziennie, cho zdarzalo si, e zdolalimy przej wicej. Czasem jednak wypoczywalimy calymi dniami, chtnie korzystajc z gocinnoci przyjaznych Tybetaczyków. Tradycyjna gocinno wobec wdrowców i hojno, której obca byla myl o jakimkolwiek wynagrodzeniu, stanowily wspaniale cechy tych ludzi. Bez ich pomocy nie zaszlibymy daleko.


Czulem, e gorzej znosimy dotkliwe zimno nocy, ni w pierwszym okresie wdrówki, pod koniec syberyjskiej zimy. Mka pustyni Gobi pozostawila na nas lady. Teraz ju na dlugo przed zmrokiem wypatrywalimy dobrego schronienia na noc. Nieraz skracalimy wyznaczon na dany dzie marszrut, gdy znalelimy przytuln jaskini lub jakie inne dobrze oslonite miejsce na nocleg. Zbieranie opalu stalo si obsesj. Noc bez ogniska byla czym nie do pomylenia.


Rano ziemi pokrywala gruba warstwa szronu, który trzymal si jeszcze nawet przez kilka godzin. Na wschodzie rysowaly si lacuchy gór o bialych szczytach. Jak zawsze dyskutowalimy o tym, gdzie wlaciwie jestemy.


Pitego dnia od rozstania z pasterzem napotkalimy pierwsz wiosk. Po godzinie marszu rozpocztego o wicie dostrzeglem w odlegloci kilkunastu kilometrów, po lewej rce, cienk smug dymu. Odczuwalimy glód i na pewno nie byto nam cieplo, po_ stanowilimy wic ustali ródlo dymu. Zeszlimy w dól wzgórza - od porastajcej go na szczycie kosówki do pokrytych traw niszych partii, stanowicych doskonale pastwiska dla owiec. Spostrzeglimy jeszcze kilka wzbijajcych si w niebo warkoczy dymu. Zblialimy si wyranie do jakiej osady, ukrytej jeszcze przed nami za lagodnie zaokrglonym ramieniem wzgórza. W samym zgiciu owego ramienia, w dolinie, przycupnli wioska skladajca si z dziesiciu malych, pudelkowatych domów. Domki byty naprawd niewielkie, mialy wymiary sze na trzy i pól metra, pokrywaly je plaskie dachy z zachodzcych na siebie szerokich desek przygniecionych kamieniami. Z tylu za domami znajdowaly si zagrody dla owiec, których dziesitki pasly si na otaczajcych dolin zielonych stokach. Tutejsze owce mialy bardzo dlug weln, dominowala ma brzowa i szara. Zblialimy si do wioski powoli, zatrzymujc si czsto i rozgldajc wokól. Nie chcielimy, aby mieszkacy byli zbytnia zaskoczeni naszym pojawieniem si w osadzie. Nie wiedzielimy, jak zareaguj na nasz widok.


Midzy domami walsaly si dzieci, kury, kozy oraz jaki, które widzialem po raz pierwszy poza ogrodem zoologicznym. Posuwajc si parami, niczym na spacerze, przystanlimy przed chat na skraju. Na podwórzu mczyzna zaprzgal jaka do wysokiego, dwukolowego wozu. Zauwayl nas oczywicie, ale nie okazal wikszego zainteresowania. W przeciwiestwie do dzieci, których z pól tuzina, zalknionych, ale i wyranie zaciekawionych, ustawilo si obok wozu i obserwowalo nas uwanie. Jak, którego dlug, jedwabist sier poruszal wiejcy w dolinie wietrzyk, krcil si, próbujc unikn uprzy. A moe to wiatr przyniósl mu nasz zapach, który nie przypadl mu do gustu, o co trudno mie do niego pretensj.


Wieniak postanowil nagle przerwa swe zmagania z jakiem. Rzucil na ziemi uprz i zostawil zwierz w spokoju. Gdy zwrócil si w nasz stron, zloylimy mu glboki uklon,



120 nie ruszajc si z miejsca i patrzc prosto w jego mlod, plask, blyszczc twarz. Odpowiedzial bardzo starannie wykonanym uklonem. Dzieci w ciszy przygldaly si calej tej scenie. Umiechajc si, wystpilimy z Kolemenosem par kroków naprzód. Na widok jasnego, dlugowlosego i dlugobrodego olbrzyma dzieci przerwaly cisz i zaczly co szepta midzy sob. Stanlimy przed wieniakiem i sklonilimy si znowu. Zaczla si midzy nim a mn dluga rozmowa, z której obaj wywnioskowalimy tyle, e si wzajemnie nie rozumiemy. Ukrywszy si za plecami mczyzny, dzieci wsluchiwaly si w ten nasz dziwny dialog, nie spuszczajc oczu z Anastazego. Mczyzna dal nam wreszcie znak, bymy poszli za nim. Dzieci ruszyly biegiem naprzód, roznoszc po wiosce wie o naszym przybyciu.


Postpujc tu za naszym przewodnikiem, rozgldalem si dokola. Wzdlu drogi biegncej przez osad staly nierównym rzdem chaty. Dojrzalem kilka uprawnych dzialek, na których nic jednak nie roslo o tej porze roku. Na nasz widok kobiety przerwaly dojenie kóz i w popiechu kryly si za drzwiami chat. Przybylo natomiast dzieci, które niemialo przygldaly si obcym wdrowcom. W odlegloci moe dwudziestu metrów za ostatni chat wie oplywal od wschodu strumie. Jake wspaniale poloone bylo to miejsce. Zauwaylem, e dzieci do szybko pozbyly si niemialoci i wkrótce kilkanacioro dreptalo tu obok nas. Mczyzna zatrzymal si mniej wicej w polowie wsi. Domostwo, przed którym stanlimy, bylo równie skromne jak wszystkie inne w wiosce, tylko nieco wiksze. Poza tym wyrónial je ganek, wsparty na dwóch drewnianych slupach.


- To zaczyna wyglda interesujco - szepnl mi do ucha Smith, gdy Tybetaczyk zniknl w drzwiach chaty.


- Pewnie poszedl po burmistrza - powiedzial Zaro.


Niewiele mielimy czasu na domysly. Na ganku zjawila si nowa osoba, i to tak szybko, jakby czekala na nas za drzwiami. Byl to mczyzna okolo pidziesitki, odziany w tak sam rozpit baranic, jak wszyscy we wsi. Wzrostem przewyszal przecitnego Mongola i cho byl równie ciemny, to jednak jego rysy nie mialy wyranie mongolskiego charakteru. Gdy wymienilimy zwykle pozdrowienia, przemówil do nas w jzyku swego kraju. Potrzsnlem glow i odpowiedzialem powali i dobitnie po rosyjsku. Twarz rozjanil mu umiech.


- Witajcie - powiedzial, zwracajc si do mnie. - Teraz bdziemy mogli porozmawia.


Te slowa zaskoczyly nas. Mówil po rosyjsku swobodnie i bez obcego akcentu. Dopiero po chwili uprzytomnilem sobie, e jestemy zbyt daleko granicy sowieckiej, by przypadkowe spotkanie z Rosjaninem moglo stanowi dla nas jakie zagroenie.


Czekal na moj odpowied, a nie doczekawszy si, sam zaczl mówi z oywieniem:


-Jestem Czerkiesem i od dawna nie spotkalem nikogo, kto mówilby po rosyjsku.


- Czerkiesem? - powtórzylem. I nie mogc zdoby si na bardziej oryginaln uwag, dodalem: - To bardzo ciekawe. Zadawal nam jedno pytanie po drugim:


- Czy jestecie pielgrzymami? Wród Rosjan nie ma wielu buddystów. Czy przebylicie pieszo pustyni Gobi?


- Tak. Pieszo.


- Musielicie wiele przey... Raz omal nie zginlem w czasie takiej podróy.


Mial ochot na dalsze przepytywanie, ale nagle przypomnial sobie o obowizkach gospodarza. Przeprosiwszy za zwlok, zaprosil nas do swego domu. Jedna wielka izba przedzielona byla kamiennym przepierzeniem na dwie czci. Gdy wchodzilimy do rodka, dojrzalem kobiet, która w popiechu popdzala trójk czy czwórk dzieci do tylnej czci domu, stanowicej pewnie kuchni. Kilka szczególów zwrócilo moj uwag: blyszczce blaszane kubki, rzd drewnianych lyek na pólce, wiszce pki suszonych ziól i rzecz najdziwniejsza - wyplowialy obraz za szklem, przedstawiajcy prawoslawnego witego Mikolaja. Na blaszanej póleczce pod obrazem stala prosta, miniaturowa lampka oliwna o



121 ciankach z czerwonego szkla. Wyposaenie uzupelnialy masywne drewniane lawy, cikie, take drewniane, wiadro z lyk do czerpania wody, mlynek do zboa, prymitywny kolowrotek oraz kamienne palenisko. Miejsca bylo niewiele, ale zagospodarowano je dobrze. Pod cianami staly prycze nakryte derkami utkanymi domowym sposobem z surowej welny.


Zasiedlimy niezgrabnie na lawach, czujc si niepewnie w tym nowym otoczeniu. Czerkies, który umylnie lub przez zapomnienie nie powiedzial nam swego nazwiska (a my te nie pieszylimy si z wymienianiem naszych), znów zaskoczyl nas pytaniem:


- Czy jestecie uzbrojeni?


- Nie. Nikt z nas nie ma broni - odparlem.


- Nie macie nawet niczego do rbania drzewa?


- A tak. Mamy na nas szeciu jedn siekierk i jeden nó, nie liczc kijów.


- To wszystko? Chyba wiecie, e nie jest bezpiecznie podróowa w tych stronach?


Zdziwila mnie ta uwaga.


- Nie bardzo rozumiem - odpowiedzialem. - Nie mielimy dotd adnych klopotów.


Zamilkl na chwil, przygldajc si nam uwanie.


- Czy widzielicie jakich Chiczyków? Mam na myli zbrojnych Chiczyków, chiskich olnierzy?


- Nie widzielimy nawet ladu Chiczyków.


Po tej odpowiedzi wstal i opucil izb. Smith nachylil si do mnie i prosil, bym dowiedzial si czego wicej o tych tajemniczych Chiczykach.


Wydawszy prawdopodobnie jakie polecenia w sprawie posilku dla nas, Czerkies powrócil po piciu minutach. Z powag wysluchal mego pytania.


- Uwaam, i powinienem was ostrzec - powiedzial - e wojska chiskie czasem zjawiaj si w tej wiosce. Kupuj od nas drób. Patroluj te okolice, chocia nale one do Tybetu. Widzialem, jak posuwali si na poludnie w kierunku Lhasy. Poniewa mówicie tylko po rosyjsku, Chiczycy mog nabra podejrze. Najlepiej schodcie im z drogi.


Bylo jasne, e udziela nam yczliwych rad, podzikowalem mu wic, ale póniej nigdy nie napotkalimy chiskich olnierzy. W pól godziny po naszym przybyciu przyjto nas po królewsku - owsianymi ciastkami i herbat. Zajci napelnianiem oldków mówilimy malo podczas jedzenia. Potem gospodarz przyniósl fajk i puszk tytoniu, którym poczstowal nas wszystkich. Izb wypelnily wkrótce klby niebieskiego dymu, uciekajce na zewntrz przez otwarte drzwi.


- A wic idziecie do Lhasy - powiedzial, pykajc fajk. Brzmialo to grzecznie, jak gdyby zabawial nas rozmow, nie sadz jednak, by naprawd wierzyl, e Lhasa byto celem naszej wdrówki.


- Pamitajcie, e noce s wciekle zimne, szczególnie w górach. Nigdy nie ulegajcie pokusie snu, zanim nie zapewnicie sobie odpowiedniego schronienia na noc. Nigdy z powodu zmczenia nie rezygnujcie z rozpalenia ogniska. Jeeli zaniecie w górach nieprzygotowani, rano bdziecie martwi. To lagodna mier, nawet nie zauwaysz, kiedy ci zabierze. - Zacignl si dymem, a po chwili mówil dalej. - Idziecie w dobrym kierunku do Lhasy. Std bdziecie mieli latwy do odnalezienia szlak, który doprowadzi was do nastpnego etapu podróy. Zostaniecie tu na noc, a rano poka wam drog. S róne cieki, które latwo pomyli. By wybra wlaciw drog, musicie kierowa si wlasnym wyczuciem kierunku. Niektóre z tych wydeptanych od wieków cieek prowadz tylko z jednej wioski do drugiej. Idc nimi, mona straci wiele czasu. Gdy natraficie na jak wie przed zmrokiem - zostacie w niej na noc. Zawsze znajdziecie dach nad glow i poywienie. Nikt nie zada zaplaty.


- Nasz klopot - wtrcil Smith - polega na tym, e nie znamy jzyka.




122 - Nie taki to znów wielki klopot - umiechnl si Czerkies. Jeeli uklonicie si Tybetaczykowi i jeli on si wam odkloni nie potrzeba ju slów. Znaczy to, e uznal was za przyjaciól.


Wczesnym wieczorem poczstowano nas pieczon baranin. Miso przynieli starsi synowie Czerkiesa, którzy zarnli barana wkrótce po naszym przybyciu. Podczas jedzenia gospodarz odcinal plasterki misa i dawal je dzieciom. Otrzymawszy sw porcj, kade z nich wybiegalo z izby. Na stole stala miseczka pelna soli. Tak przyjemno sprawial mi jej ostry smak, e tego wieczoru zjadlem znacznie wicej soli, ni wypadalo gociowi w obcym domu.


Po kolacji zaczli si schodzi mczyni z ssiednich domów, zapelniajc wkrótce izb po brzegi. Zapracowana tybetaska gospodyni przyniosla znów herbat. Kady z goci wycignl z dum z zanadrza piknie wykonan drewnian misk, podobn do tej, któr tak szczycil si samotny pasterz, napotkany przez nas przed picioma dniami. Wida byto, e te miski s dla nich czym niezmiernie wartociowym.


- Dlaczego te miski s takie cenne? - zapytalem Czerkiesa.


- Czy wiecie, e Tybetaczyk za jedn z takich misek odda nieraz dwa jaki?


- Dobrze, ale na czym polega ich warto?


- Przede wszystkim nie wyrabia si ich tu, w górach. S one z wielkim kunsztem drone w specjalnie twardym, niepkajcym drzewie. Wiek dodaje im poloru i zwiksza warto. Nosi si je w plóciennych woreczkach midzy innymi dlatego, by ocierajc si o material, nabraly jeszcze wikszego polysku.


Wypiwszy herbat, mczyni oddali miski do mycia. Cho mnie wszystkie wydawaly si identyczne, oni potrafili je jako rozróni i kady troskliwie schowal swoj do woreczka. Potem pojawily si fajki i zaczto si wzajemne czstowanie tytoniem. Wród gstych klbów dymu uwijal si Czerkies, wystpujc jako tlumacz w naszych rozmowach z ssiadami. W tym rodowisku byl on wybitn osobistoci, cieszc si powszechnym szacunkiem ze wzgldu na znajomo obcych jzyków i wielkiego wiata, który roztaczal si poza obrbem doliny. W sposób zupelnie ludzki cieszyl si t swoj rol, ale odgrywal j skromnie i z godnoci.


Gdy izba rozgrzala si, wszy powychodzily ze swych kryjówek w naszych ubraniach. Zerknlem na kolegów i zobaczylem, e powsadzali ju rce pod bluzy i drapi si ukradkiem. Mnie oprócz wszy gryzlo sumienie. Zwrócilem si do Czerkiesa i powiedzialem w sposób najbardziej naturalny:


- Bdzie lepiej, jeli t noc przepimy na dworze. Nalapalimy po drodze troch wszy i nie moemy si ich pozby.


