Create Account - Sign In
Browse - New Book - My Books - Sell - Groups - $19 ISBNs - Upload / Convert - Help - follow us!   



W BURZY PIASKOWEJ

Bosman Nowicki wyszedł przed dom i zaczął rozglądać się po obejściu farmy. Po pewnej chwili spostrzegł Tomka przypatrującego się umieszczonym w klatkach dingo. Szybko podszedł do chłopca i powiedział:

- Słuchaj no, brachu! Nasze całe towarzystwo przygotowuje się do łowów na emu. Niezbyt mi pachnie to polowanie, ponieważ Clark będzie tam grał pierwsze skrzypce. Ciebie też chyba nie zabiorą. Clark ma tylko pięć szkap wytresowanych do tego rodzaju łowów. Przeznaczą je na pewno dla Clarka i jego dwóch pracowników oraz, twego ojca i Smugi. Co będziemy robili wobec tego?

- Możemy spróbować oswoić dingo. Bardzo chciałbym mieć takiego psa - zaproponował

Tomek.

- Cała gra niewarta świeczki - odparł bosman niechętnie. - Słyszałem, jak Bentley mówił, że krajowcy oswajają tylko szczeniaki, które i tak są potem do niczego. Podobno trzeba je krzyżować z domowymi psami, aby mieć pociechę z ich potomstwa.

- Hm, szkoda! Cóż więc będziemy teraz robili?

- A co rzekłbyś, brachu, na to, gdybyśmy tak na własną rękę wybrali się na emu?

- Czy tylko my dwaj? - zapytał Tomek zaintrygowany propozycją.

- Dwóch, a dobrych, bracie, starczy czasem za setkę. Zmajstrujemy sobie lassa kubek w kubek podobne do tych, jakie zrobił Bentley i jeszcze raz spróbujemy szczęścia.

- Jak sporządza się takie lasso?

- Jest to zwykły długi drąg ze sznurową pętlą na końcu, którą zarzuca się emu na szyję. No, co myślisz o tym?

- Świetna myśl! Zrobimy wszystkim nie lada niespodziankę, jeśli szczęście nam dopisze. Zaraz też, nie mówiąc o tym nikomu, zrobili sobie dwa lassa i przygotowali mały zapas żywności. Po wyjeździe wyznaczonej grupy na łowy natychmiast osiodłali swoje konie. Nim słońce zaszło, byli już daleko na stepie.

W doskonałym nastroju jechali niemal całą noc, aby jak najbardziej oddalić się od obozu, gdzie obecnie przebywali ich towarzysze. Tomek nie powiadomił ojca o zamierzonej 147

wyprawie. Uważał to za zbyteczne, przecież przed odjazdem z farmy ojciec polecił go opiece bosmana.

W miarę jak upływał czas na bezskutecznych poszukiwaniach emu, humory obydwóch przyjaciół zaczęły się pogarszać.

- Jakże mocno grzeje słońce - zagadnął Tomek, rozglądając się po stepie. - Nawet kangury nie pokazują się w taki upał.

- Tak, tak brachu! Tylko taka zasuszona mumia jak ten Bentley może zachwycać się

Australią - utyskiwał bosman. - Spękana z gorąca ziemia, pożółkła trawa, a drzewa nie umywają się nawet do naszych krzaków...

- Albo ta zupa z ogona kangura... - dodał Tomek wykrzywiając twarz. - Na pewno pan Bentley nie jadł nigdy bigosu z kapusty.

- Ani chybi zdziczał tutaj - mruknął bosman. - Co też się dzieje z ludźmi w dalekich krajach!

- Strasznie tu nudno! Siodło mnie już parzy z gorąca - narzekał Tomek.

- Zwińmy lepiej żagle i wróćmy do obozu - zaproponował bosman. - Emu mają za wiele oleju w łepetynach, aby włóczyć się po tym suchym jak pieprz stepie.

- To już nie będziemy łowili emu? - zmartwił się Tomek. - Warto by jednak wypróbować

nasze lassa.

- Ha, ostatecznie możemy tu przenocować, ale jeżeli rano nie zobaczymy strusich ogonów, to „para w tył" i wracamy do obozu - po dłuższej chwili oświadczył marynarz. Na nocleg zatrzymali się przy małej kępie akacjowych drzew. Naścinali suchej trawy, aby urządzić sobie miękkie posłania. Zjedli puszkę konserw i kilka sucharów, popijając herbatą, której zabrali po dwie pełne manierki dla każdego. Wierzchowcom wydzielili skąpe porcje wody ze skórzanego wora, po czym przywiązali je na noc do drzewka, wokół którego mogły skubać trawę.

Rankiem następnego dnia zaledwie siedli na konie, bosman Nowicki zawołał wesoło:

- Jestem wielorybem, jeśli to nie szanowne emu paradują przed nami. Spójrz tylko!

- Emu, to naprawdę są emu! - ucieszył się Tomek. - Widzę dwie pary!

- Najmądrzej byłoby pognać je na południe do naszego wąwozu pułapki - powiedział

148

bosman.

- One zupełnie nie zwracają na nas uwagi - stwierdził Tomek obserwując strusie.

- Spróbujmy je okrążyć - zaproponował marynarz. - Nigdy nie można przewidzieć, co zrobi takie głupie ptaszysko.

Pognali konie.

- Słyszałem, że w obliczu niebezpieczeństwa strusie zazwyczaj chowają

głowę w piasek. Może i te tak uczynią. A w jaki sposób wówczas zarzucimy im pętlę na szyję? - kłopotał się Tomek.

- Zapomniałeś braciszku, że tu nie ma piachu - pocieszył go bosman.

- To prawda, ale mogą pochować głowy w trawę, co na jedno wychodzi. Przez jakiś czas jechali galopem. Wysokie około dwóch metrów ptaki wyciągały swe długie szyje i wystawiwszy małe, upierzone na czubku głowy, spoglądały na zbliżających się jeźdźców. Obydwaj łowcy przygotowali lassa. Zaledwie jednak przybliżyli się do strusi na kilkadziesiąt metrów, ptaki z pośpiechem ruszyły na północ.

- Szkoda, że nie zabraliśmy soli! - zawołał bosman.

- Do czego przydałaby się nam sól? - mruknął Tomek pochylając się na szyję pony.

- Moglibyśmy posypać ją emu na ogony! - roześmiał się marynarz. - Popatrz, jak uciekają!

Strusie z wyciągniętymi szyjami biegły w kierunku północnym. Odległość między nimi a łowcami zwiększała się z każdą chwilą.

- Jedźmy jeszcze za nimi, może się w końcu zmęczą - zachęcał Tomek. - Przecież pan Clark mówił, że emu umykają szybko jedynie na początku pościgu.

- Tak, tak, a potem biegną niezgrabnie i ociężale jak kaczki. Wystarczy bat i dobry koń - ironizował bosman. - Nie dogonimy ich na tych szkapach!

- Mamy przecież dużo czasu, warto więc próbować, może uda nam się je doścignąć - prosił Tomek.

Około dwóch godzin pędzili za emu, które oglądając się na łowców, umykały na północ.

- Chyba zawrócimy - odezwał się Tomek zniechęconym głosem. Zmęczony jestem. Robi się coraz goręcej.

149

- Grzeje jak w parówce - przyznał bosman - ale i ptaszyskom musiały już spocić się

grzbiety? Widzisz? Jeden z nich pozostaje nieco w tyle.

- Nareszcie, nareszcie! - triumfował Tomek. - To na pewno samiec. Pan Bentley mówił mi, że samce są mniej wytrzymałe. Jedźmy szybciej!

Uderzył pony piętami po bokach, lecz kuc wstrząsnął tylko gniewnie grzywą. Bosman śmignął arkanem, zmusił swego konia do przyspieszenia biegu. Pony podążył za nim. Udało im się nieco przybliżyć do emu. Ptaki spostrzegły, że prześladowcy są już blisko, w panice znów pognały przed siebie.

- Głupie ptaszyska! Wolą uganiać się po stepie, dopóki Clark nie zatłucze ich batem, niż

dać złapać się przyzwoitym warszawiakom - rozgniewał się bosman. - Skoro jednak my, jadąc na koniach, odczuwamy tak wielkie zmęczenie, to i z nimi nie musi być najlepiej. Emu usiłowały zboczyć na wschód. Jeźdźcy z łatwością zagrodzili im drogę, pobiegły więc dalej na północ.

- Uf, jak gorąco! - sapał Tomek.

- Bo też grzeje coraz lepiej! - dodał bosman.

- Hm, nie jest to zbyt dziwne. Przecież zbliżamy się do równika.

- Co też ty pleciesz, brachu? - zniecierpliwił się bosman. - Ten gorący wiatr wali na nas z zachodu.

- To znaczy, że wieje z wnętrza kontynentu.

- Teraz trafiłeś w sedno rzeczy - pochwalił marynarz. - Żar bucha, jakby z rozpalonego pieca. Nawet koniom się to nie podoba. Już niemal ustają.

- Emu zatrzymały się! - krzyknął Tomek. - Teraz schwytamy je na pewno!

- Coś mi to wszystko kiepsko pachnie - zafrasował się bosman. - Patrz, brachu, powietrze drga z gorąca!

- Tak jakoś dziwnie się zrobiło. Spróbujmy jeszcze zbliżyć się do emu. One nie mogą już

chyba uciekać zbyt długo.

Konie przynaglone ruszyły szybciej, lecz w tej chwili gorący wiatr przybrał na sile. Na zachodnim widnokręgu ukazał się czerwony obłok. Odległość między jeźdźcami i strusiami zmniejszyła się do kilkunastu metrów.

150

- Złapiemy je! - cieszył się Tomek.

Emu, jakby wstąpiły w nie nowe siły, ruszyły nagle w kierunku bliskich już wzgórz. Po kilku minutach pozostawiły zdumionych łowców daleko za sobą.

- Wystrychnęły nas na dudków - powiedział gniewnie bosman. - Nigdy ich nie złapiemy. Czy wiesz, co to wszystko znaczy? Te, niby głupie, ptaszyska uciekają po prostu przed nadciągającą burzą piaskową.

Bosman nie mylił się. Od zachodu nadchodziła gęsta mgła. Olbrzymim półksiężycem szybko zbliżała się do jeźdźców. To gorący wiatr gnał z głębi lądu całe chmury drobniutkiego, czerwonawego pyłu. Zaledwie burza piaskowa dopadła obydwóch niefortunnych łowców, natychmiast pojęli grozę swego położenia. Drobny pył oślepiał

wierzchowce, zasypywał jeźdźcom oczy, wdzierał się do nosów, uszu, przenikał przez ubranie do ciała. Konie zaczęły chrapać z przerażenia i wysiłku. Czerwonawe chmury pyłu zasnuły całe niebo. Mrok spowił step, stało się naraz bardzo duszno. Teraz gwałtowny wicher uderzył w konie i jeźdźców.

- Uciekajmy za emu, jeśli mamy wyjść stąd cało! - krzyknął bosman i pochylając się na szyję konia, uderzył go mocno arkanem.

Było to wszakże niepotrzebne. Konie, jakby zrozumiały ogrom niebezpieczeństwa, rzuciły się pędem w kierunku wzgórz, wśród których zniknęły szybkonogie emu. Bosmana ogarnął straszny niepokój. Na morzu czuł się, jak u siebie w domu. Wiedział, co należy czynić w czasie sztormu, potrafił walczyć z cyklonami i tajfunami, lecz nie orientował się zupełnie, w jaki sposób uchronić siebie i chłopca przed straszliwym pyłem niesionym przez wiatr z Centralnej Australii.

Tymczasem konie z wielkim trudem zbliżały się do wzgórz. Gryzący pył wirował

w powietrzu, zmuszał ludzi i zwierzęta do zamykania powiek, toteż wierzchowce potykały się co chwila na twardej, popękanej z gorąca ziemi. W końcu jednak bieg koni stał się

równiejszy i szybszy. Bosman otworzył oczy. Ku swej radości stwierdził, że znajduje się

już w małym parowie, który osłaniał ich trochę przed natarczywym pyłem niesionym przez wiatr. Zaraz pocieszył swego towarzysza:

- No, brachu, głowa do góry! Chyba przycupniemy tu gdzieś pod skałą i przeczekamy 151

burzę. Że też nie ma z nami twego ojca lub choćby Bentleya. Oni wiedzieliby przynajmniej, jak trzeba zachować się w takiej sytuacji.

- A pan Smuga? - zapytał Tomek drżącym głosem, dotykając dłonią obolałych oczu.

- A co chcesz od pana Smugi? - zniecierpliwił się bosman.

- Chciałem jedynie zapytać, czy pan Smuga również wiedziałby, co należy teraz uczynić.

- Och, ten na pewno zwąchałby od razu, co w trawie piszczy - odparł bosman markotnym tonem.

- A pan nie wiedział?

- Ano, bracie, co tu wiele gadać! Nie wiedziałem! Najlepiej chyba zrobimy, jeśli przeczekamy burzę w tym parowie.

- Oczywiście, że musimy przeczekać tutaj burzę - przytaknął Tomek. - Słyszałem, że na Saharze burze piaskowe zasypują niekiedy całe karawany. Najlepiej byłoby znaleźć

jakąś pieczarę. Mam wszędzie pełno pyłu. Tak gorąco i duszno. To prawdopodobnie tutaj Sturt ginął z pragnienia i upału.

Bosman przerwał wycieranie oczu chusteczką i zapytał z niepokojem:

- Co to był za jegomość ten Sturt?

- To jeden z odkrywców australijskich. Opowiedział mi o nim pan Bentley. Sturt nie mógł

się nawet uczesać, gdyż rogowe grzebienie popękały z gorąca. Na szczęście ja mam blaszany grzebyk!

- A co się stało z tym podróżnikiem?

- Groziła mu ślepota i umarł później wskutek dużego wyczerpania - wyjaśnił Tomek.

- Tfu, do licha! Ładna mi pociecha!

- Szkoda, że nasz sławny podróżnik już nie żyje - ciągnął chłopiec. - Ten na pewno potrafiłby doprowadzić nas bezpiecznie do obozu.

- Kogo znów tam wymyśliłeś?

- Mówię o Pawle Strzeleckim.

- Nie wspominaj teraz wszystkich umarlaków - rozgniewał się trochę przesądny marynarz. - Możesz tym ściągnąć na nas nieszczęście.

- Nie ma obawy, nic się nam nie stanie!

152

- Takiś tego pewny?

- Czy zapomniał pan o tym wróżbicie z Port Saidu? Nie ostrzegał mnie przed burzą

piaskową, więc nic nam się nie stanie. Jestem tylko ciekaw, co miał na myśli mówiąc, że znajdę to, czego inni będą szukali bezskutecznie?

- Trochę sprawdziła się ta wróżba - wtrącił bosman z uśmiechem. - Prorokował ci jednego przyjaciela, a masz już aż trzech.

- To prawda! Widzę, że pan pamięta wróżbę. Według niej, ten przyjaciel miał nigdy nie wypowiedzieć ani słowa. Gdyby pan teraz wskutek burzy piaskowej stracił głos, wróżba sprawdziłaby się całkowicie.

- Sen mara, Bóg wiara, brachu. Pamiętani tylko dobre wróżby, a w złe nie wierzę - odparł

bosman siląc się na wesołość, jakkolwiek zupełnie nie był zachwycony pomysłem swego towarzysza.

Rozmawiając rozglądał się po wąskim parowie w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia. Dojrzał wreszcie głęboką wnękę w stromej ścianie.

- Tutaj zarzucimy kotwicę i przeczekamy burzę piaskową - powiedział, zatrzymując zdrożonego konia.

Szybko rozkulbaczyli wierzchowce i przywiązali je arkanami do rosnących tu krzewów. Po chwili, rozebrani niemal do naga, siedzieli na gorącej ziemi, przytulając się do skały, która chroniła znośnie od gorącego wichru i gryzącego pyłu. Olbrzymi upał oraz zmęczenie gonitwą za emu sprawiły, że Tomek usnął wkrótce z głową opartą na siodle. Teraz przynajmniej poczciwy bosman Nowicki nie musiał ukrywać swego niepokoju. Wytarł starannie chustką obolałe oczy, po czym owinął koszulą własny karabin i broń

Tomka, aby zabezpieczyć je w ten sposób przed wszędzie wdzierającym się czerwonym płynem. Po dokonaniu tego legł na rozgrzanej ziemi. Zaczął rozmyślać o nieprzyjemnej sytuacji, w jakiej znalazł się razem z chłopcem, powierzonym jego opiece. Czas mijał. Chmury pyłu niesione przez gorący wiatr rozsnuwały nad stepem szarość, która powoli przeszła w zupełną ciemność. Ledwo widoczne gwiazdy wydawały się

mdłymi ognikami.

Następny dzień nie przyniósł zmiany. Bosman rozdzielił resztkę wody miedzy spragnione 153

wierzchowce. Uspokoiło je to na pewien czas. Ułożyły się na ziemi przy ścianie parowu, chroniąc głowy przed natarczywym pyłem. Łowców również dręczyło pragnienie. Manierki Tomka były już dawno opróżnione, a bosman miał w swojej zaledwie szklankę

herbaty z rumem. Od czasu do czasu nakłaniał chłopca do wypicia kilku kropel, lecz sam nie zaglądał do niej już od wielu godzin.

Tomek okazał się dobrym towarzyszem w złej przygodzie. Sam rozdzielał resztki prowiantów, nie narzekał na, głód ani pragnienie i nie zgadzał się, aby opiekun odstępował mu własne mikroskopijne racje.

- Zawarliśmy przyjaźń i nie zgodzę się na to, aby pan cierpiał głód oraz pragnienie przeze mnie - mówił z powagą. - Ja nawet mogę jeść mniej niż pan, gdyż jestem o wiele mniejszy.

Znów nastała męcząca, parna noc. Obydwaj przyjaciele długo nie mogli zasnąć. Konie coraz więcej dręczone pragnieniem zachowywały się bardzo niespokojnie. Leżeli więc, rozmyślając, ile to zamieszania musiała spowodować ich niefortunna wycieczka. Obydwaj byli przekonani, że burza piaskowa zmusiła również i Wilmowskiego do przerwania polowania. Do tej pory z pewnością powiadomiono go już o ich nieobecności na farmie. Nie ulegało wątpliwości, że natychmiast zarządził poszukiwania. Przygnębieni smutnymi myślami zapadli w końcu w niespokojną drzemkę.

Kwik koni i tupot kopyt wyrwały ich ze snu. W tej chwili rozległo się przeciągłe skowyczenie. Łowcy natychmiast porwali się z ziemi.

- Dingo! Przeklęte dingo! - krzyknął bosman chwytając za karabin. Zanim zdołali odwinąć

zabezpieczoną przez bosmana broń, w parowie

rozegrała się krótka, gwałtowna walka. Konie przerażone napaścią zgłodniałego dingo wyrwały z ziemi krzewy, do których przywiązano je arkanami. W chwili gdy bosman i Tomek podbiegli do nich, zaczęły uciekać w panice. Naraz silna błyskawica rozdarła czarne sklepienie nieba. Bosman ujrzał długi cień sunący za końmi. Szybko przyłożył

karabin do ramienia i strzelił. Przeciągłe skowyczenie odbiło się echem o skalne ściany.

- Trafiony! Trafiony! - krzyknął Tomek.

Pobiegli w kierunku wyjącego dingo. Bosman natychmiast dobił go następnym strzałem. 154

Udali się zaraz na poszukiwanie koni. Po półgodzinie uciążliwej wędrówki znaleźli się u wylotu parowu na step. Gorący wiatr ze zdwojoną siłą sypnął im w twarze pyłem. Nawet w świetle błyskawic nigdzie nie mogli dostrzec wierzchowców.

- Wracajmy do parowu - odezwał się bosman chrapliwym głosem. Nic tu po nas, szkap i tak teraz nie znajdziemy, a te błyskawice nie pachną niczym dobrym.