- Wszy nie s nam obce, nie macie wic czym si martwi. Noc spdzicie pod moim dachem.


Koledzy zaczli mnie pyta, o czym rozmawialem z gospodarzem. Gdy im powiedzialem, umiechnli si z ulg. Nie mnie jednego drczyla sprawa naszych nieproszonych towarzyszy podróy.


Ssiedzi poegnali si wreszcie z nami i poszli. Wychodzc, sprawiali wraenie ludzi, którym zdarzyla si rzadka okazja spdzenia przyjemnego wieczoru. Wyobraam sobie, e dostarczylimy im tematu do wielu rozmów, rozpraszajc monotoni ich ycia. Powiedzielimy im tylko cz tego, co chcieli wiedzie, i myl, e mieli dodatkow rozrywk, próbujc wypelni luki w naszej relacji. Wiele pyta dotyczylo Kolemenosa. Ten jasnowlosy olbrzym z innego wiata najbardziej ich intrygowal. Powiedzielimy, e pochodzi z zachodniego kraju, poloonego nad morzem. Kolemenos dodal slowo ,,Lotwa", które jednak nic im nie mówilo.




123 Spalimy na pryczach - pierwsza noc pod dachem od czasu naszej ucieczki. Gospodarz z on urzdzili sobie poslanie za przepierzeniem, ale dzieci, zdaje si, poszly spa do ssiadów. W cieple i z poczuciem calkowitego bezpieczestwa po raz pierwszy moglem naprawd wypocz. Spalem glbokim, krzepicym snem i tylko na chwil przebudzilem si o wschodzie sloca. Gospodarze pozwolili nam spa do pónego ranka. Dom wrzal ju yciem, gdy zaspani usiedlimy na pryczach. Dwoje najmlodszych dzieci, które wida przygldaly si nam picym, wybieglo natychmiast do ojca z wiadomoci, e obudzilimy si.


Zaraz te zjawil si nasz dobroczyca, niosc plachty utkanego w domu plótna.


- Pewnie panowie bd chcieli si umy? - zapytal z umiechem. - Obsluga jak w hotelu - zaartowal Zaro. - Prosz nam wskaza, gdzie jest lazienka.


Czerkies zamial si wraz z nami.


- Lazienka jest na skraju wioski. Przyjemna, czysta. Z biec wod.


Poszlimy do strumienia. Mimo porannego chlodu, rozebralimy si do pasa i zanurzywszy glowy w wod, zaczlimy parska, chlapa i naciera ciala. Kady mial ochot wypra przynajmniej bluz i futrzan kamizelk, ale doszlimy do wniosku, e suszenie zajloby zbyt duo czasu. Odwieeni w doskonalych nastrojach wracalimy, zamiewajc si z wyglupów Zary. Jego blaznowanie sprawialo najwiksz rado dzieciom, które nie opuszczaly nas ani na krok. Nakarmiono nas znów misem, owsianymi plackami i herbat. Nadszedl czas, by ruszy w dalsz wdrówk.


- W powrotnej drodze - powiedzial Czerkies z naciskiem nie zapomnijcie o tym domu. Bdzie to zawsze take i wasz dom.


- Dziki - odpowiedzial Smith. - Okazal pan nam wiele dobroci i wiele hojnoci.


- Prosz te podzikowa onie za wszystko, co dla nas zrobila - dodalem.


Czerkies zwrócil si do mnie.


- Tego nie zrobi. Nie zrozumialaby waszych podzikowa. Ale powiem co, co sprawi jej przyjemno.


Odezwal si do ony, i twarz jej zajaniala szerokim umiechem. Po chwili przyniosla drewnian tac, na której leal caly stos placków owsianych. Mówic co, podala tac mowi.


- Chce, abycie wzili te placki na drog - powiedzial Czerkies. Przyjlimy je z wdzicznoci.


Dostalimy na poegnanie jeszcze jeden podarunek - pikne futro baranie od gospodarza. Dajc je nam, powiedzial, e przyda si do naprawy naszych mokasynów. Nie uylimy go jednak nigdy w tym celu. Przydalo si natomiast póniej do zrobienia szeciu doskonalych mufek, które chronily nasze rce przed zimnem w górach.


Czerkies wyprowadzil nas z wioski i wskazal dalsz drog. Po raz pierwszy w naszej wdrówce otrzymalimy cisle i szczególowe instrukcje.


- Niektóre ze szlaków nie bd latwe do odnalezienia ostrzegl. - Nie szukajcie ich pod nogami, tylko patrzc przed siebie. Wida je lepiej z daleka.


Opisal te znaki terenowe, którymi mielimy si kierowa. Pierwszym z nich byla góra w ksztalcie korony, odlegla o cztery dni marszu. U jej stóp miala biec cieka wiodca do przelczy midzy dwoma szczytami korony zwróconymi na pólnoc.


Z przelczy kazal nam i w kierunku wierzchotka wygldajcego jak glowa cukru i znacznie bardziej odleglego ni nam si bdzie wydawa. Sdzil, e ten etap drogi zajmie ze dwa tygodnie. Nie mógl nam poda wicej dokladnych szczególów, ale w kadym razie powinnimy w kocu dotrze do drogi wiodcej do Lhasy. Droga ta rozwidlala si w pewnym miejscu. Wschodnie jej rami prowadzilo do miasta, poludniowo-zachodnie - do wiosek lecych u stóp Himalajów.



124 Pozostawilimy go w otoczeniu grupki dzieci. Gdy obejrzelimy si, pozwolil sobie na najbardziej niemongolski gest: pomachal nam rk.


Marcinkovas powiedzial co, co mylal kady z nas:


- Ci ludzie budz we mnie uczucie pokory. Ile uczynili, by zatrze w naszej pamici wspomnienie innych ludzi, którzy zatracili wszelki szacunek dla czlowieka.


Przez kilka dni uwaalimy na chiskich olnierzy, ale ani nie napotkalimy, ani nie dojrzelimy adnego. Dotrzymalimy postanowienia, e nie dotkniemy placków przez dwa dni podróy. Trzeciego dnia zjedlimy po trzy kady, chowajc reszt na czarn godzin. Szlak, którym szlimy, zaznaczal si wyranie i droga nie byla cika. Wokól gsto rosly krzaczaste drzewa, przypominajce syberyjski jalowiec. Ich galzie plonly jasnym ogniem i dawaly duo ciepla. Pod koniec czwartego dnia obozowalimy u stóp góry o ksztalcie korony. O wicie rozpoczlimy wspinaczk. Cho podejcie bylo dlugie i uciliwe, nie nastrczalo wikszych trudnoci i po dwóch dniach przekroczylimy przelcz.


Minl tydzie od ostatniego konkretnego posilku, kiedy napotkalimy stado zloone z kóz i owiec. Znalelimy te dwa domy ich tybetaskich wlacicieli. Po mronej nocy w górach dzie byl cieply i sloneczny. Wokól nas rosly kpami dzikie róe, cieszce oczy swymi óltymi, czerwonymi i bialymi kwiatami.


Pomieszczenie, do którego zaprowadzil nas tybetaski pasterz, cho mniejsze i gorzej umeblowane, przypominalo dom Czerkiesa. Uprzejmo i gocinno byla na tym samym wysokim poziomie. Rodzina skladala si z malestwa w rednim wieku, dwudziestopicioletniej kobiety, która mogla by siostr gospodyni, i czworga dzieci w wieku od piciu do szesnastu lat. Na powitanie dostalimy mleko, a potem nastpily dwa potne posilki zloone z koziego misa. Zaproszono nas na migi, bymy zostali na noc, i chtnie przyjlimy to zaproszenie. Nastpnego ranka cala rodzina egnala nas uklonami.


Po godzinie marszu Marcinkovas zatrzymal si, by obejrze swe mokasyny. Znalazl dziur wydart podczas wspinania si wród skal. Usiedlimy wszyscy i za jego przykladem zabralimy si do naprawy mocno zniszczonego obuwia.


Kierujc si dokladnymi instrukcjami Czerkiesa, znalelimy bez trudu potn gór w ksztalcie glowy cukru i przeszlimy przez jej szczyt. Droga nie bylaby dla mnie tak uciliwa, gdyby nie to, e otworzyla si moja stara rana na nodze kolo kostki. Zabandaowalem j kawalkiem szmaty, oddartej z górnej czci worka, ale bolala i dokuczala mi nadal.


Dobrze wyekwipowany turysta lub podrónik podziwialby majestat otaczajcego nas krajobrazu, te wylaniajce si jeden zza drugiego lacuchy gór, wypitrzone przed milionami lat z szarpanej wstrzsami skorupy ziemskiej. Dla nas byl to teren pelen przeszkód utrudniajcych ucieczk. Decydujcy sd o wszystkim wydawaly nasze nogi, których Tybet nie rozpieszczal. Bywaly noce, kiedy lec w pobliu taczcych plomyków ogniska, móglbym spa dobrze, a jednak zbolale, pokaleczone marszem po skalistym gruncie stopy nie pozwalaly mi zasn. Odczuwalem równie przeszywajcy ból w nodze, w której tkwil odlamek niemieckiego granatu.


Po drugiej stronie ,,glowy cukru" droga stala si stosunkowo latwa. W dali wida bylo spore jezioro, od którego powierzchni odbijaly si promienie sloca. Z myl o odwieajcej kpieli przypieszylimy kroku. Gdy zdjlimy na brzegu mokasyny i zanurzylem stopy w wodzie, poczulem dotkliwy ból. Zaro nabral wody w dlonie i zamoczyl usta. Po chwili zaczl plu i parska. Woda byla slona, bardziej slona ni woda morska, prawie gsta od soli. Moczylem nadal stopy, ale nie próbowalem jej pi. Ruszylimy wkrótce dalej w poszukiwaniu wieej wody. Po kilku godzinach stopy zaczly mnie tak piec, e zatrzymalem si, by je obejrze. Rana na nodze ropiala, i opanowal mnie lk, e uniemoliwi mi dalsz drog.



125 Przed zmierzchem doszlimy do rzeki, plyncej wartkim nurtem po kamienistym dnie. Po zaspokojeniu pragnienia postanowilimy si umy. Dostalimy z zimna gsiej skórki, ale wkrótce wysuszylo nas sloce i czulimy si znacznie lepiej. Za rad Paluchowicza wymoczylem w wodzie mój wlosienicowy banda, a potem obwizalem nim ran.


By dotrze do rzeki plyncej z pólnocy na poludnie, zeszlimy kilka kilometrów z naszego szlaku. Przez par dni posuwalimy si wzdlu jej brzegów. Byla to latwiejsza droga, pozwalajca unikn panujcego wyej zimna. Rzeka skrcila wreszcie ostro na zachód i musielimy przeplyn na jej drugi brzeg, by utrzyma poludniowy kurs.


Noga prawie przestala mi dokucza i zaczla si goi. Ropienie ustalo niemal calkowicie.


Bylimy znów bardzo glodni i czsto schodzilimy ze szlaku, widzc w oddali bardziej zielon dolin, która moglaby wyywi zwierzta i ludzi. Marcinkovas potknl si o ostry kamie i zaczl kule. Czulimy, e musimy jak najszybciej znale co do jedzenia i przynajmniej jeden dzie odpocz.




126 XX. ,,Pitka" omija Lhas


Mijal tydzie za tygodniem, padziernik ustpil listopadowi, dni stawaly si coraz chlodniejsze, a noce mrone. Nieraz przez cztery, pi dni szlimy o glodzie pustkowiem, na którym nie moglyby si utrzyma nawet owce czy kozy. Bywaly pospne, mgliste poranki, kiedy braklo mi sil i energii, by zmusi umczone cialo do dalszego wysilku. Wszyscy po kolei przechodzilimy te okresy calkowitej slaboci. Posilki, którymi czstowano nas tak szczodrze, byly obfite, ale braklo nam wieych jarzyn, niszczyl nas szkorbut. A jednak nadal sprzyjalo nam szczcie, bo nikt naprawd powanie nie zapadl na zdrowiu. Szlimy wci naprzód. Gdy trzeba bylo, przeplywalimy spienione rzeki. Forsowalimy góry, które czsto wygldaly przeraajco z oddali, a z bliska okazywaly si dziwnie latwe do przebycia. A czasem niewinnie wygldajce szczyty - podczas wspinaczki stawialy niespodziewany opór.


Którego dnia Marcinkovas wywolal dyskusj na temat Himalajów, zastanawiajc si, czy rzeczywicie powinnimy próbowa je przej. Sdzil, e raczej naley wzi pod uwag Lhas lub inne miasto, w którym moglibymy pozosta przez jaki czas i nabra sil przed ostatnim etapem wdrówki. Popart go lekko Paluchowicz. Reszta uwaala, e nie powinnimy marnowa czasu. Jeli o mnie chodzi, to obawialem si, e taka przerwa moe oslabi nasz wol dalszego marszu. Od miesicy wiódl nas jaki wewntrzny przymus migracji, cigle posuwanie si naprzód stalo si nasz potrzeb. Nie chcialem, bymy stracili ten imperatyw, nim znajdziemy si w Indiach - ostatecznie i calkowicie bezpieczni.


Praktyczny argument wysunl Smith, przypominajc, e ze strony administracji duego miasta moemy nie spotka si z tak gocinnym przyjciem jak to, do którego przywyklimy wród prostych ludzi. Poza tym zaczn si niewygodne pytania, zadaj od nas dokumentów...


Marcinkovas nie upieral si przy swoim projekcie. Wysunl go, by pozna nasz opini. Bynajmniej nie ulegal defetyzmowi i tak jak my wszyscy wierzyl w sukces naszej eskapady. Nikt z nas nie mógl pozwoli sobie na brak wiary.


Mniej wicej wtedy przydaly nam si po raz pierwszy zwoje drutu wyniesione z pustyni. Szlak nasz w pewnym miejscu natrafial na blok skalny, którego nie sposób bylo obej. Spletlimy wic druty w dlug lin zakoczon ptl. Kolemenos mial j niczym lasso zarzuci na wierzcholek skaly, co mu si udalo po kilkunastu próbach. Napil póniej lin cal sw sil i najlejszy z nas - Zaro, na ochotnika ruszyl pierwszy w gór. Nie bardzo ufajc linie, staral si wykorzysta wszystkie, nieliczne zreszt, uchwyty w skale. Wspil si szczliwie na szczyt i czuwal na górze przy zarzuconej linie, co ulatwilo wejcie pozostalym.


Podczas tego etapu wdrówki napotkalimy wiele wiosek i pojedynczych zagród. Wszystkie podobne byly do siebie pod wzgldem architektury i we wszystkich spotykalimy si z t sam gocinnoci. Nie zdarzylo si w nich nic takiego, co pozwoliloby mi je zapamita indywidualnie. Z wyjtkiem jednej, która zapisala si w mej pamici ze wzgldu na niezwykle spotkanie.


Wioska ta skladala si z szeciu blisko siebie skupionych domów. Minlibymy J, nie zauwaywszy nawet, gdyby nie to, e cieka doprowadzila nas do jej skraju. Zajl si nami mlody, umiechnity Tybetaczyk, niezwykle podniecony naszym niezrozumialym jzykiem. Z jakim dziwnym popiechem poprowadzi) nas do grupy ludzi rozmawiajcych przed jednym z domów. Uwag nasz przykul mczyzna, znacznie wyszy ni otaczajcy go Tybetaczycy. Gdy wraz z innymi odwrócil si w nasz stron, ze zdumieniem



127 spostrzeglimy, e byl Europejczykiem. Przedstawieni przez naszego towarzysza, sklonilimy si stojcym przed nami wieniakom, na co odpowiedzieli równie grzecznym uklonem. Bialy lekko skinl glow. Przygldal si nam tak badawczo, e poczulem si nieswojo.