W milczeniu powrócili do parowu. Strata koni bardzo przygnębiła bosmana. Około dwóch dni jazdy dzieliło ich od obozu. W jaki sposób zdołają powrócić tam bez koni, pożywienia i wody? Co się stanie z chłopcem? Przecież jego siły zostały nadwątlone ostatnimi przeżyciami. Obydwaj nie wytrzymają pragnienia, nawet gdyby burza piaskowa wkrótce ustała. Zmartwił się więc bosman niezmiernie, nie wiedząc, w jaki sposób mógłby pocieszyć swego młodego towarzysza. Tomek wszakże nie oczekiwał pocieszenia, W czasie, gdy bosman zastanawiał się nad możliwością podtrzymania go na duchu, sam postanowił dodać odwagi swemu opiekunowi. Wkrótce też pierwszy przerwał milczenie mówiąc:

- Mam doskonały pomysł. Zamiast martwić się ucieczką koni, bawmy się

w Strzeleckiego.

- A tobie, co się stało, braciszku? - zaniepokoił się bosman, ponieważ pomyślał, że chłopiec bredzi w gorączce.

- Nic mi się nie stało - odparł Tomek. - Jeżeli zajmiemy się czymkolwiek, to przestaniemy myśleć o naszym położeniu.

- Jak tu o tym nie myśleć! - westchnął bosman.

- Można, można, tylko trzeba chcieć - stanowczo powiedział Tomek. - Bawmy się

w Strzeleckiego!

- Co to ma być za zabawa? - zapytał bosman, aby w tej ciężkiej chwili nie pozbawiać

chłopca przyjemności.

- Ja będę Strzeleckim, a pan dziadkiem pana Bentleya. Jesteśmy teraz w gęstym skrobie, jak to opowiadał pan Bentley. Zabiliśmy konie, aby nie męczyły się z powodu pragnienia.

155

- Dobra, mój panie Strzelecki. Szkapy już zarżnięte i co dalej?

- Przeczekamy burzę, a potem ruszymy na południe do Port Phillip. Obóz będzie naszym Port Phillip.

- A czy dojdziemy tam bez wody i na głodnego? - smutno zapytał bosman.

- Bardzo dobrze, że nie mamy wody. Musimy męczyć się z pragnienia i głodu. Inaczej cała zabawa na nic. Wyrzucę nawet zaraz ostatnią, małą puszkę konserw, żebyśmy nie mieli żadnej pokusy. Jak głód, to głód!

- Nie tak ostro, brachu! - energicznie zaoponował bosman. - Bawmy się, ale bez tego wyrzucania puszki!

- Ostatecznie niech puszka zostanie. Teraz kładźmy się spać. Może prędzej doczekamy się końca burzy piaskowej - zaproponował Tomek.

- Dobra nasza! Kto śpi, ten nie myśli i sił nabiera - pochwalił bosman, uradowany dobrym samopoczuciem chłopca.

Ułożyli głowy na siodłach. Przymknęli obolałe oczy. Marynarz cieszył się, że jego młody przyjaciel nie zdaje sobie sprawy z grozy położenia, a tymczasem Tomek, kryjąc twarz przed przyjacielem, w milczeniu połykał łzy. Bał się okropnej śmierci z pragnienia i głodu. Rozmyślał ze smutkiem o ojcu, który na pewno wyruszył już na poszukiwania mimo burzy piaskowej.

„Gdy tylko ustanie ten gorący wiatr, pieszo pójdziemy do obozu - postanowił w myśli. - Och, żeby tutaj znajdował się ojciec lub pan Smuga!"

W końcu zmęczenie wzięło w nim górę nad smutnymi myślami. Sen skleił mu powieki, ale nawet wtedy nie zaznał spokoju. Przyśniła mu się straszna burza na morzu. Oślepiające błyskawice rozdzierały niebo, biły pioruny... „Aligator" znikał co chwila pod olbrzymimi falami przelewającymi się przez pokład. Tomek stał na pomoście. Wydawał

rozkazy przerażonej załodze. W pewnej chwili potężna fala przewaliła się przez pokład i pogrążyła go w odmętach morskich. Chciał wołać o ratunek, lecz woda zalewała mu usta...

Zbudziło go silne szarpnięcie za ramię. Straszny sen pierzchnął natychmiast. Szum fal nie ustawał. Nawet siodło zastępujące poduszkę było mokre, a po twarzy Tomka 156

spływała woda.

„Boże, oszalałem z pragnienia!" pomyślał przerażony.

Naraz usłyszał podniesiony głos bosmana:

- Wstawaj, brachu! To przeklęty kraj! Dopiero co języki zasychały z pragnienia, a teraz grozi nam utonięcie. Jesteśmy w korycie jakiejś wyschniętej rzeki. Wiejmy stąd, jeśli nie chcemy utopić się jak szczury!

Tomek otrząsnął się z resztek snu. Więc to woda szumiała naprawdę! Mają nawet całą

rzekę wody. Nie było czasu na zbędne słowa; bosman wcisnął mu w ręce sztucer i swój karabin.

- Zabieraj pukawki! Ja wezmę siodła! - krzyknął. - Wiejmy stąd czym prędzej! Słyszysz, jak woda wali parowem?

Tomek porwał swe ubranie. Natychmiast ruszył za obładowanym siodłami bosmanem. Woda chlupotała pod ich stopami. Strumienie deszczu przyjemnie oblewały rozpalone ciała. Niebezpieczeństwo powiększało się z każdą chwilą, ponieważ stan wody wzrastał

z zastraszającą szybkością.

- A niech to...! - zaklął bosman przekrzykując szum wody. - Nie zdążymy wydostać się z parowu!

- Spróbujmy może wspiąć się na wzgórze - doradził Tomek.

Ściany parowu były bardzo strome, a ciemność nie pozwalała na wyszukanie odpowiedniego miejsca. Woda sięgała już Tomkowi do pasa. W końcu bosman znalazł

łagodniejszy stok. Najpierw pomógł Tomkowi wspiąć się na bezpieczne miejsce, a potem pomyślał o sobie. Teraz rzucił siodła na ziemię. Usiadłszy przy Tomku, zapytał:

- No i co, panie Strzelecki? Rozsychaliśmy się bez wody, jak stare beczki, a teraz omal nie utonęliśmy w rzece.

- To prawda, w Australii nie można nawet bawić się bez przeszkód. Wszystko dzieje się

na odwrót. Kto to mówił, że tutaj nie ma wody pod dostatkiem? - mruknął Tomek. - Dziwny to kraj... Na wszelki wypadek niech pan lepiej nie nazywa mnie więcej imieniem zmarłego podróżnika.

Przesądny bosman umilkł natychmiast. Grozę położenia pogłębiały błyskawice 157

rozdzierające czarne chmury. Głuche grzmoty przetaczały się po stepie. Deszcz lat bez przerwy strumieniami. Gorący północno-zachodni wiatr zmagał się z nawałnicą

nadciągającą z południa.

Niefortunni łowcy byli początkowo uradowani ulewą. Strugi deszczu przynosiły ochłodę, pozwalały ugasić pragnienie. Wkrótce jednak bryzgający potokami wody, silny wiatr stawał się trudny do wytrzymania. Należało poszukać odpowiedniejszego schronienia. Po omacku ruszyli przed siebie, ślizgali się po nagle rozmiękłej ziemi, przewracali, aż w końcu przycupnęli za dużym głazem, który chociaż trochę osłaniał od bezpośrednich uderzeń nawałnicy. Burza z błyskawicami i grzmotami trwała aż do rana. Tuż przed wschodem słońca zapanowała chwila ciszy. Tomek i bosman z uczuciem ulgi powitali olbrzymie, palące słońce, które wyłoniło się zza horyzontu.

158

IDŹCIE STĄD PRECZ NATYCHMIAST

Po pełnej niespodzianek nocy nastał gorący, słoneczny dzień. Obydwaj wyczerpani z sił

łowcy odbyli walną naradę. Przede wszystkim postanowili zaniechać wszelkich poszukiwań zbiegłych wierzchowców. Nie mogli przecież przewidzieć, co się z nimi stało. Może pożarły je na stepie żarłoczne dzikie dingo, a może też konie same powróciły do obozu? W ostatnim przypadku mogliby spodziewać się pomocy od przyjaciół, którzy na pewno natychmiast rozpoczęliby poszukiwania zaginionych towarzyszy.

- Tak czy inaczej, na razie musimy liczyć tylko na siebie - mówił bosman. - Najlepiej zjedzmy teraz tę ostatnią puszkę konserw, a potem, przed wyruszeniem w drogę, kimnijmy się nieco, by mieć siły do dalszego marszu.

- Myślę, że musimy tak uczynić, jak pan mówi - zgodził się Tomek. - Rozłóżmy ubrania na słońcu, aby wyschły podczas naszego odpoczynku. Strasznie jestem śpiący i zmęczony...

Ułożyli się do snu w cieniu skalnego załomu. Zbudzili się jeszcze przed południem. Chociaż słońce prażyło niemiłosiernie, zaraz przygotowali się do drogi. Bosman związał

obydwa siodła arkanem i zarzucił je sobie na plecy, Tomek natomiast podjął się nieść

broń. Tak obładowani wyszli z parowu na step. Bez chwili wahania udali się wzdłuż

łańcucha pagórków na południe.

Wędrowali kilka godzin niemal nie odpoczywając. Nie napotkali śladu swych koni ani też

jakichkolwiek dzikich zwierząt. Jak okiem sięgnąć, leżał przed nimi pożółkły step, a na niebie przesuwało się coraz bardziej ku zachodowi palące słońce. Zgłodniali Tomek i bosman odczuwali zmęczenie. Z trudem powłóczyli nogami, potykali się o kępy trawy bądź zapadali w wykroty, aż w końcu bosman rzucił siodła na ziemię i przysiadłszy na nich wysapał:

- Musimy odpocząć! Spociłem się drałując w tym upale.

- Chyba nie zaczęli jeszcze nas szukać - markotnie powiedział Tomek, siadając obok niego. - Nogi mam pokaleczone przez ostrą trawę, a tu nic nie widać tylko step i step.

- Kiszki marsza grają z głodu, to i sił nie ma - odparł bosman - Poza tym kochane 159

słoneczko znów bawi się w parówkę.

- Czy daleko jeszcze musimy wędrować?

- Według mojej kalkulacji, około półtora dnia marszu dzieli nas obecnie od obozu. Na głodnego jednak nie dojdziemy tak szybko.

- Gdzie też mogą znajdować się nasze konie? .