Byl to mczyzna rosly, cho nieco przygarbiony, w wieku okolo siedemdziesiciu lat. Glow mial siw, ale wida bylo jeszcze pasma blond wlosów. Wygldal na czlowieka, który od lat yje na otwartym powietrzu. Jego pocigla, inteligentna twarz i due, mocne dlonie byly spalone slocem. Pod sigajc kolan baranic, przepasan czarnym paskiem ze skóry, nosil odzie tybetask. Trudno byto dostrzec kolor jego oczu poprzez blyski sloca odbijajcego si od stalowej oprawy okularów, które same w sobie stanowily w tych okolicach co niezwyklego. Otaczajcy go Tybetaczycy spogldali wyczekujco to na nas, to na niego. Nadszedl czas, by przelama lody, odezwalem si wic pierwszy po rosyjsku. Mówic, czulem, jak ronie zainteresowanie wród tubylców.


Bialy mczyzna potrzsnl glow, odczekal chwil i przemówil - po niemiecku. Marcinkovas, Kolemenos i Zaro, którzy znali ten jzyk równie dobrze, jak ja rosyjski, skwapliwie skorzystali z moliwoci popisania si swymi talentami lingwistycznymi. Paluchowicz i ja znalimy na tyle niemiecki, by z grubsza orientowa si w treci rozmowy, ale nie wiem, czy Amerykanin rozumial cokolwiek. Rezerwa naszego rozmówcy byla uderzajca. Mówil krótkimi, ostrymi zdaniami. Udzielal cislych odpowiedzi na pytania, ale sam niewiele wnosil do rozmowy. Powiedzial nam, e jest misjonarzem, protestanckim nonkonformist, który przybyl do Tybetu z grupk Europejczyków tego samego wyznania. Przez blisko pidziesit lat podróowal po Tybecie i Chinach. Myl, e byl albo Niemcem, albo Austriakiem.


Ni stad ni zowd przeszedl na francuski. Zaro, który mówil po francusku doskonale, podjl rozmow i prowadzil j swobodnie, a przeszlimy znów na niemiecki. Zafascynowani Tybetaczycy wsluchiwali si z otwartymi ustami w te kaskady obcych dwików. Czulem wyranie, e nasz nowy znajomy odnosi si do nas bardzo niechtnie. Nie podobal mu si pewnie nasz wygld, nasze brudne, poczochrane glowy, obdarte ubrania i wyzierajca zewszd ndza. Wydalo mi si, e jako czlowiek z Zachodu, cieszy si tu wielkim uznaniem. Mógl wic obawia si, e przybycie szeciu obszarpanych bialych wlóczgów podrywa wród miejscowej ludnoci autorytet Europy i jego osobicie.


Zaro, który sporód nas wszystkich bral najywszy udzial w rozmowie, te wyczul, e nasza wizyta nie sprawila wielkiej przyjemnoci nieznajomemu. Kierowany przekor, zaczl wtrca ironiczne uwagi. Okrelil nas jako ,,midzynarodow grup turystów pieszych" i nie przejmujc si, bezczelnie unikal odpowiedzi na pytanie, skd wzilimy si w Tybecie.


Gdy wreszcie niewinnie owiadczyl, e pielgrzymujemy do Lhasy, misjonarz przestal w ogóle wierzy w jego slowa i wzajemna nieufno jeszcze wzrosla. Tylko Tybetaczycy, nie rozumiejc ani slowa, radowali si nasz rozmow.


- Nie macie adnych bagay. Wic jak w ogóle yjecie?


- yjemy z gocinnoci tego kraju - odparl Zaro. - Pan sam z pewnoci moe powiadczy, jak uczynni s tu ludzie.


- Gocinno nie nakarmi was na co dzie.


- No có, to prawda, nie dojadamy - odpowiedzial znów Zaro. - Czasem przez wiele dni musimy zaciska pasa, ale przyzwyczailimy si do tego.


Marcinkovas wtrcil si i zapytal misjonarza: - A pan gdzie mieszka?


W odpowiedzi ten wskazal na mula, skubicego obok traw. - To jest mój mul. Gdzie si zatrzyma, tam jest mój dom. Przybylimy do wioski okolo dziesitej rano. Gdy zaczlimy je, misjonarz usiadl z nami. Pamitam ten moment doskonale, gdy po raz pierwszy poczstowano nas ryem, i zastanawialem si, skd tu maj ry. Panowala sztywna



128 atmosfera, mimo e misjonarz staral si nawet nawiza rozmow. Bylimy dla niego zagadk, i nie bardzo wiedzial, jak ma nas traktowa. Okolo trzeciej po poludniu powiedzial, e musi si zbiera w dalsz drog. Obeszlimy wraz z nim wszystkie domy. Poegnal si z Tybetaczykami, osiodlal mula i po niemiecku powiedzial, e ma nadziej, i ,,gdziekolwiek pójdziemy, szczcie bdzie nam sprzyja", po czym odjechal, nie podawszy nam nawet rki.


Mlody Tybetaczyk, który zajmowal si nami od samego pocztku, obserwowal oddalajcego si misjonarza, spojrzal potem na nas porozumiewawczo, napil klatk piersiow i zaczl si bi po niej piciami, prc i pokazujc swe muskuly. Najwyraniej staral si nam da do zrozumienia, e misjonarz byl czlowiekiem potnej sily. alowalem bardzo, e to spotkanie nie odbylo si w przyjaniejszej atmosferze. Gdyby nie wzajemne opory, wiele moglibymy si od niego dowiedzie.


Kiedy wracalimy do domu naszego opiekuna, znów otoczyly nas dzieci, wytrzeszczajc z ciekawoci oczy. Najwiksz popularnoci cieszyl si jak zawsze Zaro, który rozmieszal je robieniem malpich min. Jaki moe omioletni chlopak zaczl z zapalem cign go za spodnie.


- Zatacz im twego kozaka - zaproponowalem.


Zaro ruszyl w ,,prysiudy", wzbijajc kurz dokola. Dzieci piszczaly z radoci, ale doroli te si miali, podziwiajc jego piruety. W ten sposób podwiadomie odreagowalimy nieprzyjemne i sztywne spotkanie z Europejczykiem.


Gdy dotarlimy wreszcie do rozwidlenia naszego szlaku, uznalimy, e musi to by miejsce, o którym mówil Czerkies: na wschód do Lhasy, na poludniowy zachód do Indii. W kilka godzin póniej dojrzelimy wielk karawan - co najmniej pidziesiciu ludzi - posuwajc si w kierunku, w którym, jak przypuszczalimy, leala Lhasa.


Wkrótce przekonalimy si, e jest to nie tylko kraj lacuchów górskich, ale i ogromnych jezior. Pod koniec listopada dojrzelimy tafl wody, która rozmiarami przypominala morze. Trudno bylo oceni jej wielko, szczególnie, e nie bylimy pewni, czy to, co wygldalo jak cienka linia na horyzoncie, bylo rzeczywicie drugim brzegiem jeziora. Wykpawszy si w chlodnej wodzie, spdzilimy noc nad brzegiem. W pobliu jeziora panowala wilgo i nawet ognisko nie zdolalo nas rozgrza.


Dalsza droga byla stosunkowo latwa. Wiele kilometrów przeszlimy wzdlu brzegów jeziora. Po dwóch dniach znalelimy mat osad, w której dano nam posilek. Gdy odmówilimy pozostania na noc, zaopatrzono nas w ywno na drog. Szlimy naprzód rano i w doskonalych nastrojach. Rana na nodze zagoila si i nie musialem ju jej bandaowa.


Trzeciego czy czwartego dnia od opuszczenia jeziora obozowalimy w otoczonej urwistymi skalami dolinie. Grunt, pokryty ubog, ledwo wegetujc rolinnoci, mokry byl od deszczu. Chocia mielimy zawsze ze sob such podpalk, duo czasu minlo, nim zdolalimy rozpali ogie w niewielkiej jaskini, w której postanowilimy spdzi noc. Zjedlimy reszt owsianych placków i rozloylimy si wokól ogniska. Poruszany lekkim wiatrem dym wypelnial cal jaskini. Byla to noc podobna do wielu innych, które mielimy za sob. Nic nie wskazywalo na to, e ta dolina stanie si wkrótce scen tragedii.


Wszyscy spali kiepsko, z wyjtkiem, jak zawsze, Kolemenosa. Cigle kto wstawal i mruczc co w pólnie pod nosem, dorzucal galzi do ognia. Gdy wit zaczl rozprasza ciemnoci w dolinie, Zaro wyszedl z jaskini. Kiedy wrócil, lealem oparty na lokciu.


- Mglisto i zimno - powiedzial. - Ruszajmy jak najszybciej. Poczl te budzi wszystkich po kolei. Paluchowicz leal obok mnie. Marcinkovas skulil si midzy Smithem a Kolemenosem. Wstalem, rozmasowalem zesztywniale nogi i zrobilem kilka wymachów ramion. Wokól krztali si wszyscy.


Nagle rozlegl si glos Zary: - Wstawaj! No wstawaj!



129 Zaro klczal nad Marcinkovasem, lekko potrzsajc jego ramieniem.


- Obud si! Obud! - zawolal znowu, tym razem wyranie zaniepokojonym glosem. Zwrócil si wreszcie do nas, patrzc z przeraeniem:


- Chyba jest chory. Nie mog go obudzi.


Uklklem przy Marcinkovasie. Leal tak, jakby wypoczywal. Potrzsnlem jego wycignit poza glow rk. Nie drgnl nawet. Oczy mial zamknite. Zaczlem szuka pulsu, przytknlem ucho do jego piersi, unioslem powieki. Powtórzylem te badania kilkakrotnie, wci jeszcze nie chcc uwierzy w przeraajc prawd. Cialo bylo jeszcze cieple.


Wyprostowalem si. Zdumial mnie spokój wlasnego glosu.


- Marcinkovas nie yje - powiedzialem. Te slowa wydaly mi si tak dziwne i brzmialy tak sztucznie, e powtórzylem znowu: - Marcinkovas nie yje.


Kto, nie pamitam kto, wybuchnl:


- Ale to niemoliwe. Przecie nic mu nie bylo. Rozmawialem z nim przed kilkoma godzinami. Czul si dobrze. Nie narzekal.


- Nie yje... - powtórzylem.


Smith uklkl kolo Marcinkovasa. Przez jak minut lub dwie nachylony byl nad nim, potem skrzyowal mu rce na piersiach i powiedzial:


- Tak, prosz panów. Slav ma racj.


Paluchowicz zdjl swoj star futrzan czapk i przeegnal si. Zachary Marcinkovas, lat 28 lub 29, który mógl zrobi karier jako architekt w swej rodzinnej Litwie, gdyby nie przyszli i nie zabrali go Rosjanie - nie podolal dalszej walce. Bylimy wstrznici, nie znajc przyczyny jego mierci i nie rozumiejc jej. Moe byl bardziej wyczerpany, ni pokazywal po sobie, i jego serce nie wytrzymalo dalszego wysilku. Nie wiedzialem i nikt z nas nie wiedzial. Marcinkovas, czlowiek cichy i pelen goryczy, yjcy przewanie wlasnymi mylami, Marcinkovas, którego Krystyna darzyla przyjani i potrafila rozmieszy - opucil nas.


W skalistym gruncie nie moglimy mu nawet wykopa grobu. Spoczl w glbokiej szczelinie midzy skalami. Cialo pokrylimy wirem i kamykami. Kolemenos oddal mu ostatni przyslug, robic niewielki krzy, który wetknlimy midzy kamienie. Kady poegnal si z nim na swój sposób. Modlitw polecilem jego dusz Bogu. Pozostalo nas piciu. Ruszylimy przed siebie cikim krokiem. Zabralimy fufajk i sobolow kamizelk Marcinovasa, sdzc, e nam mog si jeszcze przyda.


Krajobraz znów si zmienil, weszlimy w strome góry o urwistych zboczach, wymagajce od nas jeszcze wikszego wysilku i hartu ducha. Nauczylimy si poslugiwa nasz drucian lin i przy jej pomocy pokonywalimy trudniejsze odcinki.


Staralimy si zawsze dotrze przed noc do jakiej wioski, gdzie mona by przespa si pod dachem, przewanie jednak zmierzch zastawal nas w odludnym terenie, z dala od ludzkich siedzib.


Którego dnia ze szczytu wysokiego wzniesienia dojrzelimy refleks sloca odbijajcego si od blyszczcych dachów odleglego o wiele kilometrów miasta. Myl, e byto to owo wite miasto Lhasa i e wreszcie prawie dotarlimy do niego, sprawila nam wielk przyjemno. W rzeczywistoci byl to prawdopodobnie który z wikszych klasztorów tybetaskich, ale niewtpliwie leal w kierunku Lhasy. Nazw tego miasta poslugiwalimy si niemal jak talizmanem od czasu przekroczenia granicy Syberii, tote bardzo kusil nas pomysl, by naprawd je zobaczy.


Pod koniec grudnia trafilimy do najwikszej z widzianych przez nas w Tybecie wiosek. Byto to niemal miasteczko zloone z czterdziestu domów, ustawionych z niespotykan przedtem symetri po obu stronach drogi. Ponadto w osadzie znajdowal si



130 górujcy nad cal wsi budynek, do którego zaprowadzil nas pierwszy napotkany Tybetaczyk.


Idc, prowadzeni przez naszego niezwykle cieplo ubranego przewodnika, bylimy zdziwieni brakiem dzieci, które zawsze otaczaly nas w kadej wiosce. Zagadk t rozwizalimy szybko. Z budynku wyszedl szczuply Azjata w wieku trzydziestu paru lat, o pociglej twarzy i ostrym spojrzeniu. Obejrzal nas od stóp do glów, sklonil si i zniknl z powrotem za drzwiami. Po chwili wysypala si przez nie cala czereda dzieciaków, które lypic na nas z ciekawoci, pobiegly w dól ulicy. Byla to wic szkola, a chudy mczyzna okazal si nauczycielem.


Jestem przekonany, e nie byt Tybetaczykiem. Chiczyk? By moe. Gdy wrócil do nas, zamienil kilka zda ze stojc obok grup Tybetaczyków. Bylo jasne, e mówi o cudzoziemcach, którzy nie wladaj ich jzykiem. Nauczyciel zwrócil si do nas, wymawiajc slowa powoli i wyranie. Próbowal kolejno dwu jzyków, z których jeden mógl by tybetaskim, a drugi chiskim. Odpowiedzialem kilkoma rosyjskimi wyrazami. Zaro powiedzial co po niemiecku, ale to nie zdalo si na nic.


Przez chwil stalimy zaklopotani. Tybetaczycy spogldali na nas z zatroskaniem. Wreszcie odezwal si znów nauczyciel. Mówil bardzo powoli, z trudem dobierajc slowa - tym razem po francusku. Zaro odpowiedzial mu z zapalem, zalewajc go potokiem francuszczyzny. Nauczyciel umiechnl si i dal mu rk znak, by mówil wolniej. Kulawo bo kulawo, ale zaczli jako rozmawia, zadowoleni, e jednak mog si porozumie. Bogata gestykulacja Zary niewtpliwie ulatwiala lepsze zrozumienie. Tybetaczycy promienieli z radoci, widzc, e sprawy wzily dobry obrót.


- Pójdcie z czlowiekiem, który przyprowadzil was do mnie


powiedzial spokojnym, powolnym glosem nauczyciel. - Zaprowadzi was do swego domu i zajmie si wami. Potem ja przyjd, eby znów porozmawia.


Powiedzial co pokrótce Tybetaczykom. Przewodnik zabral nas do swej chaty. W oczekiwaniu na gotujcy si posilek zostalimy poczstowani herbat.


Nauczyciel wszedl po cichu, bez pukania - nie zauwaylem, by ktokolwiek pukal do drzwi w Tybecie - sklonil si wszystkim i zasiadl z nami do posilku. Wyjl skladany nó, który nosil przypity do paska z plecionego rzemienia. Zauwaywszy, e zerkam na nó z zainteresowaniem, podal mi go do obejrzenia. Byl to nó o pojedynczym ostrzu, oprawionym w kocian rkoje. Napis na ostrzu wskazywal na niemieck produkcj. Nie powiedzial mi, skd mial ten nó.


Zaro chcial si od niego dowiedzie, gdzie si ksztalcil, a szczególnie, gdzie nauczyl si po francusku. Ale nauczyciel wyranie unikal tego tematu, udajc nagle zainteresowanie rozmow z naszym tybetaskim gospodarzem. W rezultacie nigdy nie otrzymalimy odpowiedzi na pytanie Zary. Interesowal mnie ten czlowiek niezmiernie i bylem pewny, e nie spdzil on calego swojego ycia w Tybecie. Póniej przyszlo mi na myl, e mógl kiedy mieszka w Indochinach Francuskich.


Przywykli do ostronoci, nie powiedzielimy mu o pocztkach naszej podróy. Zaro zaspokoil tylko jego ciekawo, wspominajc o tym, jak dostalimy si do Tybetu. Wiadomo o przejciu przez nas pustyni Gobi wywarta na nim due wraenie. Nigdy nie slyszal, by kto bez pomocy zwierzt pocigowych i bez zapasów ywnoci przebyl t pustyni.


- A dokd idziecie teraz? - zapytal.


- Chcemy si dosta do Indii - odpowiedzial Zaro. Opowiadanie o pielgrzymce do Lhasy nie mialo oczywicie sensu, gdy szlimy ju w innym kierunku.


Jeden z dwu obecnych przy rozmowie Tybetaczyków przerwal grzecznie, pytajc, o czym mówimy. Gdy nauczyciel przetlumaczyl, obaj bardzo si zatroskali.



131 - Powinnicie zmieni kierunek - poradzil nauczyciel. - O tej porze roku pogoda w górach jest zabójcza. Najlepiej idcie do Lhasy, by tam si przylczy do jakiej karawany. Moe wypadnie wam dlugo czeka na karawan do Indii, ale nie poalujecie tego.


Zaro odpowiedzial, e zastanowimy si nad t rad, ale wiedzielimy, e i tak nigdy nie pójdziemy do Lhasy.


Poprosilimy nauczyciela, by podzikowal w naszym imieniu gospodarzowi za posilek i gocin. Nauczyciel przetlumaczyl nasze podzikowanie, a potem odpowied Tybetaczyka.


- Mówi, e si cieszy z waszej wizyty i yczy, by wam nagi dopisywaly w dradze i by nie spotkala was adne nieszczcie. Przenocuje was u siebie, a jutro zaopatrzy w ywno na dalsz podró.


Siedzielimy, rozmawiajc a do pónego wieczora. Za porednictwem Zary zapytalem o co, co drczylo mnie od chwili znalezienia si w tym domu: dziwny, kwanawy, leciutko zalatujcy obor zapach.


Nauczyciel umiechnl si i wskazal na kamienn podlog, wieo pokryt grub warstw farby ceglastego koloru. Okazalo si, e dbaly o wygld swego domu Tybetaczyk uyl do malowania podlogi czerwonego pylu, zmieszanego ze zwierzc uryn.


Zaro zapytal nauczyciela o dat. Byl 23 grudnia 1941 roku. Spalimy dobrze, wycignici na baranicach rozloonych na kolorowej podlodze. Rano, zgodnie z obietnic, dostalimy prowiant na drog i wysluchawszy ycze szczliwej podróy, opucilimy gocinn miejscowo.


Wieczór wigilijny spdzilimy wokól jasno ploncego ogniska. Noc byla mrona i nikt jako nie mial ochoty uloy si do snu w tej temperaturze. Rozmawialimy o rónych dawnych Wigiliach i o tej zeszlorocznej - w drodze do lagru. Glboko religijny Paluchowicz zaskoczyl nas wszystkich polsk kold, któr nagle zaczl piewa swym chropowatym glosem. Poniewa nikt jako nie podtrzymal pieni, przerwal po odpiewaniu dwóch zwrotek.


- Odkd pamitam, w kad Wigili piewalem koldy - powiedzial po chwili milczenia. - Dzi te musialem zapiewa. Wiem, e wyjdzie nam to wszystkim na dobre.


Dnie stawaly si teraz zimne, nie mówic o nocach. Naladowane niegiem chmury zwisaly gronie nad rysujcymi si w oddali podnóami Himalajów. Po której nocy, spdzonej w zbudowanym z kamieni prowizorycznym schronie, przez kilka godzin rano sporzdzalimy sobie mufki z futra podarowanego nam przez Czerkiesa.


Przyszedl wreszcie pogodny dzie, kiedy dojrzelimy pokryte niegiem i sigajce chmur niebotyczne szczyty Himalajów, które wydawaly si zludnie blisko. W rzeczywistoci dzielil nas od nich jeszcze wielki dystans pelen trudnoci niebezpieczestw.


Staralimy si nigdy nie dopuci, by noc zastala nas wysoko w górach. Gdy jednak którego wczesnego popoludnia wpadlimy w wyjc zadymk, dalsza droga stala si niemoliwa. nieg sypal tak gsto, e na odleglo kilku metrów nie bylo nic wida. W dodatku oblepione niegiem mokasyny zrobily si bardzo liskie i kady krok grozil nieszczciem, gdy znajdowalimy si w stromym terenie.


Dziki przypadkowi czy Opatrznoci natrafilimy na szczelin midzy dwiema olbrzymimi skalami. Zawsze mielimy ze sob niesiony na zmian - worek pelen suchych drewien, wzilimy si wic do rozpalania ognia. Mczylimy si chyba dluej ni godzin, nim wród bialej zawiei zamigotaly plomienie ogniska. Nad wskim otworem w górze szczeliny rozpilimy worki, przyciskajc je na brzegach cikimi kamieniami. Od rodka dach podparlimy dodatkowo naszymi kijami. Wkrótce zasypala go gruba warstwa niegu.


Rano my te bylimy pokryci niegiem. A jednak spalo si zdumiewajco wygodnie w tym pelnym dymu schronieniu. Najgorsza burza minla. Wykopawszy sobie z naszej szczeliny drog na zewntrz, dojrzelimy w wietle jakby rozwodnionego sloca ju tylko



132 slabo padajcy nieg. Przez caly dzie schodzilimy w dól. Zejcie bylo niebezpieczne, ale nic si nikomu nie stalo.




133 XXI. Podnóa Himalajów


Do brzegów szerokiej, skutej lodem rzeki dobrnlimy, jak dzi obliczam, mniej wicej pod koniec stycznia. Musiala to by glówna rzeka Tybetu, która przecinajc z zachodu na wschód poludniow cz kraju, szuka dogodnego miejsca, by si przebi przez zapor gór i po ich przeciwnej stronie, w Indiach, sta si potn Brahmaputr. Wokól panowala na dobre zima i noc temperatura spadala zawsze poniej zera. Czasem sypal gsty nieg, kiedy indziej znów zacinal nieg z deszczem. Wiatr schodzcy ze szczytów niósl ze sob zimny powiew gór. Zima byla cika, ale na pewno nie tak surowa jak zima syberyjska. Nam jednak, niedoywionym i wyczerpanym dziewicioma miesicami pieszej wdrówki, wydawala si bardzo trudna do przetrwania.


Przeprawa na drug stron zamarznitej rzeki nie byla prosta. Zaro, jako najlejszy, szedl ostronie przodem, sprawdzajc wytrzymalo lodu w miejscach, które wydawaly nam si niebezpieczne. Prawdziw przeszkod stanowil jednak dopiero przeciwlegly, poludniowy brzeg rzeki - wysoki, urwisty i oblodzony. Musielimy si wspina po stopniach wyrbanych siekier przez Kolemenosa. Ruszylimy póniej na zachód, wzdlu rzeki, której brzeg stopniowo opadal. W miejscu, w którym zrównal si z poziomem wody, zobaczylimy w pewnej odlegloci od rzeki trzy niskie kamienne chaty. Przed chatami lealo kilka przewróconych do góry dnem lodzi. Poniewa mialy one zadarte dzioby i rufy, midzy burt a gruntem bylo dosy miejsca, bym zdolal si bez trudnoci wczolga pod jedn z nich. Poczulem zapach zepsutej ryby. Do desek dna lodzi przylepione byly wyschnite luski.


Póniej poszlimy obejrze chaty. Byty one zbudowane z kamieni, i tak niskie, e Kolemenos musial wewntrz pochyla glow. Dach stanowila spoczywajca na uloonych w poprzek bambusach gsta plecionka z witek i skrconego w sznur wlosia jakiego zwierzcia, prawdopodobnie jaka. Sucha podloga wiadczyla, e to oryginalne pokrycie dachu musialo by szczelne. Trudno o prostsz konstrukcj - kamienne pudelko z wskim otworem zamiast drzwi, przykryte mat. Wewntrz znalelimy stare sieci, kilka bambusów i grube, mocno sfatygowane, drewniane okrglaki, na których rybacy przecigali lodzie do rzeki.


Wybrawszy najlepsz z trzech chat, postanowilimy spdzi w niej noc. Czarny, wypalony krg na glinianej podlodze wyznaczal miejsce na palenisko. Lealy na nim jeszcze zwglone kawalki drewna. Szpara w dachu zastpowala komin. W nocy palilimy kawalkami bambusa i wysuszonym nawozem zwierzcym.


W lutym napotkalimy wiosk, która okazala si ostatni w naszej wyprawie. Osiem czy dziewi domów stalo blisko siebie, jakie dwiecie metrów ponad wsk dolin. Przed wiosk wznosil si stromy wat gór, których sforsowanie zajlo nam dwa dni. Domy we wsi byly pitrowe. Byly to jedyne pitrowe domy, jakie spotkalimy w calym Tybecie i w ogóle od czasu opuszczenia Syberii. Schodzc z gór, znalelimy si poniej osady, i musielimy si do niej wspina kamienist ciek. Bylimy w oplakanym stanie, glodni i zmczeni. Paluchowicz utykal na praw nog, gdy stpnl na ostry kamie i nadweryl sobie podbicie stopy.


Tybetaczyków zdumiala nasza zuchwalo, gdymy im wytlumaczyli na migi, skd idziemy i dokd zdamy. Zaopiekowali si nami troskliwie. Zaprowadzono nas do jednego z domów, gdzie rozsiedlimy si na niskich lawach, wypolerowanych latami sluby. Postawiono przed nami gorc herbat, z której buchaly klby pary. Potem baranina i - jak zwykle - placki owsiane. Paluchowicz dostal jak ma - prawdopodobnie tluszcz barani - któr natarl sobie bolc stop. Z ssiednich domów poschodzili si mczyni i dzieci, by obejrze przybyszów. Wszyscy umiechali si, klaniali i dostojnie kiwali glowami. Nasze



134 przybycie bylo niewtpliwie wyjtkowym zdarzeniem, które calej wiosce dostarczylo na dlugo tematu do rozmów.


Tak jak wszdzie w Tybecie w podlog domu wbudowany byt plaski kamie, na którym wyryto kilkuwierszowy napis. Kamie umieszczony byl kolo drzwi i wystawal mniej wicej pól metra nad podlog. Wiedzielimy od Czerkiesa, e napisy na kamieniu wykonywa mog tylko niektórzy lamowie. Tybetaczycy otaczaj te kamienie wielk czci, wierzc, e chroni ich od zlych duchów i nieszcz.


Gospodarz mógl mie jakie trzydzieci lat i byl wyszy od przecitnego Tybetaczyka. Zadowolony, e zainteresowalem si kamieniem szczcia, wskazal palcem na napis, a potem na blaszane pudeleczko przyczepione do mosinej bransoletki, któr nosil na przegubie lewej rki. Pudeleczko wygldala na rodzaj mlynka modlitewnego i musialo mie jaki zwizek z napisem na kamieniu.


Mieszkacy domu byli wprawnymi tkaczami. W glównym pokoju na dole stalo wrzeciono, obok którego leal zwój dobrze utkanego, cieplego i grubego materialu. Najlepszy przyklad ich pracy stanowily barwne ólto-czerwone koldry i nakrycia na lóka. Owce, które dostarczaly welny, zamknite byly o tej porze roku w kamiennych ogrodzeniach. Staly tam niskie, te kamienne szopy, dajce zwierztom schronienie w razie zawieruchy.


Na pitro prowadzily krótkie, strome schody o wyciosanych z kamienia stopniach i bez adnej porczy. Przez kwadratowy otwór w suficie wchodzilo si do górnego pokoju, tak jak przez luk na statku. Na górze byty pomieszczenia sypialne rodziny oraz sklad welny, cile zwinitej w grube bele. Tam te w cieple, w dusznym, przesyconym zapachem owiec powietrzu, spdzilimy spokojn noc, gdy na dworze, za grubymi cianami wyl i jczal wicher. Obudzilo nas o wicie wiatlo dzienne, przedostajce si przez malekie okno, w którym zamiast szkla byla mika. Jedzc obfity ranny posilek, przygldalimy si ubawieni gospodarzowi, który badal nasze worki, podnoszc je do góry i wac w rkach, by w ten sposób odgadn ich zawarto.


- Moe sprawdza, czymy mu nie buchnli rodzinnych sreber - zauwayl Zaro.


Tybetaczyk nie mógl zrozumie tej uwagi, ale zadowolony z tego, e si miejemy, mial si z nami. Zajrzawszy wreszcie do worków, zobaczyl w nich kawalki skóry i futra, patyki i zeschnity gnój na podpalk. Nie znalazlszy nic wicej, spojrzal na nas z trosk, po czym wskazal na worki i na ywno, któr polykalimy wlanie z zapalem. Porozmawial chwil z kobietami siedzcymi w ssiedniej, malej izbie, po czym w towarzystwie kilkunastoletniego chlopca wyszedl przez nasz pokój na dwór. Powrócil po pólgodzinie, niosc wieo zarnite i obdarte ze skóry jagni. Misem zajly si kobiety. Piekly je przez kilka godzin na ronie, nad otwartym ogniem.


Przez ten czas Tybetaczyk ogldal nasze stopy. Przyniósl z góry zwój surowej welny i wziwszy w rk jeden z mokasynów Paluchowicza, pokazal, jak powinnimy wyloy weln od wewntrz nasze obuwie, by zabezpieczy stopy przed mrozem. Rozdal nam póniej weln, odrywajc od zwoju cale garcie. Pomysl byl doskonaly i mam nadziej, e zdolalimy mu przekaza, jak bardzo jestemy wdziczni.


T malek górsk osad opucilimy obladowani zapasami ywnoci. Dotychczas wszelk ywno, jak nam dawano, pakowalimy do jednego worka, który nielimy na zmian. Tym razem postanowilimy podzieli midzy siebie cal baranin i placki owsiane. Teren stawal si coraz trudniejszy i niebezpieczniejszy, wic zgromadzenie wszystkiego w jednym worku bylo zbyt ryzykowne. Gdyby jaki wypadek przydarzyl si nioscemu prowiant, cala ywno zostalaby stracona.


Tybetaczyk przeszedl z nami kilometr, by nas wyprowadzi na wsk drók nad dolin. Wyjanil nam, e musimy trzyma si cieki wiodcej na poludniowy zachód, a ujrzymy dwa bliniacze szczyty, które powinnimy pokona. Tak przynajmniej



135 zrozumielimy instrukcje powtarzane przez niego na migi kademu po kolei. Uklonil si nam wreszcie i zawrócil.