- Kto je tam wie! Ulewa zmyła wszelkie ślady. Cóż nam pomoże biadolenie?

Odpoczniemy do zachodu słońca, a na noc ruszymy w dalszą drogę. Krzyż Południa będzie naszym drogowskazem.

- Jak to dobrze, że pan zna astronomię - pocieszył się Tomek. - Przynajmniej nie grozi nam zabłąkanie. Sam nie mógłbym odnaleźć drogi do obozu.

Bosman zaczął wyjaśniać mu zasady ustalania w nocy kierunku na podstawie obserwacji gwiazd oraz słońca w czasie dnia. Dopiero przed zmrokiem wyruszyli w drogę. Poczciwy bosman z ciężkim westchnieniem zarzucił siodła na plecy. Z niepokojeni obserwował zmęczenie malujące się na twarzy chłopca. Wiele kilometrów dzieliło ich jeszcze od obozu. Czy zdołają przebyć tę drogę, zanim Tomek zupełnie opadnie z sił?

Znów szli na południe wzdłuż skalistego pasma wzgórz. Od czasu do czasu bosman wspinał się na wyższe wzniesienia w nadziei, że ujrzy blask ognia płonącego w jakimś

obozowisku krajowców. Były to wszakże próżne wysiłki. Ciemność nocy rozjaśniały jedynie gwiazdy błyszczące na niebie. Dwukrotnie rozlegały się w pobliżu wycia dingo, lecz teraz bosman i Tomek witali je z uczuciem ulgi. Świadomość, że na tym pustkowiu znajdują się jakieś żywe istoty dodawała im odwagi.

- Jeśli dingo nie zdychają tu z głodu, to i my na pewno znajdziemy coś do jedzenia - mówił bosman. - Trzeba tylko będzie za dnia wspiąć się na jakiś wyższy pagórek i rozejrzeć po tych wertepach. Może uda się nam upolować kangura? Nawet łykowata, jak postronek, pieczeń jest lepsza niż nic.

- Taka pieczeń jest bardzo dobra, gdyż... nie można jej zjeść od razu - dodał Tomek. Tocząc podobne rozmowy, wędrowali przez całą noc. Rankiem bosman stwierdził, że Tomek jest już u kresu sił. Był najwyższy czas, aby zdobyć pożywienie. Zaraz też zaczął

rozglądać się w poszukiwaniu najdogodniejszego punktu obserwacyjnego. Wkrótce 160

spostrzegł dość wysoki pagórek. Natychmiast ruszyli ku niemu. Zaledwie znaleźli się na szczycie, Tomek wydał okrzyk radości.

- Jesteśmy uratowani! Oto wioska krajowców! - zawołał.

- Ano, dobiliśmy jakoś do portu - ucieszył się bosman. - Na pewno najemy się tu i wypoczniemy. Rozwińmy teraz żagle na całego.

Nadzieja na szybkie zaspokojenie głodu dodawała im sił. Raźnym krokiem schodzili z pagórka do małej kotlinki, w której znajdowało się kilkanaście szałasów. Wewnątrz koliska utworzonego przez nie tliło się ognisko. Byli już w pobliżu obozowiska, gdy naraz Tomek zatrzymał się mówiąc:

- Omal nie zrobiliśmy głupstwa!

- A to niby dlaczego? - zdziwił się bosman.

- Zaraz panu wszystko wyjaśnię. Nie wolno nam wejść bezpośrednio do obozu Australijczyków, jeżeli nie chcemy ich obrazić.

- Więc co mamy zrobić? - zapytał bosman, spoglądając na Tomka.

- Wiedziałby pan, gdyby pan był z nami z wizytą u plemienia „człowieka-kangura". Pan Bentley wyjaśniał wtedy zwyczaje tubylców. Otóż należy zatrzymać się przed obozem i oczekiwać zaproszenia.

- Słuchaj brachu, czy jesteś tego pewny?

- Tak, tak! Pamiętam wszystko dokładnie.

- Czy Bentley robił to samo? - upewniał się bosman, znając bowiem wesołe usposobienie Tomka, podejrzewał, że nawet teraz chce mu spłatać figla.

- Oczywiście! Powiedział wówczas, że nie wolno łamać zwyczajów krajowców, jeśli chce się zyskać ich przyjaźń.

To ostatecznie przekonało bosmana. Przypomniał sobie, że to Tomek przecież przełamał

nieufność krajowców, którzy z początku odmówili swego udziału w polowaniu na kangury. Ponieważ sam nie miał zdolności dyplomatycznych, postanowił powierzyć Tomkowi załatwienie formalności.

- Gadaj z nimi, brachu, a ja będę miał na nich. oko, żeby nam jakiego kawału nie urządzili

- zadecydował.

161

- Dobrze, ale co mam im powiedzieć?

- Mów, że konie nam uciekły. Poproś o jedzenie i powiedz, że chcemy odpocząć

w obozie.

- Tutaj usiądziemy i zaczekamy, aż ktoś do nas wyjdzie - zaproponował Tomek, siadając na ziemi w nieznacznej odległości od obozu.

Upłynęło kilka minut. Bosman Nowicki położył niedbale karabin na kolanach. Z ukosa spojrzał w kierunku szałasów. Przekonał się zaraz, że wiele par oczu uporczywie wpatruje się w nich. Wkrótce z obozu wyszła kobieta niosąca płonącą gałąź. Rzuciła ją

w pobliżu łowców i powróciła do swoich.

- Co to ma znaczyć, brachu? - zapytał bosman.

- Nie wiem, pan Bentley nic nie mówił o płonących gałęziach.

- Hm! Może to znak, żebyśmy rozpalili ogień? - zastanowił się marynarz. - Spróbujmy!

Weź tę australijską zapałkę, a ja zbiorę trochę chrustu.

Nie wypuszczając z rąk karabinu ułamał parę gałęzi. Po chwili siedzieli przy płonącym ognisku. Teraz kobieta ofiarowała im blaszaną bańkę z wodą, którą postawiła w połowie drogi między obozowiskiem a łowcami. Tomek przyniósł ją natychmiast. Bosman ulokował bańkę przed sobą mówiąc:

- Ha, ogień i wodę już mamy. Ciekaw jestem, czym oni nas poczęstują? Kobieta ponownie wyszła z kręgu szałasów. Tym razem dała podróżnikom na dużym liściu dwa okrągłe przedmioty. Były to wielkie jaja, na obu końcach prawie jednakowo zaokrąglone, o szorstkiej, ziarnistej, białawożółtej skorupie.

- Mógłbym założyć się o butelkę rumu, że są to jaja strusia emu - domyślił się bosman. - Bentley mówił, że nadają się do jedzenia. Chyba ugotujemy je na twardo?

- Tak, możemy ugotować je w bańce - przytaknął Tomek.

Bosman odlał część wody do manierek. Potem włożył jaja do bańki i umieścił ją na kamieniu położonym w ognisku. Tymczasem kobieta znów przyniosła dwa liście, a na nich, jak na talerzach, leżały paski suszonego kangurzego mięsa oraz jadalne korzenie roślin.

Obydwaj przyjaciele podzielili się jednym jajem emu, zjedli trochę suszonego, twardego 162

mięsa, na deser zaś zabrali się do żucia korzonków. Kiedy zaspokoili głód, zbliżył się do nich stary Australijczyk. Tomek rozpoczął rozmowę, lecz porozumieć się z krajowcem było nadzwyczaj trudno. Znał on bardzo mało słów angielskich, z tego powodu rozmowa, uzupełniana gestami trwała długo, zanim błysk zrozumienia pojawił się w jego oczach. Z zaciekawieniem obejrzał zdjęcie zabitego tygrysa i Tomka na słoniu, z uwagą

przysłuchiwał się opowiadaniu o ucieczce koni w czasie burzy. Na zakończenie rozmowy Tomek poprosił o zapas żywności oraz o pozwolenie na odpoczynek w obozie. Krajowiec odszedł do grupki mężczyzn uzbrojonych w dzidy, bumerangi oraz grube maczugi. Wrzaskliwym głosem powtórzył im słowa Tomka, po czym zapanowała głęboka cisza. Po dłuższej chwili starzec powrócił do łowców. Zatrzymał się przed nimi i rzekł:

- Biali są źli ludzie. Nawet konie wolały iść z dingo niż z wami i uciekły. My również nie chcemy was tutaj widzieć. Idźcie stąd precz, natychmiast!

To powiedziawszy wycofał się zaraz do obozu.

- I co teraz zrobimy? - zafrasował się Tomek. - On na pewno mnie nie zrozumiał.

- Zrozumiał, czy nie zrozumiał, to jedno licho - odparł bosman. - Nie spodobaliśmy się im, więc nie chcą się z nami zadawać.

- Zupełnie niepotrzebnie wygadałem się o ucieczce naszych koni - powiedział Tomek rozżalonym głosem. - Przecież gdyby nie napad dingo, konie nie uciekłyby od nas. Widocznie źle poprowadziłem rozmowę.

- Nie przejmuj się, brachu! I tak nic na to nie poradzisz. Oni po prostu nie lubią białych, ludzi.

- Co teraz zrobimy?

Bosman nieznacznie spojrzał w kierunku obozowiska krajowców. Kilkunastu krajowców z bronią w rękach przyglądało się im wyczekująco. Złowróżbne milczenie było bardzo wymowne.

- Co zrobimy? - powtórzył bosman. - Zwijamy manatki i ruszamy w dalszą drogę. „Gdzie cię nie proszą, tam kijem wynoszą". Zerknij tylko, jak oni nam się przyglądają. Ale to nie są źli ludzie. Nakarmili nas, a dopiero potem kazali odejść. Pakuj resztkę śniadania do torby, ja natomiast wygaszę ogień. Im szybciej wyniesiemy się stąd, tym lepiej!

163

Bosman, nie odkładając karabinu, starannie zadeptał ognisko, po czym zaczął

przeszukiwać swe kieszenie. W końcu wydobył składany scyzoryk. Trzymając go przed sobą kilkakrotnie otwierał i zamykał ostrza. Ruchy jego były powolne i wykonywane w ten sposób, aby widziano je dokładnie w obozie.

- Co pan wyrabia? - zapytał Tomek zdziwiony jego zachowaniem.