- Niech ci Bóg blogoslawi - westchnl z glbi serca po polsku Paluchowicz.


Pozostawieni samym sobie zeszlimy w dól do najniszego punktu, by potem wspina si znów na strome zbocze po przeciwleglej stronie. Wyruszylimy wczesnym popoludniem, ale nie przeszlimy tego dnia wicej ni pitnacie kilometrów, cho droga nie byla bardzo trudna. Wieczorem, siedzc wokól malego ogniska, staralimy si ustali, gdzie mniej wicej jestemy i ile jeszcze pozostalo nam drogi. Rozmowa urwala si po pewnym czasie i otoczyla nas martwa cisza gór. Zrobilo mi si jako dziwnie al - siebie samego i nas wszystkich. Szamotalem si z jakim rozpaczliwym lkiem, który mówil mi, e teraz wlanie, po tych straszliwych tysicach kilometrów, los moe si zwróci przeciwko nam. Te przyplywy zwtpienia i rozpaczy nawiedzaly mnie zwykle noc. Jestem pewny, e inni te musieli przeywa podobne chwile, ale nigdy nie zwierzalimy si sobie z tych momentów zalamania. Z nadejciem poranka przyszlo wydawala si mniej czarna. Lk czail si, ale ruch, dzialanie i wysilek umyslowy potrzebny, by upora si z codziennymi problemami, pozwalaly o nim zapomina. Na tym etapie wdrówki bylimy bardziej ni kiedykolwiek opanowani wewntrzn potrzeb parcia naprzód. To: ,,byle naprzód, byle dalej" - stalo si jak obsesj, mani. Wystarczylo, by rankiem kto powiedzial ,,wyruszamy", a ju wszyscy jak automaty zbierali si i ruszali naprzód. Nikt nie staral si odwleka chwili wymarszu. Szlimy po to, by rozprostowa zesztywniale nogi i rozgrza przemarznite w nocy ciala.


Ograniczylimy si do jednego skromnego posilku dziennie. Wyczerpujca wspinaczka i coraz czstsze niebezpieczne zejcia wymagaly znacznie lepszego odywiania. Ale decyzja o wydzielaniu niewielkich dziennych racji dobrze wplynla na nasz psychik. ,,Dopóki s jeszcze zapasy, nie grozi nam mier glodowa" - uspokajalimy si. ywnoci starczylo na ponad dwa tygodnie.


Kilka razy zmierzch zastal nas wysoko w górach. Korzystajc z syberyjskich dowiadcze, budowalimy sobie w takich wypadkach schron ze niegu, by w nim spdzi bezsenn noc - a do witu kolejnego dnia.


Szybko uczylimy si nowych arkanów sztuki wspinania. Przed wojn próbowalem taternictwa w Polsce, ale Himalaje stawialy nieporównywalnie wysze wymagania. W Tatrach mialo si dobrze podkute buty, caly potrzebny sprzt - no i dowiadczonego przewodnika. Poza tym w góry chodzilo si latem i dla sportu. Tu, z workami przywizanymi do pleców, wbijajc palce w skal, trzeba si byto wspina nieraz godzinami po to tylko, by zobaczy wreszcie przed sob pionow cian, uniemoliwiajc dalsz drog. Trzymajc si mocno rkami uchwytów, staralimy si da przez chwil wypocz skostnialym i obolalym palcom nóg. Potem trzeba bylo schodzi w dól i szuka nowego wejcia. W tych warunkach posuwalimy si naprzód bardzo powoli. Nasz jedyny ekwipunek stanowily - mocna, ale zbyt krótka, rzemienna lina, siekierka, na pewno najpoyteczniejszy sprzt, nó o szerokim ostrzu oraz ptle z drutu i haki zrobione jeszcze na pustyni Gobi.


Wspinalimy si w pewnym porzdku - Zaro, jako najlejszy, szedl zwykle pierwszy, badajc siekierk uchwyty i rozbijajc pokryt niegiem powlok lodu. Ja szedlem nastpny, zmieniajc si nieraz z Zaro, by mu da odpocz; dalej Kolemenos, po nim Smith i na kocu Paluchowicz. W miar monoci staralimy si pomaga tym dwu najstarszym wiekiem. Zawsze jednak upierali si; by przy schodzeniu i na czele. Caly czas mielimy nasze kije. Szukalimy nimi ukrytych pod niegiem szczelin, a podczas wspinaczki zatykalimy je za paskami z tylu.


Kady specjalista od wysokogórskiej wspinaczki uznalby Zar za wprawnego i nieustraszonego towarzysza. Wymylilimy prosty sposób na pokonywanie niezbyt wysokich progów skalnych. Znalelimy plaski, ciki, podluny kamie, zwony w rodku jak



136 ósemka. W miejscu przewenia przywizalimy lin. Kamie trzeba bylo tak zarzuci, by zahaczyl si w górze o jaki wystp skalny. Gdy to ju si udalo, nieraz po wielu próbach, wówczas Kolemenos napinal calym swym ciarem lin i Zaro najzwinniejszy z nas - poczynal odwanie wspina si w gór. Obserwowalimy go w napiciu, wiedzc, e odblokowanie, zerwanie lub wylizgnicie si liny oznacza mier. Kiedy raz czy dwa zobaczylem na górze, na czym trzymal si nasz kamie z lin, oldek omal nie wywrócil mi si na drug stron.


W pogodne dni dodatkow katusz byl racy blask sloca odbijajcego si od bieli niegu. Jeszcze inn, dotychczas nie znan nam, a bardzo uciliw dolegliwoci byl ból czola, spowodowany przemarzniciem. Chwilami mialem wraenie, e glow ciska mi jaka lodowa obrcz. Poradzilimy sobie z tym, zrobiwszy maski ze skóry baraniej. Maska, z wyciciami na oczy, zatknita pod czapk, opadala luno, zakrywajc górn cz twarzy do poziomu nosa. Maski te przydaly nam si bardzo, oslanialy czolo, a ponadto chronily oczy przed zabójczym blaskiem. Mialy jednak pewien minus. Gromadzila si pod nimi wilgo wywolana oddechem. W efekcie okolice ust i nosa mielimy cigle oblodzone. Nieraz zatrzymywalem si, by przyloy rk do twarzy i cieplem dloni stopi zbierajcy si lód. Staralimy si zawsze chroni rce przed mrozem, ale w czasie wspinaczki czsto konieczne byly precyzyjne chwyty golymi palcami, wtedy zsuwalimy rkawice, które przytroczone rzemykami dyndaly przy nadgarstkach. Z opatulonymi twarzami i opuszczonymi nausznikami futrzanych czap bardzo czsto nie moglimy si nawzajem doslysze. Na tym tle powstawaly zadranienia. Bylimy miertelnie znueni, pospni, zawsze glodni. Nerwy mielimy napite do ostatecznoci. W dodatku bylo zbyt zimno, by dalo si normalnie spa.


W pocztkach marca nasza pitka zeszla trawersami z pogronych w zawiei nienej szczytów w oblan slocem, pobielon niegiem dolin. Bylo to pónym rankiem, kiedy zachceni promieniami sloca usiedlimy, by wypocz, zdjwszy czapki i oslony twarzy. Bylimy przygnbieni i od dwóch dni bez jedzenia. Kiedy siedzielimy tak, nie majc nawet sil na rozmow, uslyszalem jaki dwik. Wytylem sluch, by sprawdzi, skd ten odglos pochodzi, gdy nagle odezwal si Paluchowicz:


- Slysz szczekanie psa.


- Ja te co slyszalem - odrzeklem.


- Z tamtej strony - wskazal Paluchowicz w podnieceniu. Musimy i zbada.


Szlimy jakie pól kilometra, nadsluchujc. Nagle doszlo nas tak wyrane szczekanie, e zatrzymalimy si w miejscu. Rozejrzelimy si dokola, spodziewajc si jakiego domu, lub przynajmniej szalasu, ale nigdzie nie bylo wida ladu nawet najskromniejszej ludzkiej siedziby. Tymczasem pies musial nas zwszy, gdy zaczl ujada gwaltownie. Wtedy dopiero ujrzelimy w odlegloci okolo stu metrów jaskini, wygldajc jak czarna plama na tle otaczajcej j bieli niegu. Idc w jej kierunku, zobaczylimy czlowieka, który wyszedl wlanie z czarnej dziury na wiatlo dzienne. Powiedzial co do psów - w midzyczasie pojawil si drugi pies - i ujadanie ustalo.


Byl to stary czlowiek o pomarszczonej, wysmaganej wiatrami twarzy i siwej, rzadkiej brodzie. Umiechnl si do nas, pokazujc dzisla, które staro ogolocila z zbów. Ubrany byl dobrze i cieplo. Grubo wywatowan bluz i spodnie przykrywala zwykla tybetaska baranica. Na nogach mial solidne skórzane buty, wida cieple, bo z cholewek wystawaly wkladki z zielonego wojloku. Nie wiem, kto bardziej ucieszyl si z tego spotkania. Staruszek krcil glow, klanial si, gadal co, umiechajc si bezzbnymi ustami. Nawet ciemnorude psy - podobne do samojedów, tylko mniejsze - zarazily si jego entuzjazmem i biegaly w kólko, ujadajc i merdajc zawzicie kudlatymi ogonami.


Wejcie do jaskini oslanial przed wiatrem metrowy mur, zbudowany z luno poukladanych kamieni. Staruszek ominl go i poprowadzil nas do rodka, gdzie nim jeszcze



137 oczy przyzwyczaily si do panujcego tu pólmroku, uderzyl nas w nozdrza stchly, mdly zapach owiec.


Oceniajc z zewntrz rozmiary groty na podstawie ciasnego wejcia, bylem zaskoczony jej obszernoci. Jaskinia cignla si w glb i zakrcala w ksztalcie bumerangu. Starzec wraz ze swymi psami zajmowal niewielk przestrze, dlugoci moe piciu metrów, midzy wejciem do jaskini a dzielc j w glbi przegrod z kamienia. Za tym ogrodzeniem tloczylo si przynajmniej ze sto owiec. Bylo to wic zimowe schronienie pasterza, czekajcego a wiosenne sloce stopi niegi i dolina zazieleni si traw, na której pa bdzie swe stado. Na kolkach wisialo pi wypelnionych sianem worków zrobionych z rzadkiej siatki. Stos oprónionych siatek w kcie wskazywal, e owce spdzily tu ju wiele tygodni.


W rodku pieczary plonl ogie. Obok leal zapas chrustu i suszonego nawozu na podpalk. Na kamieniach staly dwa elazne kotly, jeden wielkich rozmiarów, drugi maly. Wielki kociol, jak zobaczylem póniej, sluyl do topienia niegu na wod dla owiec. O przeznaczeniu malego dowiedzielimy si od razu - gdy pasterz, zaraz po wprowadzeniu nas do wntrza jaskini, przystpil do parzenia herbaty. Wyjl j z wypolerowanego drewnianego pudelka o oliwkowym kolorze. Byla to, po raz pierwszy, normalna herbata - drobne suszone listki, a nie prasowane cegielki, które dotychczas spotykalimy w Mongolii i Tybecie. Odwitn herbat chcial prawdopodobnie uczci nasze spotkanie, póniej bowiem, czstujc nas, uywal zwyklych cegielek.


Pasterz wycignl zza pazuchy skladany nó. Otworzyl go i zaczl powoli, starannie ostrzy o plaski kamie. Na widok noa psy zerwaly si i poczly taczy wokól pasterza, wietrzc wiee miso. Wypróbowawszy ostrze wewntrzn stron kciuka, mczyzna umiechnl si do nas znaczco i wraz z podnieconymi psami wszedl midzy owce. Po chwili znów pojawil si w krgu wiatla, niosc pod pach wierzgajce i beczce jagni. Wyszedl przed jaskini i po zdumiewajco krótkim czasie powrócil z oczyszczonym, gotowym do pieczenia misem. Rzuciwszy psom glow i wntrznoci, powiartowal reszt. Piekl je na umieszczonym nad ogniem drewnianym ronie. Gdy piecze zaczta skwiercze, podstawil pod ni buty, by skapywal na nie gorcy tluszcz. Wtarl go póniej w skór, pewnie po to, by j zmikczy i zakonserwowa. Nastpnie zajl si przygotowaniem ciasta na placki. Do grubej mki z otrbami dolal troch wody z duego koda i zagniótl ciasto. Placki piekl na rozgrzanym w ogniu plaskim kamieniu. Jedlimy wszystko jak glodomory. Etykiecie stalo si zado: po jedzeniu odbijalo nam si tak glono, e nasz gospodarz nie mógl mie adnych wtpliwoci, jak bardzo smakowal nam posilek.


Pomoglimy mu wynie kociol i napelni go niegiem. Gdy ju wydawalo nam si, e jest pelny i chcielimy go ponie z powrotem, pasterz zatrzymal nas skinieniem dloni, wskoczyl z niespodziewan zrcznoci na wierzch kotla i zaczl ugniata nogami nieg. Dosypalimy znów niegu i tym razem Zaro odtaczyl w kotle wesoly taniec ku uciesze staruszka. Twardo ubita masa niegu stopniala wkrótce nad ogniem. Przed snem pasterz napoil i nakarmil sianem sw trzod.


W jaskini bylo gorco, bardziej dziki obecnoci owiec ni arzcemu si ognisku. W nocy budzil mnie kilkakrotnie odraajcy zaduch przebywajcych od dawna w tym zamkniciu zwierzt. Nie bardzo wiedzialem, gdzie jestem, jednak po chwili znów zapadalem w sen. Bylo mi cieplo i czulem si bezpiecznie. Rano tybetaski jaskiniowiec wstal przed nami. Gdy otworzylem oczy, stal ju nad ogniem i lyk mieszal w kociolku gst kasz. Na poegnanie dal nam ostatni wiartk zabitego wczoraj barana.


Kiedy wyszlimy z jaskini, zapytal nas na migi, dokd idziemy. Zaro spojrzal na sloce i wskazal poludnie. Tybetaczyk ujl jego wycignite rami i skierowal je lekko na poludniowy zachód. W tym te kierunku ruszylimy w dalsz drog.




138 W cigu nastpnych kilku dni przekonalimy si, e owczarz znal dobrze te okolice. Posuwalimy si generalnie na poludnie, unikajc jednak wyczerpujcej wspinaczki. Lawirujc, nadkladalimy pewnie sporo kilometrów, ale forsowanie stojcych przed nami gór, byle tylko dokladnie trzyma si kursu, na pewno zajloby nam wicej czasu.


Z tego okresu utkwilo mi w pamici jedno zdarzenie. Podczas zejcia dlugim zanieonym stokiem Paluchowiczowi spadl z nogi but i obracajc si i podskakujc potoczyl si kilkadziesit metrów w dól, a zatrzymal si na jakiej nierównoci. Paluchowicz usilowal sta na jednej nodze, by gol stop nie dotyka niegu, i kll niczym w koszarach - jak na prawdziwego wachmistrza przystalo.


- Przynios ci go - zawolal Zaro i pobiegl w dól, w lad za mokasynem. Widzielimy, jak w biegu schyla si i podnosi but ze niegu. Nie mógl jednak opanowa nabranego rozpdu i wci mknl w dól. Przysiadl, by wyhamowa siedzeniem - i to byto wszystko, co moglimy zobaczy z góry. Zaro znikl za ostatni pochyloci. Trwalo to jedn chwil.