- Trzeba im zostawić coś na pamiątkę - wyjaśnił bosman, - Niech przynajmniej wiedzą, jak się z tym obchodzić.

Bosman owinął scyzoryk w liść i włożył go do stojącego na ziemi blaszanego kociołka. Bez dalszej zwłoki zarzucił na plecy siodła i wraz z Tomkiem oddalił się od obozu. Wkrótce znaleźli się na stepie.

Po zaspokojeniu głodu wędrówka stała się trochę mniej uciążliwa. Na skutek nocnej ulewy ziemia rozmiękła, spalona przez słońce trawa niemal w oczach nabierała żywej, zielonej barwy. Bosman Nowicki zatrzymywał się co pewien czas. Uważnym wzrokiem spoglądał na przebytą już drogę. Wydawało mu się, że w pewnej odległości dostrzega kilka czarnych postaci postępujących za nimi. Przyśpieszył więc kroku, z niepokojem rozmyślając o nadchodzącej nocy.

W godzinach popołudniowych zarządził krótki wypoczynek na małym pagórku, skąd wygodniej było rozejrzeć się po okolicy. Bosman miał doskonały wzrok. Toteż szybko wypatrzył wśród wysokiej trawy kilka przyczajonych postaci. Nie chcąc niepokoić

chłopca, nie powiedział mu do tej pory o śledzących ich krajowcach. Teraz doszedł do wniosku, że należy przygotować Tomka na ewentualne niebezpieczeństwo.

- Słuchaj brachu, licho wie, co to ma znaczyć, ale wydaje mi się, że kilku krajowców podąża za nami - powiedział.

- Czy jest pan tego pewny? - zaniepokoił się Tomek.

- Jak tego, że ciebie widzę. Specjalnie przystanąłem na tym pagórku, aby dokładnie rozglądnąć się po stepie.

- Co zrobimy, jeśli napadną na nas?

- W dzień nic nam nie grozi. Mamy karabiny, więc damy sobie radę. Gorzej natomiast będzie w nocy. Trzeba pokombinować, co należy zrobić.

164

Tomek poczuł dreszcz przebiegający po plecach. Przyszły mu na myśl opowiadania Bentleya o napadach urządzanych przez krajowców na wyprawę Sturta i pracowników służby telegrafu. Przypomniał je też zaraz bosmanowi.

- Stare to bajki, brachu - odparł marynarz z pozornym spokojem. - Nic im złego nie zrobiliśmy, więc nie mogą mieć do nas żalu.

- Wobec tego, dlaczego niepokoją pana? - zapytał Tomek.

Bosman zapalił fajkę, by zyskać na czasie. Wcale nie był pewny, czy krajowcy ich nie napadną. Obawiał się takiej chwili ze względu na Tomka. Chłopiec spoglądał na niego zaniepokojonym wzrokiem.

- Hm, braciszku! Lepiej mieć zawsze oczy otwarte na wszystko - mruknął wreszcie.

- Ja również tak uważam, lecz nie mogę zrozumieć, o co panu chodzi? Najpierw mówi pan, że krajowcy postępują za nami i należy zastanowić się, co mamy zrobić w nocy, potem znów twierdzi pan, iż nie napadną na nas.

- Widzisz brachu, bo też i nie wiem, czego oni chcą od nas? Może idą tylko z ciekawości?.

- Mam doskonały pomysł! - zawołał Tomek z ożywieniem.

- Cóżeś wymyślił?

- Niech pan strzeli z karabinu na postrach.

- Dobra rada złota warta - pochwalił bosman.

Niewiele myśląc, przyłożył karabin do ramienia i strzelił. Czarne postacie błyskawicznie skryły się w trawie.

- Strzelajmy razem - zaproponował Tomek.

Zaledwie huk rozbrzmiał szeroko po stepie w dali, jak echo, odezwały się odgłosy palby.

- Panie bosmanie, czy słyszy pan? Może to nasi dają znaki? Biegnijmy w tamtym kierunku! - zawołał Tomek.

- Czekaj brachu, zaraz się przekonamy - szybko odparł bosman. - Strzelmy obydwaj jeszcze raz!

W dali znów odpowiedział im huk strzałów.

- To nasi! To nasi! - krzyknął uradowany Tomek.

165

- Koło ratunkowe za burtą! Głowy do góry! Dalej w drogę! Ruszajmy im naprzeciw!

- Będziemy strzelali co pewien czas, aby wskazać naszym właściwy kierunek! - dodał

Tomek.

Zapomnieli o zmęczeniu. Raźnym krokiem ruszyli na południe. Od czasu do czasu odzywały się ich karabiny, którym odpowiadały coraz bliższe wystrzały. Niebawem ujrzeli galopujących jeźdźców. Pierwszy z nich znacznie wyprzedził całą grupę i gnał jak wicher.

- Cóż to za wspaniały jeździec pędzi tak do nas? - zdumiał się Tomek.

- A któż by to mógł być, jak nie twój ojciec albo Smuga? - odparł bosman. Był to Smuga. Ostro osadził okrytego pianą konia, zeskakując na ziemię zawołał:

- Dokąd to panowie się wybrali?

Bosman rzucił siodła na ziemię, usiadł na nich i nie odzywając się ni. słowem, zaczął

nabijać fajkę tytoniem. Tomek widząc jego zmieszanie odpowiedział:

- Chcieliśmy urządzić samodzielne małe polowanie na emu.

- Och, teraz wszystko rozumiem - zaczął Smuga wesoło. - W tym zapewne celu zastosowaliście stary łowiecki fortel Indian północnoamerykańskich.

- O jakim to fortelu pan mówi? - zapytał Tomek niepewnie.

- Indianie podchodzą bizony ubrani w skóry zwierząt, aby uśpić ich czujność. Wy, jak widzę, postanowiliście tropić emu, udając konie. Prawdopodobnie z tego względu pan bosman Nowicki nosi siodła na plecach. No, jak udały się łowy?

- Burza przeszkodziła nam w schwytaniu czterech emu - markotnie odpowiedział Tomek.

- Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym indiańskim fortelu! Bosman niósł siodła, ponieważ

dingo spłoszyły nasze konie. Pan Nowicki zaraz zabił jednego.

- Kogo zabił, konia? - zdziwił się Smuga.

- Nie konia, tylko dzikiego dingo, który biegł za końmi - wyjaśnił Tomek. - Potem zaczął

lać ogromny deszcz i omal nie utopiliśmy się w parowie.

W tej chwili nadjechała reszta towarzyszy Smugi. Byli to marynarze z „Aligatora". Radosnymi okrzykami przywitali Tomka i bosmana. Gdy zsiedli z koni. Smuga zapytał

chłopca:

- No i co było dalej?

166

- Szliśmy przez step, bardzo głodni i zmęczeni. Napotkaliśmy obozowisko krajowców, którzy dali nam trochę jedzenia, nie zgodzili się jednak, abyśmy u nich odpoczęli. Później tropili nas. Obawialiśmy się ich i zaczęliśmy strzelać na postrach. Wtedy usłyszeliśmy wasze strzały.

- Spisaliście się pięknie, nie ma co - zganił Smuga. - Przejrzyjcie się w lusterku! Wygląd wasz na pewno zdziwił krajowców, szli więc za wami prawdopodobnie powodowani ciekawością.

Obydwaj niefortunni łowcy przejrzeli się w podanym przez Smugę lusterku. Wybuchnęli śmiechem. Umazani byli zaschłym błotem, a twarz bosmana ponadto pokrywał

trzydniowy zarost.

- Gdzie jest Wilmowski? - zagadnął bosman niezbyt pewnym tonem.

- Wilmowski i Bentley przetrząsają wschodnią połać stepu w poszukiwaniu was - uspokoił

go Smuga i zaraz polecił jednemu z marynarzy wystrzelić kilka dymnych rakiet. Niebawem w dali ukazała się ciemna smużka dymu.

- Spostrzegli nasz sygnał! - odrzekł Smuga. - Możemy wracać do obozu. Nasi towarzysze przybędą tam za nami.

Bosman i Tomek dosiedli koni, które zabrano w rezerwie. Ruszyli natychmiast w drogę.

- Skąd wiedzieliście, że postradaliśmy konie? - zapytał Tomek, podjeżdżając do Smugi. .

- Dzisiejszej nocy wasze wierzchowce powróciły bardzo zmęczone do obozu. Rozpoznaliśmy twego pony. Natychmiast posłaliśmy gońca do Watsunga, aby sprawdzić, co oznacza wałęsanie się kuca po stepie. Wówczas dopiero dowiedzieliśmy się, że cztery dni temu wyruszyliście na polowanie. Watsung nie niepokoił się o was, gdyż był

przekonany, że przebywacie z nami. Obawialiśmy się, czy przypadkiem nie spotkała was jakaś przygoda podczas burzy piaskowej, która nas zmusiła do przerwania łowów. Podzieliliśmy się na dwie grupy i rozpoczęliśmy poszukiwania.

- Czy ojciec jest bardzo zagniewany na mnie? - dopytywał się Tomek niespokojnym głosem.

- Nie, przecież wiedzieliśmy, że jesteś razem z bosmanem Nowickim. Po prostu obawialiśmy się, czy przypadkiem nie spotkało was coś złego. Australijskie burze 167

piaskowe powodują wiele szkód i nieraz stwarzają niebezpieczne sytuacje. Na szczęście gorący wiatr, który niósł z wnętrza kontynentu chmury pyłu, natrafił na prądy powietrzne napływające z południa. Spowodowało to gwałtowną ulewę i burzę.

- Dzięki niej przepłukiwaliśmy nasze gardła, które były suche jak wióry - wtrącił bosman. - Tak, tak, niech mi nikt nie gada, że tutaj brak urozmaicenia oraz różnych niespodzianek.

- Mieliście dużo szczęścia - dodał Smuga. - Burza piaskowa trwa niekiedy kilka dni i dość

rzadko kończy się w taki sposób, jak ta ostatnia.

168

POLOWANIE W POBLIŻU FARMY ALLANA

Konie szły raźno po stepie. Obydwaj niefortunni łowcy emu skwapliwie korzystali w czasie jazdy z zapasów zabranych z obozu przez ich towarzyszy. W miarę jak zaspokajali pierwszy głód, nabierali lepszego humoru. Wiedzieli już przecież od Smugi, że Wilmowski nie miał im za złe samodzielnej wyprawy. Wesoło pokpiwali z siebie, wspominając niepokój, który ogarnął ich na widok podążających za nimi krajowców.

- Ho, ho, pan bosman ledwo już powłóczył nogami, ale gdy tylko spostrzegł tropiących nas krajowców, to maszerował tak szybko, że nie mogłem za nim nadążyć - dogadywał

Tomek marynarzowi.

- Dobrze pamiętasz! Tak było naprawdę, obawiałem się, żebyś przypadkiem nie popsuł

panu Clarkowi interesu - mruknął bosman, zerkając na chłopca.

- Co też pan opowiada? Teraz próbuje się pan wykręcić sianem - oburzył się Tomek, nie podejrzewając podstępu.

- Niech się zmienię w wieloryba, jeśli kłamię! Przypomniałem sobie historię pięciu królików przywiezionych przez pierwszych osadników do Australii.

- A co króliki mają wspólnego z tym wszystkim?

- Właśnie, że mają! Bo wbrew intencjom kolonistów tak się rozmnożyły, iż zaczęły wyjadać trawę konieczną dla hodowli owiec. Jakbyś teraz ty, brachu, ze strachu zgubił na stepie trochę „cykorii", to znów mogłoby się stać nowe nieszczęście. Czy wyobrażasz sobie, co by nastąpiło, gdyby twoja cykoria rozpleniła się tutaj i wyparła, trawę? Przecież

owce pozdychałyby z głodu...

- Jak pan może tak mówić? - oburzył się Tomek. - A kogo to musiałem pocieszać tam w parowie podczas burzy piaskowej?

- A to wykrętne chłopaczysko! - śmiał się bosman. - No, pal cię licho! Kręcisz językiem jak kołowrotkiem. Ale my tu gadu gadu, a nie zapytaliśmy nawet, jak też udały się naszym kumplom łowy na emu?

- Uwaga panowie! Nasi przyjaciele zabierają się obecnie do nas - zawołał Smuga. - Jeżeli jesteście bardzo ciekawi wyników naszego polowania, to mogę was pocieszyć, że i 169

nam z początku szczęście nie dopisywało. Mieliśmy za mało wierzchowców nadających się do pościgu za emu. Większość jeźdźców mogła uczestniczyć jedynie w nagonce. Czarownicy australijscy robili, co mogli, aby nam pomóc. Pamiętacie chyba ich tańce przed łowami na kangury, którymi pragnęli zapewnić sobie przychylność duchów? Otóż

podczas polowania na emu najstarszy czarownik codziennie przed wschodem słońca rysował na piasku australijskiego strusia. Dopiero trzeciego dnia pierwszy błysk słońca musnął wcale udany rysunek, co miało oznaczać, że duch łaskawie sprzyjał naszym zamierzeniom. Krajowcy zaledwie to usłyszeli, zaraz wpadli w doskonały nastrój. Z

wielką werwą zabrali się do łowów, wskutek czego jeszcze tego samego dnia schwytaliśmy jedną parę ptaków. W pościgu za nimi znacznie oddaliliśmy się na północ. Załadowywaliśmy już emu na wóz, gdy Tony uprzedził nas o nadciągającej burzy piaskowej. Natychmiast ruszyliśmy w powrotną drogę, lecz mimo to nawałnica przychwyciła nas w stepie. Jechaliśmy wzdłuż skalistego pasma wzgórz, które osłaniało trochę przed uderzeniami gorącego wichru. Wtedy właśnie, zupełnie nieoczekiwanie, z bocznego wąwozu wybiegły prosto na nas cztery strusie. Musiały uciekać z daleka, ponieważ osaczyliśmy je bez większych trudności. W ten sposób zakończyliśmy łowy schwytaniem sześciu emu. Obecnie znajdują się one w naszym obozie.

- Założyłbym się o butelczynę rumu, że były to te strusie, które skryły się przed nami w pagórkach imitujących góry - wtrącił bosman.

- A to wspaniały zbieg okoliczności - przytaknął Tomek. - W ten sposób mimo woli przyczyniliśmy się do pomyślnego zakończenia polowania.

- Jak z tego wynika, nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre - sentencjonalnie dodał bosman.

- Może i tak było. Według wszelkiego prawdopodobieństwa znajdowaliśmy się w pobliżu wąwozu, który posłużył wam za schronienie przed burzą piaskową - potwierdził Smuga.

- Wszystko dobre, co się dobrze kończy - rezonował bosman. - Pognajmy szkapy, wkrótce będzie wieczór.

Po zapadnięciu zmierzchu wierzchowce zwolniły tempo biegu. Szły teraz stępa. Tomek, kołysząc się w siodle, był coraz bardziej senny. Zaczął pochylać się w kierunku szyi 170

konia, jakby bił pokłony przed wschodzącym księżycem.

Do obozu dotarli późną nocą. Tomek, pokrzepiony drzemką w czasie jazdy na koniu, postanowił nie kłaść się spać przed powrotem ojca. Nie musiał długo czekać. W niecałą

godzinę później wrócił do obozu Wilmowski wraz z Bentleyem. Wilmowski cieszył się

szczęśliwym zakończeniem niebezpiecznej przygody syna. Wszyscy zasiedli wokół

ogniska do wieczerzy. Tomek jeszcze raz opowiedział przebieg niefortunnego polowania na emu. Rozweselili się, słuchając zabawnych komentarzy Smugi, toteż nic dziwnego, że niemal o świcie udali się na zasłużony odpoczynek.

Tomek przebudził się dopiero około południa. Usłyszał ożywione głosy w obozie. Wyjrzał

z namiotu. Towarzysze jego załadowywali skrzynie z emu na wozy. Natychmiast zapomniał o zmęczeniu. Pobiegł przyjrzeć się strusiom. Zajrzał do jednej z klatek. Olbrzymie ptaszysko spojrzało na niego wielkimi, wyłupiastymi oczami, przebierając jednocześnie nogami jak baletnica.

Za chwilę wozy wyruszyły w drogę do farmy. Tomek oczywiście pocieszył się myślą, że na statku będzie jeszcze miał okazję obserwować emu. Z zapałem zaczął pomagać

w zwijaniu obozu.

Jeszcze tego samego dnia wszyscy uczestnicy wyprawy powrócili do farmy Clarka. Nie tracąc czasu, rozpoczęli przygotowania do przetransportowania schwytanych zwierząt na

„Aligatora". Do stacji kolejowej w Wilcannii kangury, emu i dingo miano przewieźć na wozach, a stamtąd koleją bezpośrednio do Port Augusta.

Od powrotu do farmy Tomek niecierpliwie oczekiwał odjazdu. Tęsknił za zmianą

i nowymi przygodami. Z entuzjazmem przyjął rozkaz wyruszenia w drogę. Chcąc jak najwięcej dowiedzieć się o okolicach, do których zdążali, podjechał na swym pony do Bentleya.

- Na jakie zwierzęta będziemy teraz polowali? - zagadnął.

- Postaramy się wytropić szare kangury, które są bardziej wojownicze od dotychczas schwytanych czerwonobrunatnych. Żyją one w lesistych okolicach, w pobliżu strumieni. Znajdziemy tam również niedźwiadki koala. lisy workowate, kolczatki, jadowite węże, tygrysy oraz jaszczurki molochy, których ciała okryte są wyrostkami skóry sterczącymi na 171

głowie jak rogi. W górach ciągnących się wzdłuż całego wschodniego wybrzeża zakończymy łowy polowaniem na skalne kangury - odparł Bentley.

- Jak z tego wynika, pożegnaliśmy się już ze stepem - stwierdził Tomek nie bez pewnej satysfakcji.

- W każdym razie pas stepu oddzielający Wilcannię od terenów zalesionych przebędziemy pociągiem. W ten sposób unikniemy długiej, męczącej jazdy końmi. Dopiero przez stepy parkowe i rozległe przestrzenie buszu ruszymy dalej wozami.

- Co to jest busz? - zaciekawił się Tomek.

- Jest to swoisty rodzaj lasu, bardzo charakterystyczny dla Australii. Nie ma on nic wspólnego z lasami całej kuli ziemskiej. Wśród wysokich drzew rośnie niezmierne bogactwo wiecznie zielonych, małych drzewek i krzewów. Do buszu przylegają

zazwyczaj obszary pokryte skrobem, który, jak już wiesz, stanowią skarłowaciałe eukaliptusy i akacje. Ciszę panującą w buszu przerywa jedynie krzyk papug lub szelest pełzających gadów.

- Taki las na pewno nie będzie mi się podobał - orzekł Tomek.

- Nie bądź tego zbyt pewny. Zwłaszcza noce są tam pełne niezwykłego czaru. Niektórzy ludzie z własnej woli spędzają w buszu większą cześć swego życia. Zwiemy ich tutaj buszmanami. Znajdziesz wśród nich zawiedzionych w swych nadziejach poszukiwaczy złota oraz ludzi, którzy co pewien czas wyjeżdżają z miast w poszukiwaniu przygód na łonie natury.

- Czym oni znów tak zachwycają się w tym lesie? - zapytał Tomek.

- Nie jest to łatwe do wytłumaczenia. Początkowo trudno przyzwyczaić się do buszu. Przerażają w nim niezmierzone przestrzenie, brak ludzi, trudności i niebezpieczeństwa życia na pustkowiu. Po pewnym jednak czasie ten właśnie bezkresny gąszcz zaczyna przyciągać człowieka do tego stopnia, że trudno mu żyć bez niego i pragnie stale w nim przebywać. Jest to jakby zew buszu.

- Wydaje mi się to bardzo dziwne - powątpiewająco odezwał się Tomek.

- Już pierwotni mieszkańcy Australii ulegali czarowi buszu. W związku z tym powstała wśród nich pewna legenda. Otóż według podań krajowców, w obłokach żyje 172

czarodziejka, która niekiedy przybywa na ziemię, niesiona na liściach przez powiew wiatru. Czarodziejka ta nad obszarami, buszu zwołuje naradę duchów. W tym czasie, snując niewidzialną nić, przywiązuje nią do siebie coraz więcej ludzi. Gdy człowiek omotany przędziwem opuści busz, odczuwa nieukojoną tęsknotę, dopóki doń nie powróci. Musisz uważać Tomku, aby i ciebie nie spotkała podobna przygoda. Nie chciałbyś już wtedy opuścić Australii.