Cho zbiegalem znacznie ostroniej od niego, bylem pierwszy w miejscu, w którym stracilimy go z oczu. Rozlegle zbocze pod moimi nogami opadalo stromo, a na dole lagodnie podnosilo si w gór. Tam te, na przewciwstoku, stal Zaro, ryczc ze miechu i otrzepujc nieg ze swych spodni. Reszta dobiegla do mnie ostatni Paluchowicz, podskakujc na jednej nodze.


- Spróbujcie - wrzeszczal Zaro. - To najlepszy sposób, by znale si na dole.


Ruszylem pierwszy jego ladem. Zjazd byl wspanialy, a wiatr wiszczal w uszach. Zakoczylem zjazd tak jak Zaro - zanoszc si od miechu. Kolejno Kolemenos, Smith i Paluchowicz, wszyscy zjechali w zawrotnym tempie na drug stron.


Pamitam dobrze to wydarzenie. Byl to jedyny etap dlugiej wdrówki, który przebylimy bez pomocy nóg.




139 XXII. niene potwory Himalajów


Pod koniec marca 1942 raku bylimy przekonani, e jestemy wreszcie w pobliu tego azylu, jakim wydawaly nam si Indie. Na wprost przed nami wznosil si, zagradzajc drog, lacuch gór tak potnych i niedostpnych, jakich jeszcze nie widzielimy. ,,Musimy zdoby si jeszcze na ten jeden, kocowy wysilek - mówilimy sobie - a potem droga do kraju, w którym znajdziemy cywilizacj, wolno, odpoczynek fizyczny i spokój duchowy, bdzie otwarta". Kady z nas szukal rozpaczliwie jakiego psychicznego wsparcia i jakiej zachty. Mnie przeladowala myl, e zgin w tych górach. Batem si, by na jakim szczycie nie zapa w ów podstpny sen, z którego nie ma ju przebudzenia. Wspólne nam wszystkim przewiadczenie, e oto po przejciu ponad szeciu tysicy kilometrów jestemy tak blisko celu, zaostrzalo tylko moje obawy. Nie opuszczal mnie lk, e wlanie teraz wszystko moe si le skoczy. Bylimy u kresu odpornoci fizycznej i psychicznej. Jedn jedyn, ale o nieocenionej wartoci sil czerpalimy z gorcej przyjani, jaka zlczyla nas we wspólnym nieszczciu. Póki bylimy razem, póty istniala jeszcze nadzieja. Pod wzgldem ducha i woli przetrwania nasza pitka jako calo posiadala znacznie wiksz moc, ni prosta suma sil kadego z nas.


Siedzielimy wokól ognia zapalonego z resztek drzewa i smakowalimy ostatnie okruchy ywnoci. Potem zrobilimy przegld sprztu - starannie sprawdzilimy stan i wytrzymalo liny, siekiery, noa, ptli drucianych i haków. Ostatnie dwie godziny przed zmierzchem naprawialimy obuwie. Skoczywszy, bylimy gotowi do ostatniego ataku. Dogasajcy ogie obrócil si w popiól jeszcze przed pólnoc. Spdzilimy niespokojn noc, drepczc w miejscu, by si ogrza. Z pierwszym brzaskiem dnia


Zaro obwizal si lin, wzil siekierk od Kolemenosa i ruszyl pierwszy naprzód. Cieszylem si, e znowu jestemy w ruchu.


Na szczcie sprzyjala nam pogoda. Cho dl zimny wiatr, to jednak sloce grzalo do mocno, by rozmikczy zlodowacial w nocy i bardzo niebezpieczn wierzchni warstw niegu.


Wspinalimy si z wiksz pewnoci siebie, ale i ostroniej ni kiedykolwiek. Zaro ze zdwojon dokladnoci badal kade oparcie dla stóp i kady uchwyt w skale. Kiedy bylo trzeba, poprawial je siekier, a wtedy z jego ust i nozdrzy buchaly klby pary.


Trzeciego dnia przed poludniem weszlimy wreszcie na eksponowane siodelko, po to tylko, by ujrze przed sob nastpne pasmo. To byl chwyt godny koszmarnego snu - pokonujesz z ogromnym wysilkiem gór, a tu wylania si kolejna, która znów zagradza ci drog. I tak w nieskoczono. Zejcie poludniowym stokiem zajlo nam dwa dni i kosztowalo nas wicej nerwów ni podejcie. W dolinie zbudowalimy sobie schron ze niegu. Bronil nas przed smagajcym wiatrem, i cho niewygodnie, zdolalimy jednak przespa w nim kilka godzin.


Nastpna gra byla gorsza od wszystkich dotychczasowych. Przejcie z jednej doliny do drugiej, poloonej po przeciwleglej stronie, zajlo nam sze dni i tak nas wyczerpalo, e po raz pierwszy zaczlimy glono mówi o mierci. Jestem dzi pewny, e nie przetrwalibymy wówczas nawet kilkugodzinnej zawiei nienej.


Po dwóch dniach wspinaczki, gdy szczyt góry ukryty byl jeszcze w wirujcych chmurach, wbilem w pewnej chwili nó w szczelin skaly, by móc latwiej podwign si z wskiego wystpu, na którym stalem. Przywarlem cialem do ciany i oparlem si najpierw silnie stopami, by zwolni rce i rozprostowa zdrtwiale palce, a potem, trzymajc si mocniej rkami, odcialem na przemian stopy, przywracajc w nich obieg krwi. Signlem



140 wreszcie w gór praw rk do trzonka noa i chwyciwszy go, zaczlem si podciga, gdy nagle nó wygil si jak spryna, wyskoczyl z dwikiem drgajcej stali z mej dloni i poszybowal w dól. Wpijajc si palcami rk i nóg w cian, znalazlem nowy uchwyt i odzyskalem równowag. Nó przepadl. Nie bylo po nim nawet ladu. Czulem si tak, jakbym stracil wypróbowanego przyjaciela.


Trzeciego dnia, gdy bylimy ju blisko wierzchotka, droga stala si latwiejsza. A jednak wtedy wlanie ogarnlo nas calkowite zwtpienie we wlasne sily. Bylimy straszliwie zmarznici. Gsta mgla to splywala na nas, to unosila si znowu w gór. Zaczlimy te odczuwa skutki wysokoci. Rozrzedzone powietrze w zastraszajcym tempie pozbawialo nas resztek sil. Kady krok byl mk, walk z wszechwladnym znueniem. Podda mu si, oznaczalo usi i szlocha z rozpaczy. Moim pkajcym plucom brakowalo powietrza. Serce mlotem dudnilo w piersiach. Sila woli nie istniala. Kady z nas pozostawiony samemu sobie poloylby si najchtniej, zamknl oczy i poeglowal w objcia mierci. Ale zawsze znajdowal si kto, kto parl naprzód, i wszyscy pelzlimy za nim. Ostatecznym ciosem, jaki spadl na mnie, byl krwotok z nosa. Próbowalem go zatamowa, wtykajc w nozdrza kawalki szmaty, ale oddychanie tylko ustami bylo zbyt mczce. Odetkalem wic nos i krew splywala znów spod maski, zamarzajc na brodzie w czerwone sople. Perspektywa spdzenia nocy w tym rozrzedzonym powietrzu na pewno nie dodawala nam otuchy.


- Musimy i naprzód, póki jest jeszcze widno - powiedzial z naciskiem Zaro. - Musimy przej szczyt przed zmierzchem. Ruszylimy wic naprzód, cierpic i poruszajc si jak muchy w syropie. By unikn wysilku wspinania si wprost na wierzcholek góry, wchodzilimy dlugimi trawersami. Samego wejcia na szczyt nie pamitam. Przypominam sobie tylko moment, jak zobaczylem, e prowadzcy dotd Zaro, znajduje si poniej mnie. Jaki czas wspinalimy si znowu, a wreszcie poczulem, e schodz na dobre w dól.


Tej nocy nadszedl kryzys. Byla to najtrudniejsza do przetrwania noc w calej naszej wyprawie. Spdzilimy j na szerokim, plaskim wystpie skalnym, pokrytym grub warstw niegu. Liczylimy, e wygrzebiemy w niegu jam. Ale zlodowaciala skorupa z trudem ustpowala pod uderzeniami siekiery. Mimo morderczej pracy wykopalimy ledwie metrowe wglbienie. Bylimy tak wyczerpani, e kady usnlby doslownie stojc. Ale wiedzielimy, e sen stanowilby ostateczne zaproszenie dla mierci.


Byla to najdlusza noc w moim yciu. Stalimy skupieni blisko siebie, obejmujc si wzajemnie ramionami. Nie mielimy ognia. Powieki opadaly pod ciarem snu. By nie usn, tarlem oczy palcami. Kolemenos, najwikszy pioch, trzykrotnie opuszczal brod na piersi i zaczynal chrapa. Za kadym razem szturchalimy go i tarmosili, przywracajc do przytomnoci. Nawzajem bronilimy si przed snem i kady pilnowal, by ssiadowi nie opadla glowa lub nie zamknly si oczy. Co jaki czas, trzymajc si za ramiona, dreptalimy powoli w kólko. Raz nawet podczas tego groteskowego taca poczlem zapada w blog, ciepl drzemk. Ocknlem si, gdy Smith lekko szarpal moj brod. Przyszla wreszcie najgorsza cz nocy - ostatnie godziny przed witem, kiedy czlowiek jest najbardziej wyczerpany i najgorzej znosi zimno. Nie potrafilem opanowa dreszczy, które od stóp do glów wstrzsaly moim cialem.


- Chodmy - powiedzial kto. - Musimy zej w dól do jakiego miejsca, w którym bdzie mona oddycha.


- Drugiej takiej nocy nie zdolalbym przey - westchnl Paluchowicz. I mówil nie tylko za siebie.


Ledwo zaczynalo si przejania, gdy ruszylimy w drog. Paluchowicz szedl pierwszy, Zaro i ja na kocu. Nawet wtedy nie bylem przekonany, e uda nam si zej. Kolo poludnia stracilimy godzin, gdy obrana przez nas draga urwala si nagle na wskim wystpie zawieszonym nad bezdenn przepaci. Trzeba byto wspina si z powrotem po



141 starych ladach i szuka innego zejcia. Za drugim razem wybralimy lepsz drog, cho zejcie bylo niebezpieczne i czsto musielimy poslugiwa si lin i siekier.


Po dziesiciu godzinach straszliwego wysilku, zeszlimy w dól jakie póltora tysica metrów. Oddychanie stalo si latwiejsze, poprawily si nastroje, odyla nadzieja. Przetrwalimy jeszcze jedn ponur, bezsenn noc. O wicie kontynuowalimy zejcie, a wreszcie zobaczylimy lec pod nami dolin.


Bylo ju po poludniu, kiedy Zaro zapytal mnie nagle: - Czy ta dolina czego ci nie przypomina?


- Nie. Dlaczego?


- Spójrz na ten mniejszy lacuch gór, cigncy si na zachód i oderwany od glównego masywu. Zupelnie taka sama konfiguracja, jak w tej dolinie, w której spotkalimy pasterza.


- Nie sdzisz chyba, e spotkasz tu jeszcze jednego pasterza wraz z kierdlem owiec?


- Nie - odpowiedzial Zaro. - Ale moe znajdziemy jaskini, w której zdolamy si wreszcie wyspa.


Najbardziej zdumiewajce bylo nie to, e po dwóch godzinach poszukiwa rzeczywicie znalelimy jaskini, ale e faktycznie byla ona uywana przez pasterza. W kcie leal stos chrustu i niewyprawione skóry baranie. Jeli kto potrzebowal dowodu, e Opatrzno wci czuwala nad nami, to wlanie go otrzymal.


Na kolku zawieszony byl jaki pakunek owinity w barani skór. Wewntrz znalelimy wiartk koziny. Miso bylo niedowdzone i sczerniale, ale nikt nie grymasil. Postanowilimy upiec je jak najszybciej.


Có to bylo za ognisko! Dorzucalimy tak dlugo drzewa, a taczce plomienie owietlaly najodleglejsze zakamarki pieczary. Nie majc noa, musielimy dzieli miso siekier. Polow odloylimy na nastpny dzie. Paluchowicz jadl jeszcze dluej ni zwykle. Jako jednak wszyscy zaspokoili glód.


W tej jaskini, po raz pierwszy od czasu opuszczenia Syberii, przywlaszczylimy sobie cudz rzecz: skóry baranie. Mam nadziej, e bdzie to nam odpuszczone. Dodatkowa ochrona przed zimnem panujcym wysoko w górach byla dla nas spraw ycia lub mierci. Spdzilimy noc wygodnie i obudzilimy si dopiero w jakie dwie godziny po wicie. Ogie wygasl, wic zjedlimy na zimno resztki koziego misa i zwinlimy biwak.


Wszelkie rozwaania na temat tego, jaka odleglo dzieli nas jeszcze od celu naszej wdrówki, wydawaly si zupelnie bezsensowne. Bylimy wci jeszcze otoczeni pasmami gór. Nikt z nas nie mógl te wiedzie, e szczyt, na który zaczlimy si wspina w dwa dni po noclegu w jaskini, byl ostatnim bastionem Himalajów, i e za nim droga wiodla przez podgórze do pólnocnych Indii. Nie przypominam sobie szczególów tej ostatniej wspinaczki. Pamitam jedynie, e forsowalimy pólnocn cian wierzcholka i e po dwóch dniach drapania si w gór nie osignlimy takiej wysokoci, by powaniej odczu skutki rozrzedzonego powietrza. Podczas zejcia, po drugiej stronie szczytu, wiecilo sloce i widoczno byla znakomita. Na zachodzie pitrzyly si lacuchy pokrytych niegiem niebotycznych gór, prawdziwych gigantów. Szczyt, na którym niedawno stalimy, byl przy nich karlem. Na poludnie teren opodal stromo w dól. Patrzc w tym kierunku, czulem, e spogldam na Indie.


Prócz psów i owiec nie spotkalimy dotd w Himalajach adnych innych zwierzt. Dlatego te poczlimy obserwowa z wielkim zainteresowaniem dwa czarne punkty poruszajce si na niegu w odlegloci pól kilometra. Zauwayl je pierwszy Kolemenos. Myl o zwierztach kojarzyla si z myl o jedzeniu. Jakkolwiek szybko ruszylimy w dól, wydawalo nam si wtpliwe, czy bd na nas czeka. Na chwil zaslonilo je wybrzuszenie stoku, ale kiedy doszlimy do krawdzi urwiska, zobaczylimy je znowu, nieco pod nami, w odlegloci mniej wicej stu metrów.



142 Dwie sprawy uderzyly mnie natychmiast: byly to stworzenia olbrzymich rozmiarów i poruszaly si na tylnych koczynach. Ten obraz pozostal wyrany i nie rozmyl si w mojej pamici, poniewa obserwowalimy je dobre dwie godziny. Pocztkowo nie moglimy uwierzy naszym oczom, stalimy wic w miejscu i patrzylimy ze zdumieniem. Kto nawet zaproponowal, by podej bliej, aby mie lepszy widok.


- S wystarczajco due, eby nas zje - powiedzial Zaro. Naley si strzec zwierzt, które nie uciekaj na widok czlowieka. Postanowilimy wic nie rusza si z miejsca.


Wykorzystujc zdobyt w wojsku wiedz o obserwacji artyleryjskiej, oszacowalem ich wysoko na niewiele mniej ni dwa metry czterdzieci centymetrów, z tym, e jedno byto troch nisze. Wzajemna relacja wzrostu przypominala przecitn relacj midzy mczyzn i kobiet.


Dreptaly spokojnie nad krawdzi stromizny. Tamtdy wlanie wiodla jedyna droga nad urwiskiem. Postanowilimy czeka cierpliwie, a pójd sobie, ustpujc nam miejsca. Nie ulegalo wtpliwoci, e zauwayly nas i e si nas nie boj.