Tomek spojrzał na Bentleya poważnym wzrokiem i odezwał się cicho:

- Kto wie, może takie czarodziejki istnieją naprawdę. I to nie tylko w Australii. W każdym razie bosmanowi Nowickiemu, mojemu ojcu i mnie nic tu od nich nie grozi. Czarodziejka unosząca się nad Warszawą dawno już omotała nas swoją nicią.

Bentley zadumał się.

- Jestem ciekaw, czy spotkamy buszmanów? - przerwał Tomek milczenie.

- Będziemy wędrowali w pobliżu złotodajnych terenów - odparł Bentley.

- Wielu niefortunnych poszukiwaczy złotego runa przedzierzgnęło się w buszmanów. Jest więc możliwe, że zetkniemy się z nimi.

- Chciałbym tak jak Strzelecki znaleźć w Australii złoto - szepnął Tomek.

- A co byś z nim zrobił? - zapytał Bentley z uśmiechem.

- Zaraz założyłbym w Warszawie piękny ogród zoologiczny - powiedział Tomek bez namysłu.

Na podobnych rozmowach szybko schodził im czas. Zanim Tomek zdążył znudzić się

jazdą przez step, ujrzał domy Wilcannii.

W ciągu dwóch następnych dni zwierzęta wraz ze swoją eskortą odjechały do Port Augusta. Pozostali łowcy wsiedli do pociągu odchodzącego na południowy wschód. Tomek mógł do woli przyglądać się krajobrazowi, którego malowniczość wciąż zmieniała się, im dalej jechali na południe. Rzadko rozsiane kępy drzew i krzewów pokrywały rozległy step, roślinność była tutaj jednak bujniejsza i bardziej różnorodna. Częściej też

można było zaobserwować wielkie stada owiec i rogatego bydła pasące się spokojnie na równinie.

Po trzydziestosześciogodzinnej jeździe łowcy wysiedli z pociągu na stacyjce w Forbes, 173

małej górniczej mieścinie, położonej jakby na linii stanowiącej podstawę trójkąta, utworzonego przez rzekę Murrumbidgee i jej dopływ Lachlan. Na wschód od miasteczka, u stóp wysokich pagórków porosłych lasem, rozciągały się zielone pola; w kierunku zachodnim leżała kraina mirażu53 i wielkiej posuchy, a zarazem bezmiernych pastwisk, których wartość zależała od obfitości kapryśnych deszczów. Na tych właśnie pastwiskach australijscy hodowcy wypasali swe stada, bogacąc się w ciągu kilku lat, jeżeli deszcze nie skąpiły wody, lub też tracąc wszystko w przypadku posuchy.

Łowcy bez zwłoki ruszyli na południowy zachód od Forbes. Wkrótce zagłębili się w step przerywany od czasu do czasu skrobem lub buszem. W pobliżu małego strumyka Tony wypatrzył ślady leśnych, szarych kangurów. Wobec tego Wilmowski polecił rozbić obóz nad strumyczkiem płynącym wśród rozległego buszu, który w tej okolicy częściowo zmieniał się w niski skrob. Przed rozłożeniem namiotów łowcy uważnie przeszukali okoliczne krzewy, aby uchronić się od jadowitych wężów, mających tam często swoje legowiska.

Tego jeszcze dnia Tony ustalił miejsce wodopoju szarych kangurów. Tomek z zadowoleniem przyglądał się przygotowaniom do polowania. Ze względu na to, że kangury żerują w nocy, miało ono rozpocząć się o świcie. Było jeszcze ciemno, a tymczasem w obozie już siodłano konie. Przy świetle księżyca Wilmowski podzielił

jeźdźców na dwie grupy. Jedna z nich, jadąc skrajem buszu, miała dotrzeć do wodopoju, druga otrzymała polecenie przeprawienia się na sąsiedni brzeg strumyka, by po zatoczeniu koła, osaczyć kangury i uniemożliwić im ewentualną ucieczkę. Tomek, wraz z ojcem, należał do drugiej grupy. Zaledwie znaleźli się na przeciwległym brzegu pognali galopem, chcąc równocześnie z pierwszą grupą dotrzeć na wyznaczone stanowisko. Wkrótce Tony jadący na czele zatrzymał konia.

- Wodopój jest już blisko - oznajmił. - Pójdę pieszo sprawdzić, czy są teraz przy nim kangury.

Dopiero po godzinie bezszelestnie wynurzył się z krzewów i oznajmił, że kilka szarych 53 Miraż, w znaczeniu fatamorgana; zjawisko optyczne występujące przeważnie na pustyniach lub na obszarach o jednostajnym krajobrazie. Wskutek załamania i odbicia światła w warstwach powietrza o różnej gęstości mogą

ukazywać się złudne obrazy przedmiotów czy pejzaży ukrytych za horyzontem. 174

kangurów żeruje na brzegu strumyka.

- Musimy poczekać do wschodu słońca, ponieważ przy zwodniczym świetle księżyca nie można liczyć na powodzenie - powiedział Wilmowski, a po chwili dodał z niepokojem: - Czy kangury nie oddalają się przed świtem od wodopoju?

- Nie będzie tak źle. Zaraz dzień - odparł Tony.

Zsiedli z koni. Wokoło panowała bezmierna cisza. Wydawało się, iż cała natura pogrążona była w głębokim śnie. Naraz rozległo się ciche uderzenie dzwonka.

- Bydło pasie się w pobliżu - szepnął Tony. - Przodownik stada zawsze ma dzwonek na szyi.

- Dziwne, że kangury przebywają w pobliżu domowego stada - zauważył Wilmowski. - Czy widziałeś je na pewno?

- Kangury lubią dobrą, słoną trawę - upewniał Tony. - Bydło ich nie płoszy. W pobliskich krzewach rozbrzmiał przeraźliwy krzyk, jakby ginącego zwierzęcia. Tomek odruchowo przytulił się do kolby swego wierzchowca.

- To pelikan - wyjaśnił Tony. - Zaraz będzie dzień.

Do wschodu słońca żaden głos już więcej nie zakłócił martwej ciszy. Wkrótce świt zaróżowił niebo na horyzoncie. Zaledwie błysk dnia rozproszył mrok nocy, jakby na dane hasło papugi wszczęły w pobliżu buszu oszałamiający wrzask.

- Teraz prędko na konie! - zawołał Tony.

Dosiedli wierzchowców. Z miejsca ruszyli z kopyta w kierunku wodopoju. W przeciągu kilku minut byli już przy strumyku, na którego przeciwległym brzegu pasły się trzy duże kangury. W porównaniu z uprzednio schwytanymi mogły uchodzić za olbrzymy. Zaskoczone widokiem jeźdźców stanęły na tylnych łapach w niemym zdziwieniu. Wilmowski wystrzałem w górę dal hasło do rozpoczęcia polowania. Od strony buszu rozległ się donośny krzyk. To druga grupa jeźdźców ruszyła w kierunku kangurów, które w tej chwili zaczęły panicznie uciekać. Biegły ociężale po nocnej, obfitej uczcie, podczas gdy wypoczęte konie mknęły jak strzały wypuszczone z łuku. Łowcy szybko zbliżyli się

do kangurów, osaczając je półkolem. Wilmowski, Smuga oraz pracownicy przysłani przez Hagenbecka, umieli posługiwać się lassem, toteż trzymali w rękach przygotowane do 175

rzutu arkany. Smuga wysforował się na czoło pościgu. Szybko zbliżył się na kilkanaście metrów do jednego z kangurów, podniósł do góry prawą rękę z lassem i zataczając nim nad głową koła, nabierał rozmachu. Arkan śmignął w powietrzu. Pętla opasała zwierzę. Silne szarpnięcie omal nie przewróciło konia i jeźdźca. Trzech najbliższych łowców pospieszyło Smudze z pomocą, a reszta pomknęła za uciekającymi kangurami. Dwa olbrzymie szare kangury w obliczu groźnego niebezpieczeństwa wykazały wiele odwagi. Kiedy ujrzały klęskę swego towarzysza, pierzchły w przeciwne strony, zmuszając tym samym pościg do rozdzielenia się również na dwie grupy. Bentley, Wilmowski i Tomek pognali razem za wspaniałym kangurem. Pierwsi dwaj zaczęli osaczać go z boków, podczas gdy Tomek pędził tuż za nim. W końcu kangur zorientował się, że nie zdoła umknąć prześladowcom. Wilmowski z rozmachem rzucił lasso. Czujne zwierzę

pochyliło się w tej chwili w olbrzymim skoku, zdradziecka pętla prześliznęła się tylko po jego grzbiecie. Teraz kangur śmignął przed koniem Wilmowskiego i pobiegł w kierunku pobliskiego lasu. Przystanął przy dużym drzewie gumowym, którego pień w dolnej części wypalony był niemal do połowy przez dawny pożar buszu.

Łowcy zatrzymali konie tuż przed zwierzęciem. Z podziwem spoglądali na wspaniałego kangura, który mimo beznadziejnej sytuacji nie rezygnował z walki. Wyprostowany na tylnych łapach, oparł się plecami o pień gumowca, obrzucając przeciwników czujnym wzrokiem. Jego przednie, krótsze łapy drgały nerwowo, gotowe do odparcia lub zadania ciosu.

Tomkowi zaimponowała odwaga oryginalnego wojownika. Gdyby to od niego zależało, pozwoliłby mu w nagrodę za męstwo skryć się w pobliskim gąszczu. Doświadczony w takich sytuacjach Bentley nie poddał się nastrojowi swych towarzyszy. Zeskoczył z konia z arkanem w ręku i przywołał Wilmowskiego do pomocy. Podał mu jeden koniec sznura, a następnie sam obiegał drzewo dookoła, opasując w ten sposób zwierzę, daremnie usiłujące zrzucić więzy. Po kilku minutach kangur stał przywiązany do drzewa.

- Dobrze się złożyło, że w pobliżu nie ma jeziora lub większego bajora wypełnionego wodą. W czasie pościgu szare kangury potrafią chronić się w wodzie, wynurzając na powierzchnię jedynie głowę i przednie łapy. Wtedy nawet psy używane do polowania są

176

wobec, nich bezsilne. Kangur, dzięki swemu potężnemu wzrostowi, na znacznej głębokości przystaje na tylnych łapach i uderzeniami przednich łap skutecznie broni się

przed kilkoma pływającymi wokół niego psami - wyjaśniał uradowany Bentley. W tej chwili nieznany jeździec zbliżył się do łowców. Był to wysoki mężczyzna, ubrany jak większość australijskich osadników. Uchylił kapelusza o szerokich kresach i odezwał się

uprzejmie:

- Witam panów i winszuję zręczności. Radzę zaoszczędzić sobie wszelkiego trudu i po prostu zastrzelić tego szkodnika.

- Nie mamy zamiaru zabijać tak wspaniałego zwierzęcia - oburzył się Wilmowski. - Zabierzemy je z sobą do Europy.

- Czyżby panowie trudnili się łowieniem zwierząt? - zdziwił się nieznajomy.

- Odgadł pan - potwierdził Wilmowski. - Łowimy zwierzęta do ogrodów zoologicznych. Mój towarzysz, pan Bentley, jest dyrektorem ogrodu zoologicznego w Melbourne.

- Bardzo mi przyjemnie poznać panów - odparł nieznajomy. - Jestem Allan. Moja farma hodowlana znajduje się nie opodal. Zrobią nam panowie wielką przyjemność, odwiedzając nas na tym pustkowiu. Żona moja ucieszy się wizytą panów. Łowcy przywitali się z.Allanem, a Tomek nie omieszkał zaraz zadać mu pytania:

- Dlaczego nazwał pan tak odważne zwierzę szkodnikiem?

- Nie przeczę, że szare kangury są bardzo wojownicze i odważne, lecz tym niemniej mnożą się tutaj zbyt szybko. One zjadają moim stadom doskonalą trawę. Od kiedy krajowcy i dingo wynieśli się dalej na zachód, kangury pojawiają się jak grzyby po deszczu. Toteż między osadnikami a kangurami toczy się stale zażarta walka. Jeżeli my ich nie wytępimy, to one wygnają nas stąd w krótkim czasie - wytłumaczył Allan.

- No, ten schwytany przez nas kangur nie będzie panu więcej szkodził - wtrącił

Wilmowski.

- Wydaje mi się, że nadjeżdżają towarzysze panów - zauważył Allan. Był to bosman Nowicki i Smuga. Zeskoczyli z koni. Wilmowski przedstawił ich Allanowi, który zaraz ponowił zaproszenie.

- Teraz musimy zająć się złowionymi kangurami - poinformował go Wilmowski. - Nasi 177

towarzysze również schwytali jedno zwierzę. Należy przetransportować je do obozu znajdującego się w pobliżu. Nazajutrz jednak odwiedzimy pana z prawdziwą

przyjemnością.

- Oczekujemy panów. Moja farma leży w dole strumienia, tuż na skraju zarośli - dodał

Allan, po czym odjechał w kierunku domu.

Niebawem przybył wóz z dużymi klatkami. Kangur bronił się z uporem przed zamknięciem, lecz łowcy wspólnymi siłami umieścili go w skrzyni i załadowali na wóz. Taki sam los spotkał kangura schwytanego przez Smugę. Łowcy powrócili do obozu. Resztę dnia spędzili na omawianiu planu na najbliższe dni.

Wieczorem, wkrótce po ułożeniu się do snu, usłyszeli tętent konia. Wszelkie odwiedziny na australijskich bezdrożach należą do rzadkości, toteż zaintrygowani zerwali się z posłań. Dorzucili chrustu do gasnącego ogniska. Jeździec ostro osadził konia tuż przy namiotach. Był to Allan. Wzburzenie malujące się na jego twarzy uprzedziło łowców, że przybył z jakąś nieprzyjemną wiadomością.

- Przeszkodziłem panom w odpoczynku, lecz niestety jestem zmuszony prosić o pomoc - powiedział Allan jednym tchem. - Moja dwunastoletnia córeczka, Sally54, jeszcze przed południem wyszła z domu i nie powróciła do tej pory. Bawiła się w pobliżu zarośli. Zapewne zabłądziła w skrobie. Musimy przetrząsnąć rozległy teren, by ją odnaleźć. Łowcy, nie czekając dalszych wyjaśnień, zaczęli szybko ubierać się; Allan powstrzymał

ich mówiąc:

- Poszukiwania rozpoczniemy dopiero o świcie. W tej chwili moi pracownicy powiadamiają najbliższych sąsiadów o wypadku. Dopiero nad ranem zbierze się tylu mężczyzn, aby można było skutecznie przeszukać okoliczny skrob. Po ciemku nie zdołalibyśmy odnaleźć dziecka. Proszę panów o przybycie do farmy przed samym świtem.

- Tony orientuje się w tej okolicy dość dobrze, pomogę razem z nim w powiadamianiu osadników - zaproponował Smuga.

- Jeżeli jest pan pewny, że nie zabłądzicie, to mogliby panowie udać się do farmy 54 Zdrobnienie od Sara.

178

państwa Brown, którzy mieszkają w odległości piętnastu kilometrów od mego domostwa - odparł Allan. - Większość drogi do nich ciągnie się wzdłuż skrobu. Wyjaśnię to panom w czasie jazdy do mojej farmy. Resztę panów proszę o przybycie przed świtem. Tony i Smuga ubrali się szybko, dosiedli koni. Odjechali razem z Allanem. Bosman Nowicki zdziwiony postępowaniem farmera zapytał:

- Czy on ma dobrze poustawiane w łepetynie wszystkie klepki? Jak można odkładać

poszukiwanie zaginionego dziecka do rana?!

- Postępowanie Allana nie jest pozbawione słuszności - zaoponował Bentley. - Zaginięcia dzieci zamieszkałych w pobliżu buszu lub skrobu zdarzają się u nas dość często. Z tego powodu osadnicy mają doświadczenie w prowadzeniu poszukiwań. Może pan być

pewny, że Allan sam przetrząsnął już położone najbliżej farmy zarośla, zanim zwrócił się

o pomoc. W tym czasie wiadomość o zaginięciu podawana jest z osiedla do osiedla. Wszyscy mężczyźni natychmiast przerywają wszelkie zajęcia, by wziąć udział w poszukiwaniach. Żaden mieszkaniec Australii nie uchyliłby się od udzielenia pomocy sąsiadowi w takiej sytuacji. Do świtu ściągną licznie farmerzy i wspólnymi siłami przeszukają zarośla. W nocy na pewno nie udałoby się odnaleźć dziewczynki. Co najwyżej jeszcze kilka osób mogłoby zabłądzić w gęstwinie.

- Przecież ta Sally musi być bardzo przerażona swoim położeniem - denerwował się

Tomek.

- Oczywiście, że nie jest to dla niej przyjemne - przyznał Bentley. - Mimo to należy wziąć

pod uwagę, że dzieci zamieszkałe od urodzenia w pobliżu buszu przyzwyczajają się do niego. Noce w lesie nie są znów tak straszne, od chwili gdy dingo wyniosły się z tych okolic.

- Co ona uczyni, jeśli wąż podpełznie do niej? - zapytał Tomek, który sam obawiał się

wężów.

- To prawda, że jest ich tutaj bez liku - odparł Bentley. - Na szczęście wypadki ukąszeń

nie zdarzają się zbyt często. Nawet dzieci osadników wiedzą, że jedynym ratunkiem po ukąszeniu jest wycięcie nożem miejsca zakażonego jadem.

- No, szanowny panie! Możliwe, że australijskie pędraki nie przestraszą się w lesie byle 179

krzaka - ostro powiedział bosman Nowicki. - Ale nie gadaj pan takich głupstw, za przeproszeniem. Nigdy nie uwierzę, aby dwunastoletnia dziewczynka wyrżnęła sobie sama kawałek ciała. Jeśli natomiast teraz nie możemy w niczym pomóc tej bieduli, to kimnijmy się trochę.

- Bosman ma słuszność, gadaniną nic nie zwojujemy - poparł go Wilmowski. - Lepiej nabierzmy sił przed poszukiwaniami.

Po raz drugi tego wieczora łowcy udali się do namiotów. Tomek długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał o zaginionej Sally. Przypomniała mu się opowieść Bentleya o sławnym podróżniku Strzeleckim, który omal sam nie zaginął w morderczym skrobie. Zaraz też

poczuł zimne mrowie wędrujące po plecach na samą myśl o straszliwym losie biednej dziewczynki.

Usnął bardzo późno, lecz zerwał się z posłania przed świtem razem z towarzyszami. Natychmiast zaczął siodłać swego pony.

- Tomku, lepiej pozostań w obozie - zwrócił się do syna ojciec, widząc jego podniecenie.

- Jestem tego samego zdania - poparł go Bentley. - Nie znasz okolicy, Tomku łatwo możesz stracić orientację w rozległym skrobie.

Po nie przespanej nocy Tomek nie miał zbyt wielkiej ochoty do włóczęgi w gęstwinie, ale uwagi opiekunów podrażniły jego dumę. Odparł więc zaraz:

- Ostatecznie mogę z wami nie wchodzić w skrob. Przydam się chyba jednak na farmie, skoro wszyscy dorośli wyruszają na poszukiwania.

- Może masz i słuszność - przyznał Wilmówski. - Musisz mi przyrzec, że nie zrobisz żadnego głupstwa. Dość już będzie kłopotu z odszukaniem małej Sally.

- Och, z całą pewnością nie zrobię głupstwa - mruknął Tomek niechętnie, ponieważ nie lubił, gdy żądano od niego podobnych przyrzeczeń.

Wilmówski wyznaczył dwóch marynarzy do pilnowania obozu, po czym reszta członków wyprawy dosiadła koni i pognała do farmy Allanów. Zastali tam już Smugę i Tony'ego oraz około dwudziestu mężczyzn zamieszkałych w okolicy. Natychmiast omówili wspólnie plan poszukiwań. O świcie obława ruszyła w gęstwę skrobu rozciągając się w długi łańcuch.

180



two page view?



Share "Przygody Tomka 01 - Tomek w Krainie Kangurów":

Download for all devices (252 KB)