Smith byl przekonany, e obie tajemnicze istoty prdzej czy póniej opadn na przednie lapy, tak jak niedwiedzie. Staly jednak do koca w pozycji pionowej.


Bylem zbyt daleko, by móc dokladnie rozróni rysy. Glowy mialy masywne. Uszy musialy blisko przylega do czaszek, gdy nie rzucaly cienia. Ramiona opadaly ostro, klatki piersiowe byly potne. Dlugie lapy, przegubami sigaly kolan. Patrzc z profilu, zarys czaszki i pleców stanowil jedn prost lini.


- Jak u Szwabów - zauwayl Paluchowicz.


Stwierdzilimy jednomylnie, e ogldamy stworzenia, o których nikt z nas nigdy nie dyszal, których nie widzielimy ani na wolnoci, ani w ogrodzie zoologicznym. Gdyby tylko mignly nam przed oczyma, znikajc w oddali, latwo byloby uzna je za par niedwiedzi czy malp podobnych do orangutanów. Ogldane z bliska, bynajmniej nie odpowiadaly tej uproszczonej klasyfikacji. Mialy w sobie co z obu tych gatunków zwierzt, a jednak nie wygldaly ani na niedwiedzie, ani na malpy. Ubarwienie dawalo ogólny efekt rudobrzowy. Prawdopodobnie pokryte byly dwoma rodzajami wlosów - rudawym, krótkim owlosieniem wystpujcym na calym ciele i dlugimi, prostymi, luno opadajcymi wlosami, które w wietle przybieraly szarawy odcie.


Siedzc z opuszczonymi nad urwiskiem nogami, obserwowalimy je moe przez godzin. Nie zajmowaly si niczym konkretnym, krcily si w miejscu, przystajc od czasu do czasu i rozgldajc si dokola, jak ludzie podziwiajcy wspaniale widoki. Czasem zwracaly glowy w nasz stron, nie okazujc jednak wikszego zainteresowania.


Wreszcie Zaro strach cierpliwo.


- Nie moemy tu czeka caly dzie, a w ich mózgach zawita myl, by i dalej. Trzeba je ruszy z miejsca.


Zaczl wymachiwa rkami, wydajc z siebie przeraliwe dwiki i odtaczyl taniec wojenny czerwonoskórych. Oba stworzenia nie zwrócily na niego najmniejszej uwagi. Wtedy Zaro poczl ciska w ich stron odlamkami lodu. Jeden, najcelniejszy, padl w odlegloci jakich dwudziestu metrów od nich, wzbijajc w gór chmurk nienego pylu. I to jednak zostalo zlekcewaone.


Czekalimy jeszcze godzin. Lecz im wyranie odpowiadalo sterczenie w tym wlanie miejscu. Pomylalem z niepokojem, e moe specjalnie czekaj, a zejdziemy w dól i staniemy na ich gruncie.


- Rcz, e miej si z nas w kulak - powiedzial dyszc ciko Zaro.


- Zaczynam si obawia, e nie my ich, ale one nas przyjd wreszcie obejrze z bliska - rzekl Smith. - Jasne, e si nas nie boj i uwaaj, e powinnimy ustpi im z drogi.




143 Postanowilimy si wycofa i poszuka innego przejcia. Cofnlimy si za skal i w ten sposób zeszlimy im z oczu. Obejrzalem si i z ukrycia dojrzalem je jeszcze raz. Para stala bez ruchu, z uniesionymi ramionami, jakby nasluchujc.


Przez wiele lat te stworzenia byly dla mnie tajemnic nie do rozwiklania. Dopiero kiedy dowiedzialem si o wyprawie naukowej wyslanej w poszukiwaniu nienego czlowieka Himalajów i przeczytalem opisy tego stworzenia pochodzce od ludnoci tubylczej, zrozumialem, e najprawdopodobniej spotkalimy dwa okazy tego wlanie gatunku. Myl jednak, e okrelenie ich wzrostu na okolo póltora metra jest bldne. Osobniki, które widzielimy, mierzyly minimum dwa metry i kilkanacie centymetrów.


Zmuszajc nas do zmiany szlaku, stworzenia te porednio staly si przyczyn wypadku, jaki si wkrótce wydarzyl.


Kolo poludnia zaczlimy znów schodzi w dól. Szlimy w dobrym tempie i - mimo pustych oldków - w dobrych nastrojach. Noc spdzilimy we wnce skalnej, stanowicej idealne schronienie. Nastpnego dnia, kiedy rozwialy si poranne mgly, powital nas sloneczny kwietniowy ranek.


W dwie godziny póniej rozegrala si tragedia. Podczas zejcia natrafilimy na krótki odcinek o wikszym nachyleniu. Zatrzymalem si z Zaro na krawdzi, gdzie przywizalimy jeden koniec liny do naszych kijów, a drugi koniec rzucilimy swobodnie w dól, aby umoliwi asekuracj schodzcej trójce. Paluchowicz schodzil tylem, opierajc si na rkach i nogach. Za nim, w odstpach, Smith i Kolemenos. Nikt nie trzymal si liny. mialem si na górze z jakiego artu Zary na temat wczorajszego spotkania. Widzialem, jak Paluchowicz dochodzi do koca trudnego odcinka. Obrócilem si w stron Zary i w tym momencie nastpilo gwaltowne szarpnicie liny, jednoczenie wydawalo mi si, e uslyszalem krótki krzyk. Po chwili lina znów zwisala luno jak poprzednio. Zaro przyskoczyl do mnie. W cigu sekundy zrozumialem, e stalo si co strasznego. Zaro byl obok mnie. Widzialem Smitha. Widzialem Kolemenosa. Ale Paluchowicz zniknl.


Jak glupcy stalimy w miejscu, krzyczc: - Antoni! Antoni!


Nikt nie odpowiadal. Smith i Kolemenos, którzy zwróceni byli tylem do Paluchowicza, nie wiedzieli, co si stalo. Zatrzymali si, slyszc nasze krzyki, i patrzyli na mnie i na Zar.


- Wracajcie! - zawolalem. - Co si stalo Antoniemu! Wspili si z powrotem na gór, a ja obwizalem si lin w pasie.


- Zejd w dól, by si rozejrze - powiedzialem. - Moe go znajd.


Zsunlem si do punktu, w którym - jak si wydawalo z góry - pochylo stawala si do lagodna. Trzymany na linie przez Zar, obrócilem si tak, jak zrobil to prawdopodobnie Paluchowicz. Spojrzalem w dól i widok zatkal mi dech w piersiach. Wygldalo to tak, jakby kto przepolowil w tym miejscu gór jednym ciosem gigantycznej siekiery. Popatrzylem przed siebie na dwudziestometrowej szerokoci pknicie stanowice zwajcy si komin straszliwej przepaci. Nie bylo wida dna. Krople potu wystpily mi na czolo.


- Antoni! Antoni! - krzyknlem w dól kilka razy. Po chwili zawrócilem wstrznity, trzymajc si mocno Liny.


Zasypali mnie pytaniami - Czy go widzialem? Dlaczego wolalem? Gdzie jest Paluchowicz?


Powiedzialem im o przepaci i o tym, e nie dojrzalem nawet ladu Paluchowicza.


- Musimy go znale - powiedzial Kolemenos.


- Nigdy go nie znajdziemy - odparlem. - Ju jest po nim. Nikt nie chcial w to uwierzy. Ja te nie. Wycofalimy si i nie bez trudnoci znalelimy miejsce, z którego mona bylo spojrze w dól przepaci. Wtedy dopiero zrozumielimy. Rzuciwszy w dól




144 kamie, czekalimy, a uslyszymy, jak uderzy w dno. Nie uslyszelimy niczego. Rzucilimy wikszy kamie i te nie doszlo nas nawet echo.


Tkwilimy dlugo w tym miejscu, nie wiedzc co robi. Nieszczcie przyszlo na nas tak nagle i bylo tak wielkie. Dopiero co stal obok mnie i w jednej chwili zniknl na zawsze. Nigdy nie przyszlo mi do glowy, e to on wlanie zginie. Wydawal si niezniszczalny. Mocny, wierny, bezzbny stary wachmistrz Paluchowicz.


- Tyle przeszedl - powiedzial Smith - tyle przeszedl, eby tak glupio zgin wlanie teraz.


Myl, e Smith odczul strat Paluchowicza boleniej ni ktokolwiek z nas. Jaka dwaj najstarsi, bardzo si do siebie zbliyli. Kolemenos zdjl worek z pleców, rozdarl go powoli wzdlu szwu i wsadziwszy w róg kamie, cisnl w przepa. Kamie wypadl, ale symboliczny calun wachmistrza rozwinl si w powietrzu i wolno poszybowal w dól. Patrzylimy w milczeniu. Potem Kolemenos zrobil krzy ze swego kostura i wbil go nad brzegiem przepaci.


Schodzc w dól, staralimy si nie spuszcza z oczu miejsca, w którym zniknl Paluchowicz, w jakiej dziwnej nadziei, e moe znajdziemy jego cialo. Nie zobaczylimy jednak ani dna przepaci, ani ciala naszego towarzysza.


Nastpily potem cieple, sloneczne dni. Za nami pitrzyly si ciany olbrzymich, majestatycznych gór, które zdolalimy pokona. Glód dawal nam si straszliwie we znaki. Dopiero co dokonywalimy nadludzkich wyczynów w cianach Himalajów, a teraz z trudem szlimy po latwej drodze. Raz sploszylimy par dlugowlosych kozic, które jak wiatr przemknly przed nami. Niepotrzebnie si nas baly. Nie mielimy do sil, by zabi co wikszego od chrzszcza. Kraj byl wci górzysty, ale pojawily si strumienie, rzeki i ptaki na drzewach.


Po omiu dniach bez jedzenia ujrzelimy którego slonecznego poranka w dali na wschodzie stado owiec, strzeone przez ludzi i psy. Stado bylo za daleka, w dodatku posuwalo si naprzód, oddalajc si od nas. Ten widok obudzil jednak nasze nadzieje. Wiedzielimy, e wkrótce napotkamy kogo, kto nam pomoe. Próbowalimy je traw rosnc nad brzegiem strumienia. Byla jednak zbyt gorzka i oldki nasze nie chcialy jej przyj.


Bylimy calkowicie wyczerpani, wygldalimy jak chodzce szkielety, ale wreszcie kady z nas odzyskal spokój ducha. Po raz pierwszy pozbylem si zupelnie lku, e zostaniemy schwytani.


Nadeszli z zachodu. Maly oddzial maszerujcych ludzi. Gdy zbliyli si, zobaczylem, e byli to olnierze hinduscy, dowodzeni przez podoficera. Chcialem macha rkami i krzycze, ale nie moglem si zdoby na nic. Czekalem wic wraz z moimi towarzyszami, a olnierze podejd do nas. Wygldali niezwykle elegancko, czysto, zdrowo i prnie. Moje oczy zaszly lzami.


Smith wysunl si naprzód i wycignwszy rk, powiedzial: - Milo nam was widzie...




145 XXIII. ,,Czwórka" osiga Indie


I trudno bylo zrozumie, e tak oto wszystko dobieglo koca. Oparlszy si na kiju, mruylem oczy, by lepiej widzie. Czulem si slaby i mialem szum w glowie, jak czlowiek w gorczce. Kolana draly mi z wyczerpania, i z duym wysilkiem powstrzymywalem si od upadku. Zaro te zgarbil si na swoim kiju. Kolemenos obejmowal go lekko ramieniem. Wzgórza poronite krzaczast rolinnoci falowaly w rozgrzanym powietrzu poludnia. Ubrani w tropikalne mundury olnierze stali w odlegloci piciu metrów od nas. Czasem widzialem ich wyranie, czasem znów ich sylwetki mikly i odplywaly ode mnie.


Opuciwszy glow na piersi, sluchalem Smitha. Nie rozumialem go, gdy mówil po angielsku, ale nie trudno bylo odgadn z tonu jego glosu, e przedstawia nasz spraw. Trwalo to kilka minut. Ugilem kolana i jako przestaly mi dre.


Amerykanin odwrócil si do nas i powiedzial z umiechem: - Panowie, jestemy bezpieczni.


Poniewa nie zareagowalimy adnym slowem czy gestem, powtórzyl po rosyjsku:


- Panowie, jestemy bezpieczni.


Zaro wydal z siebie jaki okrzyk, który mnie przerazil. Cisnl o ziemi kij, zawyl i rzucil si w gór z rozczapierzonymi palcami. Potem chwycil w ramiona Amerykanina i chcial biec do olnierzy, by kadego po kolei uciska.


- Przesta - wolal Smith, powstrzymujc go z trudem. - Powiedzialem im ju, e jestemy zawszeni.


Zaro rozemial si i ruszyl w plsy, wci trzymany przez Smitha. W rezultacie obaj zaczli taczy jak oblkan polk, miejc si i placzc na przemian. Nie przypominam sobie, jak sam przylczylem si do tego taca, ale pamitam, e w pewnym momencie zaczlimy wszyscy czterej podskakiwa, wzbijajc kurz naszymi lapciami, obejmujc si, miejc histerycznie przez lzy, a jeden po drugim zwalilimy si na ziemi. Kolemenos leal wycignity i powtarzal cicho slowa Amerykanina:


- Jestemy bezpieczni...


- Bdziemy mogli znów y - powiedzial Smith. Zastanowilem si nad tym cudownym zdaniem. Wszystkie mki, cierpienia, trudy, caly rok pieszej wdrówki - po to, bymy mogli znowu y. Spotkany patrol odbywal wiczenia w górach. Smith poinformowal nas, e jeli nie jestemy zbyt slabi, by i dalej, olnierze odprowadz nas kilka kilometrów do najbliszej drogi, gdzie czeka bdzie ciarówka. Odpowiedzial im, e po tym, comy wytrzymali, jeszcze kilka kilometrów na pewno nas nie zabije. Dowiedzielimy si, e olnierze zaprowadz nas do swojej kompanii, gdzie dostaniemy prawdziwe jedzenie.


Na pocztek powyjmowali z plecaków plachty, pod którymi skrylimy si przed slocem. Leelimy przez godzin. Krew pulsowala mi w glowie i zbieralo mi si na wymioty. Dostalimy paczk papierosów i zapalki. Brak papierosów odczuwalem chyba jeszcze dotkliwiej ni brak jedzenia. Otrzymanie za zapalek, najnormalniejszej rzeczy codziennego uytku w cywilizowanym wiecie, bylo dla mnie wielkim przeyciem. Kto podal nam otwart ju puszk brzoskwi. Jedlimy je palcami, miadc w ustach wspanialy misz. Napilimy si potem wody z manierek i bylimy gotowi do drogi.


Mam wraenie, e nikt z nas nie zapamital szczególów ostatniego marszu na przelaj. olnierze dostosowali swój krok do nas, i te ostatnie pitnacie kilometrów musielimy si wlec co najmniej pi godzin. Zaro kroczyl obok mnie i podtrzymywal si na duchu, udajc, e maszeruje.




146 - Tak powracaj z wojen bohaterowie - mówil, umiechajc si gorzko. - Brak nam jeszcze tylko orkiestry na czele. Najprzyjemniejsze w tym wszystkim bylo to, e nie potrzebowalimy sami podejmowa adnych decyzji. Potem nastpila jazda ciarówk, która jak wszystkie ciarówki wojskowe na calym wiecie, jechala w zawrotnym tempie. Podczas tej jazdy zachowywalimy si jak sztubacy - tak nas cieszyla podró na kolach - pierwsza od czasu opuszczenia rosyjskiego pocigu w Irkucku przed osiemnastoma miesicami. Anglicy wzili wszystko w swoje rce. Opiekowali si nami, zajmowali, dogadzali nam, mówili, co mamy robi.


Nie wiedzialem, gdzie jestemy i nie dowiedzialem si nigdy. Zreszt wówczas nic mnie to nie obchodzilo. Smith musial wiedzie, ale jeli powiedzial mi nawet, nie zrobilo to na mnie najmniejszego wraenia. Wane bylo tylko to, e jestemy w Indiach.


Mlody porucznik angielski, który obserwowal, jak wypoczywalimy oparci o ciarówk, wygldal zdumiewajco wiea i czysto. Stal w cieniu drzew, sluchajc z niedowierzaniem opowieci Amerykanina. Staral si zrozumie, spogldajc na przemian to na Smitha, to na nas. Zadawal pytania, kiwajc lekko glow po kadej odpowiedzi. Wydawalo mi si, e byl bardzo mlody, a jednak musial by w moim wieku. Smith powrócil wreszcie do nas.


- Uwierzyl nam - rzekl. - Chce tylko zorganizowa nam tutaj kpiel i odwszenie, aby nie bra nas w tym stanie do swej bazy. Nim to nastpi, bdziemy izolowani od jego oddzialu. Mamy jednak zapewnion ywno i opiek. W ogóle powiedzial mi, e nie musimy si o nic martwi.


Wieczorem dostalimy gorcy posilek zakoczony legumin i kompotem. Po raz pierwszy spróbowalem wtedy wojskowej herbaty - gorcej, slodkiej, zaprawionej skondensowanym mlekiem. Po jedzeniu palilimy papierosy. Opatrzono równie nasze starte i pokaleczone nogi. Tej nocy zawinity w koce wojskowe spalem bezpiecznie w namiocie.


Nowo sytuacji, w jakiej znalelimy si, trzymala macie w stanie podniecenia i nie pozwalala myle o tym, jak bliski jestem calkowitego zalamania. niadanie nastpnego dnia pochlonlo calkowicie moj uwag - znowu herbata, nieznany dotd ,,corned beef', australijski ser i maslo z puszek, niewiarygodnie bialy chleb, plasterki konserwowego bekonu i powidla.


Odwszenie przeprowadzone zostala dokladnie. Zdjlimy z siebie wszystko - skóry baranie, fufajki, futrzane kamizelki, czapki, watowane spodnie i uloylimy to w stos pod golym niebem Na wierzch powdrowaly pledy, którymi przykrywalimy si w nocy. Potem ogolono nas do golej skóry i wlosy rzucono midzy ubranie. Gdy wszystko to oblano benzyn i podpalono, rozgorzalo wspaniale ognisko, buchajce czarnym dymem w czyste rozslonecznione powietrze. Wkrótce zostala tylko kupa popioly Kolemenos powiedzial


- Mam nadziej, e te przeklte wszy nie mialy lekkiej mie ci. Do sobie nauywaly moim kosztem.


Obrócilem si do niego, on spojrzal na mnie. Zaczlimy si sobie przyglda, zanoszc si od miechu. Zrozumielimy nagle, widzimy si po raz pierwszy - e naprawd po raz pierwszy widzimy rysy, uklad ust, zarys brody, wyraz twarzy ludzi, którzy przez dwanacie miesicy i przez sze i pól tysica kilometrów prowadzili wspóln, koszmarn walk o ycie. Wydalo nam si t czym nieskoczenie komicznym. Nie zastanawialem si nigdy co mog ukrywa zmierzwione brody na twarzach moich kolegów, oni te chyba nigdy o tym nie myleli. Bylo to tak, jak gdy by na balu kostiumowym wszyscy o pólnocy zdjli nagle maski. - Zaro - powiedzialem - jeste calkiem przystojny.


- Ty te wygldasz nie najgorzej.


Smith, gdy mu przystrzyono siwe wlosy, zupelnie odmlodnial. Równie Kolemenos - mimo ladów przej, które pooraly nasze twarze - wydawal si przystojnym mczyzn.



147 miejc si i artujc, siedzielimy nadzy przy trzaskajcym ogniu. Wyszorowani do czysta, bylimy gotowi, aby wróci do cywilizowane go wiata. Powrót byl tym latwiejszy, e opatrzono nam pokaleczone i poodbijane stopy. Otrzymalimy bial, now bielizn skarpetki, plócienne buty i na dodatek wspaniale australijski kapelusze z lekkiego filcu. Smith ubieral si powoli, niezwykle starannie, ale my trzej pieszylimy si rozentuzjazmowani, jak by to byly jakie szalecze wycigi. Obrzucilimy si wzajemni uwanymi spojrzeniami i musz powiedzie, e widok ten na zadowolil. Zaczlimy artowa na temat olepiajcej bialo naszych kolan.


Wsadzano nas do samochodu i powieziono w kierunku zachodnim. Ogarnla mnie jaka dziwna niefrasobliwo, bylem jak zmczony plywak, który bezwolnie pozwala si nie falom. Dotarlimy do miasteczka zajtego przez wojsko, ale niewiele w nim widzialem, gdy umieszczono nas natychmiast w szpitalu.


Czekal ju tu na nas lekarz wojskowy. W czasie badania zachowywal si z uroczyst powag, tylko oczy zwaly mu si za okularami w szylkretowej oprawie, gdy Smith odpowiadal na jego lakoniczne pytania. Kiwal wtedy w milczeniu lysiejc na czubku glow. Mial okolo czterdziestu lat, ruchy pewne i zrczne. Wspólczucie ukrywal za mask zawodowej rutyny. Powiedzial Smithowi, e stan naszego zdrowia wymaga troskliwej opieki. Nie wolno nam si niczym przejmowa, a rekonwalescencja moe potrwa dlugo.


Trzymali nas w szpitalu przez kilka dni. Doktor karmil nas rozmaitymi miksturami i pigulkami. Odpoczywalimy, przewanie lec. Wyywienie bylo wspaniale, doslownie zasypywali nas wieymi owocami. Caly niewielki personel szpitala zamiewal si z apetytu Kolemenosa. Wolno nam bylo pali ile dusza zapragnie.


Tutaj rozstalimy si na pewien czas ze Smithem. Powiedzial nam, e jedzie na rozmow z wladzami amerykaskimi.


- Was zabior niedlugo do Kalkuty. Tak czy inaczej tam si spotkamy.


Ucisnlimy mu dlo. Jako trudno byto si zdoby na slowa. - Glowa do góry - dodal. - Doktor mówil mi, e bdziemy jeszcze bardzo chorzy, zanim min wszystkie lady naszej wlóczgi. Ale pod dobr opiek w duym szpitalu wrócimy chyba do zdrowia.


Oddalil si od nas jak posta wymykajca si ze snu. - Zobaczymy go w Kalkucie - powiedzial Zaro.


Mogloby si zdawa, e Indie to malutki kraj i Kalkuta jest tu. Ale w takim bylimy ju nastroju. Sily nasze wyczerpaly si do szcztu i roztoczona nad nami opieka przynosila nam ulg. Przestal jednak nagle dziala wewntrzny mus i znikla ta elazna wola, która wiodla nas przez ostatni ciki rok. Nie zdawalimy sobie sprawy z tego, jak bardzo bylimy chorzy.


Slabo przypominam sobie podró do Kalkuty, z wyjtkiem tego, e byto dluga, mczca i ponura. Palilimy przez cal drog.


Dzi rozumiem, jak nienaturalne byla podniecenie, w jakie wpadlimy, jadc autobusem przez pelne ycia, halaliwe ulice Kalkuty. Rozbawieni w sposób na wpól histeryczny, pokazywalimy sobie nawzajem widoki miasta. Zdawalo mi si wówczas, e wracamy do ycia i zdrowia, a byla to przecie tylko pobudliwo wywolana gorczk.


Autobus wtoczyl si przez wielk szpitaln bram. Sanitariusz zabral Kolemenosa, Zar i mnie na wstpne badania lekarskie. Pocztkowo nie moglimy sobie da rady z trudnociami jzykowymi. Mówilimy po polsku, rosyjsku, francusku i niemiecku, ale ani slowa po angielsku. W kocu znalazl si sanitariusz, który rozumial jzyk francuski. Musielimy wymieni wszystkie nasze choroby od dziecistwa. Zaro opowiadal im wic o naszych wietrznych ospach, kokluszach i operacjach. Wszystko to zostalo wcignite do kartoteki. Po badaniach lekarskich zwaono nas, zmierzono, wykpano, ubrano w piamy i




148 zapakowano do lóek w dlugiej szpitalnej sali. Zaro i Kolemenos dostali lóka obok siebie, a ja naprzeciwko nich.


Doskonale przypominam sobie przebudzenie nastpnego dnia i siostr w nieskazitelnie bialym fartuchu, która stola obok mego lóka, podtrzymujc mnie silnym, oliwkowym ramieniem. Pamitam, e usilowala rozweseli mnie artami. Potem dostalem niadanie - wiee jajka i cienkie jak oplatek kromki bialego chleba.


Niebawem zasnlem; zapadlem w bezdenn otchla, w której na miesic rozplynla si wszelka moja wiadomo. O tym, co si w tym czasie dzialo, dowiedzialem si póniej od Smitha.


Dawano mi rodki uspokajajce, dzie i noc siedziala przy mnie pielgniarka. Kolejno Zaro i Kolemenos wpadli w ten sam stan. Krzyczalem po nocach, dostajc ataków szalu. Powtórnie uciekalem od Rosjan, powtórnie wdrowalem przez pustyni i przekraczalem góry. Co dzie zjadalem polow mojej racji chleba, a reszt chowalem potajemnie pod materac lub w poszw poduszki. Codziennie lagodnie odbierano mi te moje skarby. Kto mi co perswadowal, przynosil z kuchni wielkie biale bochenki chleba, tlumaczyli, e nie mam si czego obawia, e zawsze bd mial chleb. Te zapewnienia trafialy w próni. Nadal zbieralem prowiant na nastpny etap wdrówki. Potem bylem ju spokojniejszy, bardzo oslabiony, wyczerpany, podobno znajdowalem si o krok od mierci. Stan Kolemenosa i Zary byl równie powany.


aden z nich jednak, jak mi póniej powiedzialy pielgniarki, nie popisal si tak jak ja drugiej nocy pobytu w szpitalu. Wydobylem z ukrycia moje zapasy chleba, zawinlem materac i pociel i ku ogólnemu zdumieniu ruszylem w stron drzwi. Nikt nie przypuszczal, e mam jeszcze tyle sil. Nim zdylem zebra moje rzeczy, dyurna siostra wezwala doktora.


- Zostawcie go - powiedzial. - Zobaczymy co zrobi.


Przy drzwiach siostra, doktor i dwaj sanitariusze zastpili mi drog. Doktor przemówil do mnie lagodnie, tonem, jakiego pewnie si uywa w stosunku do lunatyków. Nie zatrzymalem si. Wtedy chwycili mnie sanitariusze. Rzucilem mój tobolek i zaczlem z nimi walczy. Trzeba bylo sily ich czworga, by mnie z powrotem poloy do lóka. Nic sobie z tego wszystkiego nie przypominam.


Którego ranka, w cztery tygodnie po przyjciu mnie do szpitala, obudzilem si wypoczty jak po mocnym, zdrowym nie. Nie moglem wprost uwierzy, gdy mi powiedziano, e sen ten trwal miesic.


Smith przyszedl nas odwiedzi. Wygldal czysto i elegancko w swym lekkim, cywilnym ubraniu. Jak si okazalo, przez tydzie byl bliski mierci. Zagldal do mnie ju przed dwoma dniami, ale go nie poznalem. Rozmawial o nas z lekarzami i opowiedzial im szczególowo o naszych przeyciach.


- Teraz ju prdko staniesz na nogi - powiedzial. Wskazal rk na Zar i Kolemenosa, którzy siedzieli w swych lókach, umiechajc si do niego wesolo.


- Oni te s ju zdrowi - dodal.


Jeden z lecych na sali olnierzy dopytywal si o nasze nazwiska. Amerykanin powiedzial mu, ale olnierze mieli trudnoci z wymow obcych dla nich glosek. Kompromis zostal osignity: nazwano nas Zarem, Slavem i Duym.


Wszyscy wiedzieli ju o naszych przygodach. Lekarze i pielgniarki z innych oddzialów szpitala przychodzili nas odwiedza. Angielscy olnierze z naszej sali obsypywali nas wzruszajcymi dowodami serdecznoci. Jeden z nich obszedl caly szpital, zbierajc do kapelusza papierosy, czekolad, pienidze i rozmaite podarki, które potem rozdzielil midzy nas.


Po pewnym czasie znowu zjawil si Smith. Dal mi srebrn papieronic i troch pienidzy.



149 - Co zamierzasz robi, kiedy bdziesz ju zdrowy? - zapytal. Powiedzialem mu, e widz przed sob tylko jedn drog. Jako polski oficer, musz wstpi do polskiej armii.


- Czy jeste pewien, e tego wlanie pragniesz? - nastawal. - To jest mój obowizek - odparlem.


- Musimy si spotka po wojnie. Gdzie si spotkamy, Slav?


- W Warszawie - powiedzialem. I zapisalem mu warszawski adres mojej rodziny.


- Ju teraz si na to ciesz. A wic do widzenia w Warszawie. Przyszedl do mnie angielski oficer z polskim tlumaczem. Nasza rozmowa byla dluga i w pewnej mierze miala charakter ledztwa. Byla to jak gdyby dluga spowied na temat Polski, jej ludnoci i polityki. Chodzilo o stwierdzenie, czy rzeczywicie mówi prawd. Potem raz jeszcze musialem opowiedzie dokladnie o Rosji i o naszej ucieczce.


Tlumacz wrócil nazajutrz. Przyniósl mi w podarku pól tuzina bialych chustek do nosa i hindusk cygarniczk z koci sloniowej. Powiedzial, e Anglicy organizuj ju dla mnie transport. Mam dosta przydzial do polskiej armii walczcej u boku aliantów na Bliskim Wschodzie.


W przeddzie mojego wyjazdu Zaro, Kolemenos i ja urzdzilimy uczt poegnaln w szpitalnej kantynie. Tego ostatniego dnia Smith przyszedl si ze mn poegna i przyniósl mi mal walizk z fibry, abym mial w co zapakowa moje nieliczne rzeczy. Postanowilem, e poegnanie z Zar i Kolemenosem musi by jak najmniej bolesne. Powiedzielimy sobie ,,do widzenia" na sali. olnierze krzyczeli:


- Powodzenia, Slav! Niech ci si dobrze wiedzie! Skierowalem si do drzwi. Smith szedl przede mn, Zaro i Kolemenos deptali mi po pitach. Wolalem, eby zostali w sali, ale uparcie szli za mn. Przy drzwiach obrócilem si do nich i wtedy ogromny Kolemenos podbiegl do mnie i chwycil mnie w objcia. Po nim przyszla kolej na Zar. Lzy olepily nas. Z najwyszym trudem odwrócilem si wreszcie od mych przyjaciól. Teraz towarzyszyl mi ju tylko Smith, glono wycierajc nos w chustk.


Pojechalimy autobusem do Kalkuty, gdzie kazano mu wysi. - Uwaaj na siebie, Slav. I niech Bóg ma ci w swej opiece. Autobus ruszyl w stron obozu zbornego, gdzie mialem oczekiwa transportu na Bliski Wschód. Jeszcze raz obejrzalem si za Smithem i zobaczylem, jak macha mi rk.


Poczulem si nagle pozbawiony przyjaciól, pozbawiony wszystkiego, i tak przeraliwie samotny.




150



two page view?

Advertisement


Share "SĹ‚awomir Rawicz - DĹ‚ugi marsz":

Download for all devices (217 KB)